Modlitwa zmienia nie tyle rzeczywistość, ile modlącego się. Nie można traktować jej jak mundialową atrakcję, używaną obok kibicowskich szalików i wuwuzeli.

Kilka dni przed piłkarskimi Mistrzostwami Świata w Rosji zasłużony katolicki portal Deon.pl wpadł na pomysł „Duchowej Adopcji Reprezentanta”, czyli codziennej modlitwy użytkowników za losowo wybranego piłkarza polskiej kadry. W sieci – całkiem słusznie – zawrzało.

Organizatorzy akcji zapewniają, że „nie bardzo ma sens modlitwa o to, żeby Polacy wygrali Mundial, żeby dokopali przeciwnikom, żebyśmy my wyszli z grupy. (…) Całym sercem chcemy, żeby nasze chłopaki w Rosji pokazały się z jak najlepszej strony, żeby nie zżarły ich nerwy, żeby nie wyeliminowały ich kontuzje. Po prostu, szczerze życzymy każdemu z nich jak najlepiej”. W podobnym duchu tłumaczy inicjatywę jeden z jej pomysłodawców, Karol Kleczka: „nie modlimy się o to, by Polacy pokonali Senegal, nie prosimy o kontuzję Jamesa Rodrigueza czy chorobę Japończyków. Modlimy się za piłkarzy – każdego z osobna, tak jak wtedy, gdy mówi się Bogu o kimś, kogo mam w sercu”.

Czym innym są jednak szczere i szlachetne intencje organizatorów, czymś jeszcze innym – praktyczny odbiór akcji. Szybko do głosu doszły dwie skrajne reakcje (po raz kolejny dobitnie pokazując stan świadomości religijnej społeczeństwa) – jedni wyśmiewali się z DAR-u („jak trwoga, to do Boga”), inni potraktowali mundial jako arenę do duchowych zmagań („podobno Senegalczykom w dobrej grze pomogli szamani”). Oba podejścia mają wspólny mianownik – ośmieszają wiarę i sprowadzają ją do absurdu.

Poprzez samą akcję i dyskusję wokół niej jako katolicy skoncentrowaliśmy się na błahostkach i bezsensownie nadaliśmy im wielką rangę

Przy uproszczonym przekazie medialnym (kliknij – wylosuj – módl się) takie reakcje były do przewidzenia. Od dawna wiadomo, że medium is the message. W tym przypadku właśnie sposób prezentacji inicjatywy (zwłaszcza tytułowy apel o „duchową adopcję”, oznaczający dużo większe zaangażowanie duchowe niż modlitwa za kogoś) narzucił jej uproszczone interpretacje. Już sama forma akcji zbliża się do czysto marketingowych działań i niestety bardzo spłyca coś, co powinno być intymne i pogłębione. Od infantylizacji do myślenia magicznego zostaje zaś niewiele kroków…

Oczywiście problem jest szerszy i dotyczy tego, jak rozumiemy modlitwę. W chrześcijaństwie jest ona kluczowa dla życia duchowego. Gdyby modlić się o doraźny sukces piłkarzy (świetnie rozumieją to pomysłodawcy akcji), szybko można by dojść do wniosku, że Bóg po pierwsze jest plemiennym bożkiem, a po drugie – pozostaje bezsilny. Choć kłóci się to z częstym wyobrażeniem, modlitwa zmienia nie tyle rzeczywistość, ile raczej samego modlącego się. Jak słusznie pisze przywołany już Karol Kleczka, „modlitwa to nie rzucanie zaklęć, ani «zawracanie dupy» Bogu. To wyraz przyjaźni i dzielenia się z Nim tym, co dla mnie ważne”. Żeby tak się stało, nie można jej traktować instrumentalnie, jak mundialową atrakcję, używaną tuż obok kibicowskich szalików i wuwuzeli.

Dzięki Wcieleniu – czyli wejściu Boga w powszednie człowieczeństwo – chrześcijaństwo ma specyficzne podejście do rozróżnienia sacrum i profanum. Z jednej strony wiara jest wezwaniem do odnajdywania duchowego wymiaru w tym, co zwyczajne i świeckie. Boga można odkryć w codzienności – wystarczy zaakceptować ją, szukać w niej Jego śladów, być uważnym, dbać o relacje z bliźnimi. Jak zalecał Karl Rahner, mamy nie tylko modlić się w codzienności, ale i „modlić się codziennością”. Z drugiej jednak strony Chrystus wzywa do tego, aby to, co cesarskie, pozostawić cezarowi – czyli nie sakralizować rzeczywistości ziemskich (z polityką na czele!).

Sformułowanie „duchowa adopcja” zastosowano tu do sytuacji czysto świeckiej – mundialowej gry polskiej (i tylko polskiej!) reprezentacji

W takiej perspektywie Duchowa Adopcja Reprezentanta to nie tyle uświęcenie rzeczywistości (szukanie Boga w zwyczajności), ile raczej jej sakralizacja (zwykła czynność urasta do rangi sakralnej). Samo sformułowanie „duchowa adopcja” jest niewspółmierne do sytuacji. Do tej pory było ono używane jedynie w sprawach o bardzo istotnym znaczeniu dla życia wiarą, jak solidarność z dziećmi poczętymi zagrożonymi aborcją, modlitewne wsparcie konkretnych duchownych czy biskupów obradujących na rzymskim synodzie. Tutaj natomiast zaaplikowano je do kwestii czysto świeckiej – mundialowej gry polskiej (i tylko polskiej!) reprezentacji – która żadną miarą nie nabierze znaczenia religijnego. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że poprzez samą akcję i dyskusję wokół niej jako katolicy skoncentrowaliśmy się – kolejny już raz – na błahostkach i bezsensownie nadaliśmy im zbyt wielką wagę.

Nieco przewrotnie można by zapytać, czy Bóg ogląda mundial. Mistrzostwa świata to przecież dla kibiców święto i widowisko sportowe (piszę to jako człowiek, który ogląda minimum jeden mecz dziennie), zaś dla piłkarzy – dochodowy wysiłek i szansa na pokazanie umiejętności. Nie warto jednak liczyć tam na boską interwencję, lepiej chyba zaufać taktyce i technice profesjonalistów. Co więcej, nawet jeśli polska reprezentacja nie wyjdzie z grupy (a przy takim stylu gry, jak w meczu z Senegalem, trzeba dosłownie liczyć na cud), świat się nie zawali. Ostatecznie to tylko futbol. Farsa powstaje, gdy o tym zapominamy.