Ojciec to ktoś, kto daje dziecku pęd do działania; coś takiego, że dziecko ma ochotę uczyć się, poznawać świat, szukać ciekawych rozwiązań – mówił muzyk Robert „Litza” Friedrich w rozmowie z „Więzią” w 2003 roku.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2003.

Katarzyna Jabłońska, Jacek Borkowicz: W jednej z piosenek „Arki” – tej zatytułowanej „Tato” – śpiewacie: „mama to nie jest to samo, co tato”. Na czym polega ta różnica?

Robert Friedrich: Ten „tato” to oczywiście Bóg Ojciec, ale też po prostu ojciec rodziny i jeszcze Ojciec Święty. Piosenka powstawała podczas przedostatniej papieskiej pielgrzymki do Polski. Pisząc ją, myślałem o swoim ojcu i też o sobie – jakie ja sam mam zobowiązania jako ojciec. Moje zadania w domu jako ojca są zupełnie inne niż żony. Matka rodzi dzieci, a ojciec się tylko nimi chwali (śmiech). A tak całkiem serio – ojciec to ktoś, kto daje dziecku pęd do działania; coś takiego, że dziecko ma ochotę uczyć się, poznawać świat, szukać ciekawych rozwiązań. Zrozumiałem też, że we wszystkich ciemnościach, jakie spotykają człowieka w życiu – w momentach lęku, niepewności, niewiadomej, najważniejsze jest przyjąć wyciągniętą rękę Boga. Ojciec to ktoś, kto w ciemnościach bierze za rękę.

W DOMU

Żeby tak mogło być, ojciec musi być blisko, a jego bardzo często po prostu nie ma w domu.

– To prawda, obecny kryzys moralny – jak mówią mądrzy ludzie – w dużej mierze ma swoje źródło w kryzysie ojcostwa. Ojciec przestał być obecny w domu, przestał być tym, kim zawsze był – autorytetem, kimś, kto pokazywał, jak budować fundament życia, jak żyć świadomie i dojrzale. Życie to nie jest zabawa, jakieś żarty – to jest poważna rzecz. Tego powinien uczyć i to pokazywać ojciec. Często jest tak, że jak ktoś miał problem z własnym ojcem, to trudniej mu poważnie traktować życie.

Być nowoczesnym ojcem dzisiaj to mieć odwagę wrócić do pewnych starych tradycji. One są bardzo potrzebne, mogą pomóc wiele naprawić i są bardzo proste – chodzi o to, żeby w domu obecni byli ojciec i matka i żeby ta rodzina miała pewną hierarchię. Dzisiaj człowiek bardzo często buntuje się przeciw hierarchii – w pracy, w Kościele, w domu. Sam też się buntowałem, kiedy byłem młody, ale teraz – jako ojciec – widzę, że hierarchia jest czymś bardzo potrzebnym i dobrym. Jest czymś naturalnym.

Zawsze w taki sposób patrzyłeś na rodzinę, na ojcostwo?

– Gdzie tam! Pobraliśmy się z Dobrochną mając po dwadzieścia lat, teraz jesteśmy piętnaście lat po ślubie i jak każde małżeństwo potrzebowaliśmy czasu, żeby dojrzeć. Dzisiaj mamy ogromną pomoc we wspólnocie, po prostu w Kościele, w Ewangelii. Nie zawsze jednak było tak, że myślałem o swoich obowiązkach. Czasem wolałem raczej realizować swoje pomysły. Mam to zresztą do dziś. Wiem jednak teraz, że każdy dzień jest po to, aby od nowa nawracać się do bycia mężem i ojcem.

A masz jakiś wzór ojca, który pomaga Ci – jak sam mówisz – nawracać się do bycia ojcem?

– Inspiruje mnie bardzo postać samego Boga Ojca, który jest miłosierny i cierpliwy. Tłumaczy mnie przede mną samym. Chciałbym mieć taką postawę w stosunku do swoich dzieci. Chciałbym być miłosierny, zawsze wychodzić naprzeciw ich słabościom, kłopotom, a nie tylko być wymagającym. Model wymagającego Boga Ojca już we mnie upadł, chociaż wciąż nie mogę się uwolnić od przeświadczenia, że wobec Boga ciągle coś muszę. Pierwsza wolność, jakiej się dziś uczę, to ta, że niczego nie muszę – mogę, ale nie muszę, bo On mnie i tak kocha. Chciałbym, żeby moje dzieci również czuły, że są kochane przeze mnie bezinteresownie.

Mówiłeś w jednym z wywiadów, że komuś takiemu jak ty – nawet gdyby był twoim przyjacielem – raczej nie powierzyłbyś dziecka, a Bóg powierzył Ci aż szóstkę.

– Nie wiem, dlaczego tak jest. Jestem zaskoczony, zdumiony. To tajemnica. Wierzę, że jest to potrzebne, na pewno pomaga mi żyć bardziej godnie. Czasem myślę, że jakbym tych dzieci nie miał, mógłbym nie żyć.

Istnieje taki stereotyp, że mężczyzna powinien być twardy, nie zdradzać się ze swoją słabością. Udaje Ci się to?

– Jako ojciec staram się być może nie twardy, ale konsekwentny. Wychodzi mi to jednak raczej kiepsko. Pierwsze cztery córki sprawiły, że jestem bardziej tatusiem niż ojcem. Potrafią wskoczyć na kolana i tak mnie oczarować, że wymiękam i odpuszczam sobie wszelką konsekwencję. Cały czas uczę się być ojcem. Chcę być ojcem, na którym można się oprzeć, który jest silny. Dzieci jednak widzą, że kiedy po raz kolejny oglądam animowaną historię o biblijnym Józefie, to po prostu płaczę. Łzy lecą do środka, bo podobno chłopaki nie płaczą. tylko że oni jednak płaczą.

Masz również synów.

– Chłopaków mam jeszcze małych. To widać, że chłopcy są z innej gliny niż dziewczynki. Mają zupełnie inne zainteresowania. Na początku się bałem, że mój synek będzie jeździł wózkiem dla lalek, nie będzie chciał samochodów. Nie, nic takiego się nie stało. Pluje, kopie, a jak pcha wózek, to udaje, że ma motor albo kosiarkę. Ja się motoryzacją nigdy nie interesowałem, a pierwszym słowem, które mój syn powiedział, nie było „mama” czy „tata”, ale: „auto”.

Czy to źle, kiedy dzieci widzą, że ojciec płacze?

– Nie, może tylko lepiej, jak widzą, że płaczemy z ważnego powodu.

NA WOLNOŚCI

Ukrywasz przed bliskimi swoją słabość?

– Nie, nie ukrywam. Nie potrafię. Podziwiam tych wszystkich, którzy radzą sobie sami. Ja sobie sam nie radzę. I dzieci to widzą. Widzą, że jestem nerwowy, czasem po prostu mówię „dosyć” – nic poniżej metra pięćdziesiąt niech się do mnie nie zbliża, bo nie wytrzymam. Nie chodzi tu wcale o jakiś ekstremalne sytuacje, ale zwykłą, szarą codzienność, ona potrafi mocno dopiec. Ale dzieci widzą też, gdzie szukam pomocy, kiedy sobie nie radzę. Nie teoretycznie, ale w faktach – kiedy w ciągu tygodnia wiele razy jeżdżę na liturgię, one wiedzą, że nie jadę tam po to, żeby uciec od nich, ale po to, żeby słuchać Ewangelii, żeby się ratować.

Nigdy nie miałeś poczucia, że się zawiodłeś na Ewangelii?

– Nigdy. Słyszę w niej, że Pan Bóg mnie kocha. I wiele problemów, które wydawały mi się potworne, traci swoją siłę. To tak, jakby był ktoś, kto straszy, głośno szczeka, ale zębów już nie ma. Tak naprawdę nie ma się czego bać. Przekonałem się – Bóg jest po stronie człowieka. Tak jak Jakub, kiedy przez całą noc siłował się z Bogiem i na końcu się o tym przekonał.

Jeśli święta wojna, to tylko ze swoim grzechem. Innych świętych wojen nie ma

Ewangelia potwierdza mi codziennie, że wybór, jakiego dokonaliśmy z żoną osiem lat temu, kiedy weszliśmy do wspólnoty, był trafny, że dzisiaj naprawdę jesteśmy rodziną, wcale nie idealną, ale jesteśmy, wciąż zależy nam, żeby szukać porozumienia. Pewnie, że się kłócimy. I dzieci to widzą. Nie da się nie kłócić, można natomiast dobrze się kłócić – czyli na koniec po prostu sobie przebaczyć.

Wspomniałeś o walce Jakuba z Bogiem, jak reagujesz na słowo „walka”?

– Jeśli święta wojna, to tylko ze swoim grzechem. Innych świętych wojen nie ma.

A walka dla dzieci, dla rodziny, o chleb powszedni? To czasem też jest walka.

– Tak, tylko najpierw trzeba zapytać siebie, czego najbardziej chciałbym dla swoich dzieci. Sprzedawaliśmy płyty „Arki Noego”, ale nie widzieliśmy sensu, żeby każdej dziewczynie założyć konto, żeby miała posag, żeby – jak pójdzie na swoje – miała mieszkanie, samochód, garaż. Chcemy dla nich czegoś więcej, nasze dzieci widzą, że się nawracamy i szukamy ratunku w Ewangelii i w Kościele. Tutaj toczy się dla mnie ta walka. Chciałbym, żeby dzieci widziały, że ich ojciec walczy o doświadczenie wiary, że o to czasem trzeba zawalczyć.

EWANGELIA I FOKA

No dobrze, ale jeść też coś trzeba.

– No tak, tylko że artyści to są trochę Eskimosi. Upoluje fokę, mniej lub bardziej tłustą, i potem cała rodzina z tego żyje, aż się skończy; potem upoluje następną. Wśród artystów rzadko kto robi zapasy. Nawet muzycy z Poznania ich nie robią, po prostu, kiedy zjedzą fokę, rozglądają się za następną. Okres od polowania do polowania jest czasem długi, czasem trudny, przemysł muzyczny też rządzi się swoimi prawami, więc wiele razy tej foki po prostu nie ma. Zawsze jednak pozostaje nadzieja, że Bóg nie zostawi takiej rodziny samej sobie. I często jest tak, że tu polujesz na jedną fokę, a okazuje się, że z drugiej strony leży ich całe stado i za darmo możesz sobie brać, ile potrzebujesz.

Mówisz, że Ewangelia to bardzo konkretna rzeczywistość, rozumiemy, że wasze dzieci również tak to przeżywają. Jak to się robi, żeby tak było?

– My generalnie mało mówimy w domu o Ewangelii. Jest normalnie: znowu masz bałagan w pokoju. Najpierw sama posprzątaj, a dopiero potem upominaj młodsze siostry, bo one patrzą na ciebie i się uczą. Nie mówimy, że Pan Bóg cię kocha, bo jak kocha, to widać, tu nie trzeba nikomu teorii. Tu są potrzebne fakty.

Przekonałem się – Bóg jest po stronie człowieka

Teraz, kiedy tutaj rozmawiamy, to oczywiście jest pokusa, żeby czuć się super, jak jakiś nadojciec Robert, ojciec sześciorga dzieci, mistrz świata w ojcostwie udziela wywiadu i wszystko wie i rozumie. To nie jest prawda. Jestem naprawdę słaby, zobaczcie SMS-y od moich córek. Wczoraj czułem się kiepsko, wiedziały o tym i dzisiaj o 7:45 dostałem SMS-a od najstarszej: „Idziemy do szkoły z Różą, modlimy się za Ciebie!”.

Prosicie się nawzajem o modlitwę?

– Jasne. Proszę o modlitwę, bo wiem, jaki jestem słaby.

Modlicie się w domu wspólnie, całą rodziną?

– Z tym jest trudno. Próbujemy – modlimy się na przykład wspólnie rano podczas drogi do szkoły. Dbamy też o to, byśmy z żoną mieli wspólną modlitwę. Czujemy się do tego zaproszeni przez różne fakty i trudności. Myślę, że gdyby nie one, w ogóle byśmy o tym nie pomyśleli. Są takie trudy, gdzie bez modlitwy bym tego nie rozumiał. Bardzo nam pomogła modlitwa, kiedy żona poroniła.

ŚWIĘTY FRANCISZEK

A czego o Bogu uczą Cię twoje dzieci?

– Te nasze dzieciaki to nie są żadne aniołki, jakieś święte postacie. Widzę często, że potrafią być tak samo złośliwe jak dorośli. Dla nich jest ta sama recepta – nawracać się i szukać Boga. Już dzisiaj modlić się o odkrycie swojego powołania, o dobrego męża, bo z tym jest kłopot. Jestem przerażony, kiedy myślę o kandydatach na mężów dla moich córek.

Już o tym myślisz?

– Pewnie, trzeba już teraz myśleć, żeby potem nie być zaskoczonym. Chciałbym dla każdej z nich kogoś takiego, jak św. Franciszek, który mówił, że się urodził po to, aby kochać, a nie po to, aby być kochanym. Szukam tych świętych Franciszków i czasem ich spotykam.

Czy odwołujesz się czasem do przykazania: „Czcij ojca swego i matkę” w relacjach z dziećmi.

– Tak, ale zawsze pamiętam o tym, że jeśli ktoś chce pójść za Chrystusem, musi nie tylko zaprzeć się samego siebie, ale również mieć w nienawiści ojca i matkę. Chcę być przez swoje dzieci kochany i chcę, żeby miały pewność, iż mogą mieć we mnie oparcie, rozumiem jednak, że nadejdzie taki moment, kiedy zacznę tracić swój autorytet w ich oczach. Dlatego najważniejsze, żeby Jezus był dla nich autorytetem. Inaczej będą bardzo cierpieć w życiu, bo zaczną szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania na koncertach, w pubach, w kafejkach internetowych, wszędzie tam, gdzie akurat tych odpowiedzi nie można znaleźć, bo ich tam po prostu nie ma. O tym też próbujemy śpiewać z „Arką”, po to ona jest.

Lubisz być mężczyzną?

– O tak! Kiedyś mi się śniło, że mam rodzić. Obudziłem się przerażony. To był koszmar. Pomyślałem wtedy: Panie Boże, dziękuję Ci, że jestem mężczyzną.

A byłeś kiedyś przy porodzie Waszego dziecka?

– Tak, byłem przy wszystkich porodach. To znaczy duchem, ale ciałem byłem przy czterech. Pierwszy raz był taki, że właściwie nie wiedzieliśmy, na czym to polega. Żona pokazała mi przez okno kartkę, na której narysowała nasze dziecko. Przy ostatnim porodzie nie byłem, synek urodził się cudem, cesarskie cięcie uratowało mu życie. Nie zdążyłem, przyjechałem chwilę potem, ale żona była już obudzona, uradowana. Pozostałe dzieci rodziliśmy w domu razem i cieszę się, że byłem przy porodzie. Tak jak byłem przy poczęciu, tak też byłem przy porodzie, chcę być przy Pierwszej Komunii i przy tym, jak dziecko będzie wyruszało z domu w dorosłe życie.

Robert Friedrich – ur. 1968, muzyk, kompozytor, wokalista i autor tekstów. Założyciel zespołów: Arka Noego i Luxtorpeda.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2003.