Wielkości narodu nie mierzy się ani wielkością lotnisk, ani długością sieci autostrad.

W niedzielę, 17 czerwca, mieszkańcy gminy Baranów w województwie mazowieckim poszli głosować w lokalnym referendum dotyczącym projektu Centralnego Portu Komunikacyjnego (CPK), który ma powstać w ich miejscowości. Przy 47-procentowej frekwencji, 84 procent głosujących wypowiedziało się przeciwko lokalizacji CPK w Baranowie, a 94 procent wyraziło niezgodę na warunki wykupu ziemi zaproponowane przez rząd.

Wyniki nie powinny zaskakiwać, ponieważ ludzie rzadko przyjmują z otwartymi rękoma wielkie inwestycje powstające pod ich oknem, a tym bardziej na własnych posesjach. Łatwo byłoby zatem dyskwalifikować to głosowanie jako zwykły przejaw postawy NIMBY (z ang. Not In My Back Yard), czyli ogólnej zgody na inwestycję służącą dobru wspólnemu, byle nie na moim podwórku. Niektórzy obserwatorzy zobaczą pewnie w tym sprzeciwie także taktykę, by wytargować z władzami centralnymi wyższe odszkodowanie.

Choć nie można wykluczyć takiej motywacji u część mieszkańców, nie powinniśmy rezygnować z debaty o zasadności planu budowy CPK. A takiej dyskusji na poziomie ogólnokrajowym właściwie nie było, mimo że inwestycja ma ewidentnie charakter ogólnokrajowy, a nawet wykraczający poza granice Polski. Przypomnijmy, że lotnisko ma kosztować co najmniej 30 miliardów złotych i obsługiwać od 45 do aż 200 milionów pasażerów rocznie – jak zapowiedział prezes LOT-u Rafał Milczarski w Radiu Maryja 4 czerwca ubiegłego roku.

Obecny rząd widzi Polskę jako kraj tranzytowy między Chinami a zachodnią Europą

Wbrew ironicznym komentarzom premiera Mateusza Morawieckiego i prorządowej prasy skierowanym w Rafała Trzaskowskiego, nie bez znaczenia dla potencjału rozwojowego CPK jest przyszłe lotnisko im. Willy’ego Brandta pod Berlinem. Dopóki Polacy będą mieli swobodę ruchu w strefie Schengen, dopóty dla mieszkańców zachodnich regionów szybciej i taniej będzie latać z Berlina niż z Baranowa. Chyba że diametralnie poprawią się w kraju połączenia komunikacyjne. Dziś takiej realnej perspektywy nie ma.

To prowadzi do sedna sprawy, czyli pytania o to, komu właściwie ma służyć CPK? Jak sama jego nazwa wskazuje, Centralny Port Komunikacyjny nie ma być po prostu dużym lotniskiem, ale hubem. Byłoby przecież mało realne osiągnąć frekwencję 45 milionów polskich pasażerów rocznie w kraju, w którym liczba ludności spada i wynosie obecnie blisko 36 milionów. Dla porównania, największe lotnisko w Europie, brytyjskie Londyn-Heathrow, obsługuje co roku prawie 80 milionów pasażerów z całego świata i jest położone przy metropolii liczącej 8,5 milionów mieszkańców.

Autorzy koncepcji CPK i jego zwolennicy nie mają zresztą złudzeń na temat udziału Polaków w ruchu lotniczym i przekonują, że hub będzie przede wszystkim „wrotami dla Europy dla lotów z Azji” (Milczarski). Prawdą jest, że wraz z rozwojem gospodarczym już obserwujemy silny wzrost ruchu lotniczego między Azją a innymi regionami świata, w tym Europą: podróżują turyści, studenci, biznesmeni… i oczywiście towary. Pytanie tylko, jakie ma być miejsce Polski w tym układzie?

Zarówno projekt CPK, jak i treść współpracy między Warszawą a Pekinem (Nowy Jedwabny Szlak oraz format 16+1 łączący Chiny z krajami Europy Środkowo-Wschodniej) świadczą o tym, że obecny rząd widzi Polskę jako kraj tranzytowy między Chinami a zachodnią Europą lub, jak określa prezes Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys, „centrum logistyczne”. Sam premier Morawiecki tłumaczy, że „jesteśmy położeni centralnie, na równinie środkowoeuropejskiej. Przez wieki to stanowiło dla naszych przodków źródło nieszczęść i niebezpieczeństw, a my chcemy to przekuć w sukces ekonomiczny i strategiczny”. Ze strony polityka, który wymienia wielkość narodową przez wszystkie przypadki, jest to zadziwiająca, bo bardzo pesymistyczna i ograniczona wizja Polski.

Wprawdzie istnieją na świecie państwa, które dobrze radzą sobie w globalizacji jako huby (Singapur, Dubaj w Emiratach), pamiętajmy jednak, że to są małe kraje, które mogą sobie pozwolić na wąską specjalizację. W Dubaju, lotnisko i linia Emirates razem wzięte same odpowiadają za 27 proc. PKB i 21 proc. wszystkich miejsc pracy w kraju! Polska jest zdecydowanie większa, co czyni, że taki model jest nad Wisłą nie tylko niemożliwy, ale i również niepożądany, bo oprócz nadmiernej zależności od koniunktury globalnej, zatrudnienie w branży jest zazwyczaj słabej jakości i przynosi niskie dochody (sprzedaż detaliczna, ochrona i sprzątanie stanowią gros miejsc pracy).

Czy warto inwestować ogromne pieniądze po to, żeby z Polski zrobić miejsce przesiadkowe, przez które osoby i towary z całego świata będą jeździć, podczas gdy lwia część wartości dodanej będzie wytwarzana gdzieś indziej? Czy to jest przykład odpowiedzialnego rozwoju promowanego przez obecny rząd?

W dzień po referendum, w zupełnie innych okolicznościach, prezydent Andrzej Duda powiedział, że „państwo nowoczesne to nie jest państwo liberalne, w którym człowiek jest gnębiony, tylko to jest państwo, które myśli o zwykłym człowieku. To jest najistotniejsze, bo podstawą państwa jest ten zwykły człowiek”.

Wielkości narodu nie mierzy się ani wielkością lotnisk, ani długością sieci autostrad. Tak, podstawą winni być ludzie, a nie rojenia o miejscu państwa na mapie świata, bez względu na losy jego konkretnych obywateli. O to właśnie upominali się mieszkańcy Baranowa.