„Ślub” Witolda Gombrowicza w 2018 roku jest jeszcze bardziej aktualny.

Jerzy Jarocki powiedział kiedyś, że był porażony „wielkością, przenikliwością i szaleństwem tej sztuki”. „Wiedziałem, że muszę ją zamienić w teatr” – mówił.

Człowiek jest poddany temu co tworzy się „między” ludźmi – jak pisał Gombrowicz – i nie ma dla niego innej boskości jak tylko ta, która z ludzi się rodzi. Taki jest właśnie ten „kościół ziemski”, który objawia się Henrykowi we śnie.

„Ślub” Witolda Gombrowicza to ostatnia w tym sezonie premiera w warszawskim Teatrze Narodowym.

„Mądrzej ci powiem, jakiej to religii
Jestem wraz z tobą kapłanem. Między nami
Bóg nasz się rodzi i z nas
I kościół nasz nie z nieba, lecz z dołu
Religia nasza nie z góry, lecz z dołu
My sami Boga stwarzamy i stąd się poczyna
Msza ludzko ludzka, oddolna, poufna
Ciemna i ślepa, przyziemna i dzika
Której ja jestem kapłanem!”
(Pijak, Akt II)

„Świętość, majestat, władza, prawo, moralność, miłość, śmieszność, głupota, mądrość, wszystko to wytwarza się z ludzi, jak alkohol z kartofli. Jak alkohol, rozumiesz?
Ja opanowałem sytuację i zmuszę tych bydlaków, żeby wytworzyli wszystko, co mnie się zechce; a gdy już dostatecznie napompują mnie potęgą i majestatem, dam sobie ślub. A jeśliby to było śmieszne, to ja śmieszność też wezmę za mordę. Jeśliby to było głupie, to ja głupotę też wezmę za mordę. A mądrość też wezmę za mordę! A jeśliby Bóg, stary, przedawniony Bóg coś miał przeciwko temu, to też wezmę za mordę!…”.
(Henryk, Akt III)

Wspaniałe, wizjonerskie przedstawienie litewskiego mistrza Eimuntasa Nekrošiusa. Fantastyczna przestrzeń, gra świateł, plastyka spektaklu. Muzyka Algirdasa Martinaitisa, przypominająca raz Nino Rotę z „Osiem i pół” Felliniego, inny razem nawiązująca do fragmentu piątej symfonii Gustava Mahlera, wykorzystanej w „Śmierci w Wenecji” Viscontiego. Jest jeszcze nokturn Chopina, który otwierał „Wesele” Hanuszkiewicza w 1974 roku, gdzie Łomnicki grał Gospodarza, a Łapicki Pana Młodego. Zapewne to nawiązanie nie było zamierzone przez reżysera (zresztą, kto wie?), ale jednak wzruszające.

Aktorstwo w „Ślubie” jest najwyższej próby. Mateusz Rusin nie schodzi ze sceny przez trzy godziny; jego Henryk to poszukiwacz transcendencji, humanizmu, a jednocześnie racjonalista i logik; poszukiwacz człowieczeństwa w sobie i innych; zagubiony, pełen sprzeczności. Nie wie, czy to wszystko „jest prawdą, czy nie jest prawdą”. Henryk w wykonaniu Rusina – tak jak chce Gombrowicz – „widzi się wobec świata fikcji, snu, kłamstwa, świata formy”, wobec świata, który odpowiada jednak jakiejś rzeczywistości, coś wyraża. Rzeczywistość somnambulicznego koszmaru odkrywa jego pragnienia, także odrzucane pragnienie miłości, bo przecież „my nie kochamy się – my tylko wytwarzamy miłość między sobą”. Ostatecznie Henryk poddaje się logice Formy, logice sztuczności i fałszu. Takimi rolami wchodzi się do pierwszej ligi aktorskiej. Rusin chyba już w niej był, teraz jest już na pewno.

Grzegorz Małecki jako Pijak „bierze mnie za mordę” swoim monologiem o kościele nie z nieba, lecz z dołu i o religii nie z góry, lecz z dołu. Małecki jest śmieszny i tragiczny, poza Formą, potrafi „dutknąć”, ale ostatecznie jego Pijak logice Formy też się poddaje.

Zadziwia Danuta Stenka w podwójnej roli matki Henryka i Mańki. Zmienność nastroju, poczucie absurdu, rozpacz i śmiech, fenomenalna gra słowem i ciałem. Jerzy Radziwiłowicz z kolei jako Ojciec jest jak ów „przedawniony Bóg”, którego syn – przynajmniej we śnie – „bierze za mordę”.

Widać zresztą, że cały zespół aktorski „żyje” przedstawieniem, utożsamia się z wizją reżysera.

Kilka scen szczególnie mocno zapada w pamięć: dialog Henryka i Pijaka, jakby konfrontacja jasnej, młodzieńczej strony osobowości tego pierwszego ze stroną ciemną, groźną i zagubioną; wspaniale oświetlona scena między Henrykiem i jego przyjacielem Władziem (znakomity Karol Dziuba), dramatyczna walka Henryka ze swoją tożsamością i prawdziwym uczuciem, które musi odrzucić, złożyć na ołtarzu Formy.

Po premierze Jerzego Jarockiego w 1991 roku Bronisław Mamoń, krytyk „Tygodnika Powszechnego” pisał, że „chaos, w którym się dziś pogrążamy, rozpad starych struktur politycznych i powstawanie nowych, nadzieje i lęki z nimi związane, wędrówki ludów w poszukiwaniu chleba i wolności, kruszenie się starych wiar i pustka duchowa, którą w sobie odkrywamy, jakże to wszystko przypomina krajobraz powojennej rzeczywistości i zarazem sprzyja żywemu odbiorowi przedstawienia, zapraszając widza do refleksji o podstawowych problemach ludzkiej egzystencji, uwięzionej w świecie obrzydliwym i przerażającym, gdzie wszystko ‚przeinaczone, wykręcone, zrujnowane, wypaczone”.

„Ślub” w 2018 roku jest jeszcze bardziej aktualny. „Nie wierzę w Boga, ani w Rozum” – to sen Henryka. Nasz sen?