Myślę, że odpowiedź prezydenta na zadane mu w KFC pytanie o łamanie Konstytucji wielu rozczarowała. Nie tylko dlatego, że w istocie była formą ucieczki.

Nie milkną komentarze po nagłośnionym przypadkowym spotkaniu pary prezydenckiej z młodą obywatelką, w jednej z restauracji szybkiej obsługi w Krakowie. Zwolennicy i przeciwnicy obecnie urzędującego prezydenta prześcigają się w ocenach, czy naruszył on ustawę zasadniczą, w ilu przypadkach, w jaki sposób. Jak to zwykle bywa, wielu z lubością śledzi życiorys młodej obywatelki, która zadała prezydentowi pytania, oceniając jej intencje i starając się zdezawuować wagę podniesionego przez nią problemu przez argumenty personalne.

Chciałbym zwrócić uwagę na kwestię poruszaną w komentarzach marginalnie – na sposób komunikacji pary prezydenckiej z Polakami, a właściwie na brak tej komunikacji. Jeśli nasze społeczeństwo opiera swoje funkcjonowanie na zasadach demokracji (art. 2 Konstytucji), w tym wolności wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji (art. 54), to nie sposób pogodzić się z postępującym procesem upadku kultury dyskusji, którego dobitnym przykładem była sytuacja w KFC. W kilkuminutowym amatorskim filmie widać bowiem przede wszystkim to, że władza irytuje się z powodu pytania zadanego przez obywatelkę, a emocje biorą górę nad rozsądkiem.

Konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi (w tym do zadawania pytań władzy) może przecież z powodzeniem służyć dobru wspólnemu, choćby zadawane pytania były najbardziej krytyczne

Jeśli – zgodnie z Konstytucją, o którą przecież spór się toczy – Rzeczpospolita Polska ma być demokratycznym państwem prawnym (art. 2) oraz dobrem wspólnym wszystkich obywateli (art. 1), to w moim przekonaniu para prezydencka nie powinna prowadzić dialogu z jakimkolwiek obywatelem w sposób, jaki właśnie obserwowaliśmy. Możliwość swobodnej, nieskrępowanej rozmowy z głową państwa to przecież nic innego jak realizacja wolności wypowiedzi i poglądów, uczestnictwo w demokratycznej formie rządów, wreszcie – emanacja prawa do uczestnictwa we wspólnocie i jej współtworzenia.

Konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi (w tym do zadawania pytań władzy) może przecież z powodzeniem służyć dobru wspólnemu, choćby zadawane pytania były najbardziej krytyczne. Tymczasem ocenianie zadanego pytania, zarzucanie kłamstwa, odpowiadanie pytaniem na pytanie nie tylko nie należy do dobrego tonu, ale w pewnym sensie także – gdy czyni to głowa państwa – stanowić może wykluczenie osoby je zadającej ze wspólnoty obywateli, a co najmniej pozbawienie obywatela prawa do bycia prawdziwie wysłuchanym przez władze. Należałoby się temu koniecznie przeciwstawić, by standardy konstytucyjne nie okazały się jedynie deklaracjami.  

Pytaniem na pytanie?

Powyżej wspomniałem o kilku przepisach ustawy zasadniczej, współtworzących zasady ustrojowe oraz precyzujących prawa i wolności obywatelskie w naszym kraju. Niezależnie od nich można zadane prezydentowi pytanie o przestrzeganie Konstytucji potraktować także jako pewnego rodzaju skargę, wniosek albo po prostu ustną petycję dotyczącą funkcjonowania władzy wykonawczej, a konkretnie urzędu prezydenta. Oczywiście można tu mówić o sui generis petycji, która nie została formalnie wniesiona.

W tym kontekście konieczne jest wskazanie na art. 63 Konstytucji, zgodnie z którym każdy ma prawo składać petycję, wnioski i skargi w interesie publicznym. Jakkolwiek tryb rozpatrywania petycji, wniosków i skarg określa ustawa, to wydaje się, że z treści art. 63 można przede wszystkim wysnuć prawo do składania skarg, wniosków i petycji, a szerzej prawo do krytyki władz publicznych. Co więcej, rozpatrzenie tej krytyki jest dla władz obowiązkowe. 

Tymczasem na nagraniu widać, że prezydent nie tylko zarzucił autorce pytania o łamanie Konstytucji kłamstwo, lecz także próbował odpowiedzieć jej pytaniem na pytanie, w czym wtórowała mu pierwsza dama (wypowiedź pani prezydentowej: „w którym punkcie?”, pytanie pana prezydenta: „konkretnie, gdzie?”). Myślę, że wielu taka odpowiedź pytaniem na pytanie rozczarowała nie tylko ze względu na to, że w istocie była ona formą ucieczki, lecz przede wszystkim – że tradycyjnie taki sposób reakcji na zadane pytanie świadczyć może o braku szacunku dla pytającego.

Gdy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, uosabiający majestat całego państwa (art. 126), zbywa pytanie o ustawę zasadniczą komentarzem oceniającym jego treść lub pytaniem sprawdzającym, to mamy do czynienia z przykładem niezbyt rozwiniętej kultury politycznej i braku umiejętności prowadzenia dialogu w sposób partycypacyjny, dostępny dla każdego bez względu na wyznawane przekonania polityczne. Obywatelka nie pytała przecież, jak sądzę, obywatela Andrzeja Dudy, lecz pytała w pewien sposób Rzeczpospolitą o to, czy Konstytucja ma jeszcze dla niej jakieś znaczenie.

Porównałbym tę sytuację do egzaminu. Egzaminującym jest obywatel, egzaminowanym prezydent. Można udzielić złej odpowiedzi bądź odpowiedzi, z którą egzaminujący się nie zgadza, byle ją merytorycznie uzasadnić. Odpowiedzenie natomiast pytaniem na pytanie lub powiedzenie, że pytanie jest kłamliwe, wiążę się niestety z oceną niedostateczną. Czy gdyby młoda obywatelka sformułowała pytanie na piśmie, w formie skargi czy petycji, należałoby odpowiedzieć jej pisemnie zadawaniem pytań? Czy na tym ma polegać dialog obywatela z władzą i ustosunkowywanie się władzy do krytyki, która jest prawem wszystkich obywateli? Śmiem wątpić. 

Zmarnowana szansa spotkania

Niezależnie od kontekstu prawnego w „rozmowie” pary prezydenckiej z młodą obywatelką osobiście razi mnie najbardziej zmarnowana szansa spotkania. Widać natomiast chęć udzielenia za wszelką cenę szybkiej odpowiedzi, ucinającej dyskusję, lekceważącej zadane pytanie (z powodów: jak wyżej).

Jeżeli prezydent rzeczywiście nie dostrzega problemów ustrojowych wynikających z podejmowanych przez niego działań lub obciążających zaniechań, to należało spokojnie i stanowczo udzielić odpowiedzi oznajmującej oraz podać stojące za nią racje, ewentualnie podziękować za wyrażenie opinii i się z nią nie zgodzić.

O ile od młodej obywatelki, mającej szansę zadać tylko krótkie pytanie głowie państwa, trudno wymagać precyzji, o tyle od prezydenta wymagać należy szacunku do każdego człowieka, choćby zadającego najbardziej trudne, niewygodne, a może nawet irytujące pytania. Prezydent oraz jego małżonka mieli przecież możność odpowiedzieć dłużej (to oni decydują, ile czasu poświęcą na spotkanie, choćby w prywatnej sytuacji), mieli też możność podziękowania za zgłoszony głos krytyczny, wreszcie – można było zaprosić do dalszej dyskusji i postarać się przede wszystkim wysłuchać, co młoda osoba ma do powiedzenia. Niestety tego wszystkiego nie zobaczyliśmy ani nie usłyszeliśmy.

Pamiętajmy, że nieodłącznym atrybutem demokracji jest rozmowa, umiejętność przekonywania do swoich racji za pomocą argumentów, a także poszukiwanie kompromisu w imię zgodnego – mimo wszystkich dzielących nas różnić – życia we wspólnocie.