Moja generacja miała dużo szczęścia, bo dojrzewała w przełomowym momencie i nietuzinkowych okolicznościach. Jesteśmy dzięki temu pół na pół – złożeni z przeszłości i nowoczesności, trochę analogowi i trochę cyfrowi.

Urodziłam się 17 września 1980 roku, miesiąc po rozpoczęciu strajków w stoczni Gdańskiej. Z PRL-u pamiętam przede wszystkim: syfony i wodę gazowaną z sokiem malinowym w upalne popołudnia, dobranockę o „Zaczarowanym ołówku” i chłopcu, który mógł narysować wszystko, czego nie miał; paczki na Boże Narodzenie – z delicjami i wafelkiem Prince Polo – równymi porcjami luksusu wręczanymi przedszkolakom; chińskie plisowanki z tworzywa sztucznego, ten sam model miałam ja i wszystkie moje przyjaciółki. Pamiętam też wiszenie na trzepaku, godzinami, do góry nogami. I czekanie pod sklepem spożywczym na arbuzy z Bułgarii. Wyjeżdżaliśmy rowerami na ich powitanie, jak się wita gości z baśniowych krain.

Nie pamiętam niczego złego: cenzury, tortur, bicia, zniewolenia, zamkniętych granic. Nie mogę tego pamiętać, widzę PRL przez dziecięce okulary.

W pierwszą podróż zagraniczną poleciałam w roku 1985 do czeskiej Pragi i przywiozłam z niej gumy do żucia zamiast zwykłych cukierków, zrobiłam furorę w klasie. W drugą ruszyłam z tatą pociągiem do Moskwy w roku 1990 i nigdy nie zapomniałam poczucia ekscytacji pomieszanej z lękiem, jaka towarzyszyła przekroczeniu granicy w Brześciu.

Należę do ostatniego pokolenia urodzonego PRL. Kiedyś więc, w nieodległej przyszłości, będę w gronie ostatnich świadków tamtego czasu. I będę miała do opowiedzenia trochę inną historię niż ta polityczna, o którą spiera się kilka pokoleń Polaków.

Mój PRL to długo utrzymujące się poczucie równości. Wszyscy nosiliśmy zbyt małe już przedszkolne kapcie z dziurą przetartą na paluszku. Lata 80. XX wieku były wyśmienitą lekcją podwórkowej demokracji i współdzielonej ekonomii. To wspólne place zabaw i zatłoczone boiska. Granie w kapsle zdobione małymi flagami państw, wyciętymi żyletką z Wielkiego Atlasu Świata. To „donaszanie” swetra po starszym rodzeństwie i uczenie się z używanego podręcznika. Codzienne pożyczanie i wymiany: ja ci dam piłkę, jeśli dasz pojeździć na rowerze, a za godzinę się zamieniamy. Wspólne, jasne reguły ustalane bez udziału dorosłych. Jak się ktoś z kimś pokłócił, szedł „na solówę” albo ścigał się spod garaży na basen. I jeśli wygrał, był górą. Lata 80. to czas, który się ma. I który czasem się dłuży – pozwala na czekanie, snucie marzeń o wszystkim, co będzie i czego jeszcze nie mamy.

Moja generacja – niezwykłe plemię ostatnich dzieci PRL, a zarazem pierwszych dzieci transformacji – miała dużo szczęścia, bo dojrzewała w przełomowym momencie i nietuzinkowych okolicznościach. Jesteśmy dzięki temu pół na pół – złożeni z przeszłości i nowoczesności, trochę analogowi i trochę cyfrowi, trochę XX-wieczni, trochę XXI wieczni. Mamy za sprawą tej składakowej natury unikalne doświadczenie i zasoby. Już raz bardzo przydaliśmy się temu krajowi. Nie mam jednak pewności, czy będziemy mogli przysłużyć się mu teraz. A uważam, że jesteśmy potrzebni.

Co mam na myśli, mówiąc, że już się raz przydaliśmy?

W roku 1989 r. moja mama miała tyle lat, ile ja dziś – 37. To dużo i mało. Dość dużo, by gwałtowność zmian przytłoczyła, stanowiła szok. Ale i za mało, za wcześnie, żeby się poddać, nie podjąć wyzwania przemiany i zbudowania życia w odmienionych okolicznościach. Ja miałam lat 9 i nie miałam żadnych dylematów. Zostałam, jak wszystkie dzieci wokół, natychmiast wysłana na lekcje angielskiego, uczyłam się obsługi komputera i zewsząd słyszałam, że świat do nas należy, trzeba się uczyć, przeć naprzód, nie bać się i skakać w tę nowość.

Wchodziliśmy na rynek pracy w pierwszych latach XXI w., doświadczenie wielu moi rówieśników to praca bez taryfy ulgowej, terminowanie, staże i ciągłe starania

Skakaliśmy. Bez świadomości i lęku – dwóch sił, które obciążały rodziców. Chronieni dziesięcą ekscytacją, odwaliliśmy kawał porządnej roboty. Ucząc się co dzień nowego, biorąc świat w swoje ręce, oczuwając przede wszystkim ciekawość i praganienie, każdy z nas osobno i wszyscy razem wspólnie zakopywaliśmy cywilizacyjny rów między Polską a wymarzoną Europą. Podróżowaliśmy, próbowaliśmy nowych dań, nowych języków i technologii, szybko lecząc się z kompleksów, nabywając umiejętności, manier, obycia.

Mój tata pochodzi ze wsi. Gdy miał 18 lat, prosto ze żniw pojechał nad Bałtyk. Wtedy po raz pierwszy w życiu widział morze. Zadbał o to, bym ja w wieku 18 lat znała już większość Europy i mówiła w dwóch językach obcych. Jako nastolatka marzyłam, że będę – jak Madeleine Albright – pracować w dyplomacji i grać na najpoważniejszym boisku świata. Miałam poczucie pewności (nie tyle siebie, co nas wszystkich), poczucie zasilane wiarą rodziców, autorytetów publicznych, bliżej nieokreśloną atmosferą nadziei i pędu naprzód, że te marzenia, nawet najambitniejsze, są możliwe do zrealizowania.

Pionierzy nowego systemu

Moi rówieśnicy biegli równo ze mną – wciąż się czegoś uczyliśmy, coś robiliśmy po raz pierwszy, ścigaliśmy się na te przeżycia, kolekcjonowaliśmy prywatne i cywilizacyjne przełomy. Byliśmy rozpaleni i entuzjastyczni, jak pionierzy nowego systemu. Wtedy tak bym tego nie nazwała, ale po roku 2008, gdy moi rówieśnicy poczuli ciężar miesięcznej raty kredytu mieszkaniowego, jaki zaciągali, wierząc w swoje nieskończone zdrowie i dobrą koniunkturę, uderzyła nas ta spóźniona świadomość. Myśl prosta, choć długo niezauważona – że w roku 1989 nie tyle upadł system, a zaczęła się wolność, ile skończył się jeden system, a my pomogliśmy budować nowy. Taki, który miał nam dać splendor Crystal i Blake’a Carringtonów z „Dynastii”, a dał życie w kredycie i wiele fantastycznych możliwości z dołączonym do nich rachunkiem. Rodzice mówili: „Kup mieszkanie na kredyt, po co będziesz obcych wynajmem dorabiać?”. A teraz to nie rodzice, lecz my mamy raty rozpisane aż do emerytury.

Około trzydziestki – akurat, gdy Polska świętowała organizację Euro 2012, nowe autostrady i stadiony jako totemy rozwoju – my zorientowaliśmy się, że młodzieńcze paliwo dokądś paruje. Dogonienie własnych marzeń, zderzenie intensywnej i fascynującej młodości z realiami okazało się dotkliwe.

Domyślam się, że to element dojrzewania każdej generacji. W naszym przypadku poczucie, że przebiegliśmy metę (niejedną) i nie wiemy, gdzie dalej iść, nałożyło się na polityczną próżnię i dryfowanie całego społeczeństwa. Osierocona sfera symboliczna i niezaopiekowany zbiór wspólny stworzyły przestrzeń, w którą łatwo wkroczyły populistyczne i formułowane negatywnie postulaty. Przez ćwierćwiecze po 1989 roku byliśmy – co zrozumiałe – skupieni na życiu prywatnym, indywidualnych celach. Urządzaliśmy mieszkania, a co za progiem, na podwórku, było nienasze, państwowe, wciąż niczyje.

Teraz moi rówieśnicy – zbliżający się do czterdziestki – zaczynają zajmować znaczące stanowiska zawodowe i uczestniczyć w zarządzaniu rzeczywistością. W przeciwieństwie do „młodych tygrysów lat 90.” my nie robiliśmy szybkich karier. Kolejno szliśmy po szczeblach rozwoju. Wchodziliśmy na rynek pracy w pierwszych latach XXI wieku, gdy ten rynek już się stabilizował i nie wystarczyło „znaleźć sę we właściwym miejscu w właściwym czasie”. Doświadczenie wielu moi rówieśników to praca bez taryfy ulgowej, terminowanie, staże i ciągłe starania. Jako dzieci z wyżu demograficznego rywalizowaliśmy z rówieśnikami o najlepszy kąt w piaskownicy i na trzepaku, o miejsca na uczelniach i w firmach. Zawsze czuliśmy na plecach czyjś oddech i jeśli dostaliśmy pracę – ciekawą, pełną wyzwań i wymagań – była ona na ogół powodem do dumy, świadectwem powodzenia, certifikatem jakości.

Choć czasy „wolnej amerykanki” minęły, grunt był jeszcze świeży i mogliśmy uczestniczyć w wymyślaniu, tworzeniu wielu rozwiązań. Od początku życia zawodowego mieliśmy więc sporo swobody i ponosiliśmy za to odpowiedzialność. W takich okolicznościach dojrzewa się szybciej, a rozwój zyskuje solidne fundamenty. Dorastaliśmy, ucząc się kapitalizmu w praktyce. Dla nas nie był tylko wyobrażeniem – znamy go do kości, jesteśmy jego praktykami.

Upatruję w tym istotnych i unikalnych kompetencji płynących i z edukacji, i z mnogich doświadczeń. Nasi rodzice mawiają, że w ciągu roku doświadczaliśmy więcej nowości i zmian, niż oni przez całe życie. Adaptacja do zmiany to nasza nabyta natura, bezcenna we współczesności zdolność.

Dlatego śmiało wyobrażam sobie swoje pokolenie jako zdolne do dobrego, pełnego wyobraźni, ale także dalekowzroczności i odpowiedzialności zarządzania Polską. Dlatego tak bardzo żałuję, że jesteśmy wielkimi nieobecnymi polskiej polityki, która – jako zdyskredytowana – nie leżała w uniwersum naszych najważniejszych marzeń.

Koszt transformacyjnego przyspieszenia

Nie mam pewności, czy moja generacja chce teraz przyjąć odpowiedzialność za Polskę ani czy ta szansa nie jest już kwestią minioną. Czy teraz, gdy jesteśmy dorośli i wyposażeni, chcemy na nowo podjąć się wysiłku – już mniej we własnej sprawie, a raczej w tej wspólnej? W psychologii znane jest zjawisko parentyzacji, gdy dziecko przejmuje rolę dorosłych i traci dzieciństwo. Mam wrażenie, że ta swoista zamiana ról dotyczyła niemal całej mojej generacji, spędzającej dzieciństwo na budowie nowej rzczywistości.

Większość moich znajomych i przyjaciół decydowała się na ślub dopiero po trzydziestce (najpierw był wspólny kredyt), a większość przyjaciółek również dopiero po trzydziestce urodziła pierwsze dziecko. Ja nie założyłam rodziny i znam wielu, którzy także nie mają takich planów. Tak wybraliśmy, a może taki – odciśnięty w relacjach, niedoborze bliskości – ponosimy koszt transformacyjnego przyspieszenia.

Długo pędziliśmy w ekscytacji, w poczuciu ciągłej zmienności i w ambicji bycia na czasie. Długo mieliśmy pragnienie przyszłości i udziału w niej. Teraz, zadziwiająco wcześnie, jeśli kierować się metryką, czujemy się zmęczeni, już „starzy” sumą doświadczeń i przeżyć.

Biegliśmy. Na pokolenie rodziców się nie oglądaliśmy. Słyszeliśmy, że mamy liczyć na siebie, być gotowi na dynamiczne kariery, nie liczyć na państwo. Więc się od państwa odsunęliśmy, wycinając prywatne korytarze – wykupując pakiety opieki medycznej, omijając Pocztę Polską i ZUS, wybierając autostradę zamiast jazdy PKP.

Słyszeliśmy, że mamy liczyć na siebie, być gotowi na dynamiczne kariery, nie liczyć na państwo. Więc się od państwa odsunęliśmy, wycinając prywatne korytarze

A jednocześnie, i paradoksalnie, myślę, że moja generacja czuje się z Polską związana – odpowiedzialna za jej los, kierunek. Dzieje się tak chociażby dlatego, że jako dzieci byliśmy nadzieją tego kraju, nadzieją spełnioną. Mam tu na myśli również moich kolegów i rówieśników, którzy wyemigrowali do pracy w UE. Pozwolę sobie przypomnieć istotną rzecz, którą gubimy w swoistej histerii wywołanej wyjazdami młodych Polaków do pracy za granicą. To, co przez polityków nazywane jest „drenażem mózgów”, z punktu widzenia mojego pokolenia oznacza raczej sukces i awans. Przecież możliwość podjęcia legalnej, wymarzonej pracy za granicą była jednym z głównych powodów, dla których chcieliśmy wstąpić do Unii Europejskiej, uczestniczyć w wolnym przepływie osób, usług i dóbr. Wyjazd za granicę nie jest więc porażką – ani emigranta, ani państwa polskiego. Jest dowodem, że przynależymy do międzynarodowego rynku, że jesteśmy włączeni w procesy migracyjne, korzystamy z prawa poszukiwania lepszych scenariuszy swego życia. Zamiast lamentować nad wyjazdem młodych z Białegostoku, spod Rzeszowa czy z Mazowsza, moglibyśmy im pogratulować. Znali języki, mieli wspierających rodziców, odwagę i determinację, by poszukać dobrostanu, szczęścia. Otrzymali szansę i ją wykorzystali, przy okazji budując obecność polskiej diaspory w krajach Unii i jeszcze silniej łącząc nas z sąsiadami.

Nasz bieg, rozwój, nasze wyjazdy były dokonywane w imieniu dwóch, może nawet trzech pokoleń. Chwytaliśmy życie za siebie i za tych, którzy wcześniej nie mogli. Mamy wspólne powody do radości.

Dom jest tam, gdzie wi-fi

Przyspieszenie miało jednak konsekwencje w relacjach międzypokoleniowych. My, dzieci transformacji, na długie lata zerwaliśmy dialog z rodzicami. Nie tyle w wyniku jakiejś decyzji, konfliktu, ile wskutek radykalnej zmiany rzeczywistości. Oni czekali w domu z bitkami wołowymi i krupnikiem, a my jedliśmy lunche i brunche „na mieście”. Oni mówili, żebyśmy brali śluby, a my zwiedzaliśmy Azję z plecakiem. Oni chodzili do kościoła i do spowiedzi, a my – na psychoteriapie, kursy mindfullness i do coachów. Nasi rodzice znali rosyjski i obawiali się komputerów. My używaliśmy angielskiego i szybciej od nich mieliśmy telefony komórkowe.

Przepaść była potężna, ale – gdy moi rówieśnicy zaczęli wreszcie zakładać rodziny – pęknięcie zaczęło się zasklepiać. Odsłoniła się ocalona wspólnota wartości. Zaryzykuję stwierdzenie, że moi rówieśnicy mają dużo więcej wspólnego z rodzicami niż z tak zwanymi millenialsami, czyli generacją już nieanalogową, w pełni cyfrową i wolnorynkową.

Urodzeni latach 90. XX wieku, a więc dorastający w okolicznościach przełomu wieków, boomu ekonomicznego i gwałtownej internetyzacji, stoją już nie jedną, a obiema nogami po stronie nowoczesności. Kluczowa różnica, jaką moi rówieśnicy dostrzegają między „nami” a „nimi”, leży w sferze odczuwania braku oraz w sferze relacji wobec miesjca i czasu.

Jako dzieci socjalistycznych podwórek doświadczyliśmy niedoboru, wiemy i pamiętamy, co znaczy „chcieć, a nie mieć”, „musieć poczekać”, „móc jedynie o czymś pomarzyć”. Młodsi od nas zanim jeszcze zdążyli pomarzyć, już zaspokajali potrzebę, często podsuwaną lub kreowaną przez mechanizmy rynkowe i reklamowe. My w dzieciństwie mieliśmy „Zaczarowany ołówek”, oni mieli internet. Może nigdy na nic nie czekali, bo w wirtualności czas ulega kompresji, rzeczywistość on-line jest wyłącznie teraźniejsza. Klikasz i masz. Internet zapewnia bodźce i spełnienie inaczej niż real. W nim pomiędzy pragnieniem a spełnieniem upływa czas, trzeba włożyć wysiłek, poczekać na efekt.

Dzisiejsi dwudziestolatkowie są także znacznie mniej niż my przywiązani do miejsca. W hostelu w Seulu, gdzie mieszkałam przez miesiąc z młodymi nomadami z całego świata, usłyszałam fascynującą definicję: „Dom jest tam gdzie wi-fi”. Jak duże znaczenie dla człowieka może mieć terytorium Polski pojmowane jako ograniczona przestrzeń, na sposób fizyczny? Codzienne doświadczenie internetu jest przecież ćwieczeniem z braku granic. Można w minutę zamówić perfumy z Irlandii i francuskojęzyczną książkę w Amazonie, można słuchać radia z Pakistanu i konwersować z ludźmi z Argentyny częściej niż z kolegami z klasy. Można przechowywać i kształtować swoją tożsamość w różnych i licznych wirtualnych niszach. Przynależeć do nich silniej niż do pejzażu ulicy w polskim mieście.

Millenialsi w płynnym świecie

W ostatnich dwóch dekadach XX wieku globalizacja dokonała symbolicznego skurczenia świata, a w każdym razie sprawiła, że tak go odbieramy – glob wydaje się mały, bardziej intensywny. W tym czasie również wzmożyły się migracje – te do miast i pomiędzy miastami – tworząc gigantyczne centra i megamiasta, wysysające życie z innych ośrodków.

Młodzi Polacy, podobnie jak ich rówieśnicy w wielu krajach, wydają się dziś silniej połączeni tożsamościowo z rozmaitymi „plemionami” globalnej społeczności, np. fanami serialu 13 powodów lub nowej płyty Bruno Marsa, niż z abstrakcyjnymi pojęciami „Polaka-katolika” czy „Polaka-lewaka”. Dziewiętnastolatki, które widziałam na protestach przeciw zaostrzeniu prawa dotyczącego aborcji, miały pod pachą tomik wierszy Rupi Kaur, indyjskiej poetki mieszkającej w Kanadzie i piszącej m.in. o przemocy seksualnej. Bez trudu znalazły w dziewczynie z końca świata wyrazicielkę własnych frustracji. Nie szukały w kanonie lektur polskich.

Dlaczego wszystko to wydaje się istotne w kontekście demograficznej przyszłości naszego kraju?

Pokolenie urodzone w latach 90. XX w i na początku nowego stulecia, stojące dziś na progu dorosłości, ma „niefizyczny” związek z krajem, w którym się urodziło. Czują i wiedzą, że są Polakami, ale nie jest to statyczny element ich złożonej i dynamicznej tożsamości. Mają – wynikające z doznań i doświadczeń – silne odczucie płynności świata, jego zmienności i niestabilności, a co za tym idzie – zupełnie inny niż ja czy moi rodzice wymiar przywiązania do Polski, całkiem odmienny stosunek do przyszłości – własnej czy wspólnej.

Codzienny trening konsumencki i internetowy uczy przede wszystkim wybierania najlepszej opcji dla samego siebie. Internet, wbrew wielu jego aspektom społecznym, jest przestrzenią indywidualnych decyzji – to ja klikam, ja przechodzę na inną witrynę, otwieram link, lajkuję, komentuję lub nie, opuszczam konwersację. I na ogół robię to w fizycznym oddaleniu, faktycznej samotności, na przykład we własnym pokoju, bez świadków.

Internet uczy, że żadne miejsce nie jest ostateczne ani wystraczająco zadowalające. Zawsze przecież można „przeklikać się” i gdzieś znaleźć jeszcze tańsze buty, ciekwszy serial, fajniejszych partnerów do gry sieciowej. To doświadczenie przekłada się na decyzje i wybory realne – młody człowiek wie z praktyki internetu, że na świecie można znaleźć i wybrać lepszą uczelnię, ciekawsze kursy, atrakcyjniejsze oferty pracy. Raz wyuczony mechanizm „chcę więcej, lepiej, bardziej, bo tylko nieudacznicy stoją w miejscu” nie zostanie wyłączony – on ułatwi decyzję o wyjeździe, umożliwi wybór życia w innym kraju. Sięganie po to, czego się chce, i swoista przy tym obojętność na aspekty fizyczne – takie jak oddalenie, przeniesienie do innej społeczności – wydaje się charakterystyczne dla millenialsów . I stanowi także poparcie tezy, że faktycznie udało nam się powiązać Polskę ze światem, jego procesami społecznymi i technologicznymi.

Brak strategii dla młodych

Ekonomiczny i demograficzny niepokój o to, że „młodzi wyjadą z Polski” jest u nas dlatego źle formułowany, że wiąże się z pytaniem: „Jak młodych u nas zatrzymać?”. Wydaje się to strategią nietrafną, bo adres traci znaczenie. Jak pisała w eseju o migracjach Dubravka Ugrešić: „nikogo już nie ma w domu”. Świat jest na walizkach, w gorączce wędrówki, przenosin i poszukiwania lepszego życia.

W drodze są przede wszystkim ci, którzy przejawiają aspiracje. Pojęcia sukcesu i ruchu zostały połączone tak dosłownie, że dziś wyrusza każdy, kto chce poprawy losu – od ekspatów zakontraktowanych w Singapurze po chłopców wsiadających na pontony w Libii.

Nie ma możliwości, by młode polskie umysły nie odpowiedziały na to wyzwanie, by nie marzyły o podjęciu ruchu, o próbie awansu. Zamiast powtarzać nieadekwatne do rzeczywistości hasło „drenażu mózgów”, warto zastanowić się, co naprawdę mogłoby spowodować, że młodzi woleliby zostać tu, niż być gdzieś indziej.

Młodzi na całym świecie mają dla gospodarek i państw szczególną wartość. Są obiektem wyjątkowego zainteresowania i rywalizacji, ponieważ stanowią nośnik innowacji, kreatywności, substancji intelektualnej, bez której gospodarki rozwinięte więdną, a rozwijające się grzęzną.

Europa starzeje się demograficznie, tutejsze przemysły i ośrodki edukacyjne będą coraz wyraźniej potrzebować „importu młodości” z innych obszarów świata. Obawiają się tego społeczeństwa i gospodarki z dużym odsetkiem młodych: Azja Południowa, Ameryka Południowa, Bliski Wschód. Obawiać się możemy i my, bo każdy zdolny i ambitny Polak bez trudu znajdzie dla siebie znakomite szanse w Holandii, Wielkiej Brytanii czy w Niemczech. A jednak bać się i straszyć istniejącymi procesami to za mało, to wręcz niemądre.

Pomóc może tylko strategia, dalekowzroczność i troska wobec autentycznych potrzeb i pragnień młodych. Singaur planuje swym najmłodszym obywatelom edukację tak, by mieli gwarantowaną pracę po jej ukończeniu. Emiratczycy prowadzą wielkie kampanie, w których promują pracę jako wartościową postawę – w kraju, w którym fortuny wytrysnęły wraz z ropą, potrzeba dekad kształtowania świadomości ekonomicznej. Chińczycy z olbrzymiejącej klasy średniej sponsorują dzieciom naukę w najlepszych uczelniach świata, Hindusi zapraszają międzynarodowe korporacje, by błyskawicznie zakładały uczelnie dla setek milionów ludzi poniżej 25. roku życia; rząd indyjski nie ma szans samodzielnie nadążyć za demograficznym i edukacyjnym boomem, stara się więc tworzyć ośrodki przemysłowe i centra wiedzy z pomocą inwestorów.

Wiele krajów na wiele różnych sposobów próbuje robić coś, by nie stracić swych bezcennych zasobów młodości. Polska natomiast nigdy nie wdrożyła strategii dającej młodym obywatelom tę szczególną pozycję, na którą zasługują. Po roku 1989 młodzi nigdy nie byli w centrum ani w ogóle w spectrum zainteresowań rządzących Polską. To przeoczenie wywołało deficyt przyszłości. Oznacza on – dosłownie – brak perspektyw atrakcyjnego jutra, stanowi osierocenie sfery pragnień i marzeń.

Nikt nie chce być stary, nikt nie chce być mędrcem, bo współczesność nauczyła nas utożsamiać życie z młodością, a dojrzewanie ze śmiercią. Starość jest zakazana

To opuszczenie, czy wręcz jawne ignorowanie młodych Polaków przez polityków i elity wielu profesji, ma dwie widoczne konsekwencje. Po pierwsze niezapełnioną sferę przyszłości zajęła w Polsce przeszłość. Aktualnie proponowany przez Prawo i Sprawiedliwość oraz środowiska prawicowe repertuar wartości pochodzi z XIX wieku, posługuje się pojęciami i wyobrażeniami takimi jak: „niepodległość”, „naród”, ‚polskość”, stojącymi nie tylko w sprzeczności z procesami i praktyką współczesności, ale również znajdującymi się poza faktycznym i bieżącym doznawaniem życia usieciowionego i różnorodego. Jest salą muzealną, w której można chwilowo skryć się przed światem. Kłopot w tym, że świat istnieje nadal i stawia nowe wyzwania.

Po drugie brak dostrzegania i poważnego traktowania młodych przez wszystkie formacje polityczne skutkuje wśród tej generacji separacją, niechęcią wobec rządzących i utrzymującym się wstrętem do polityki jako negatywnej sfery rzeczywistości i wirtualności. Wyraźne i liczebnie znaczące w ostatnich wyborach parlamentarnych poparcie młodego elektoratu dla ugrupowań deklarujących się jako antysystemowe, jak Kukiz’15 czy PiS, okazało się ogromnym zaskoczeniem dla zawodowych i doświadczonych polityków. Jednak w niczym nie zmieniło ich postępowania. Długie ignorowanie protestu młodych lekarzy przez rząd i starsze wiekiem elity tej profesji było ostatnim przejawem nie tylko braku zainteresowania, ale również jawnej wrogości wobec młodych, którzy – nie miejmy złudzeń – będą w kolejnych pokoleniach coraz bardziej samoświadomi i samodzielni, zarówno jako konsumenci, jak i indywidualiści podejmujący decyzję w imię własnego dobra.

Dopóki Polska nie zakocha się w swoich najmłodszych obywatelach, dopóki nie zaznają oni prawdziwej uwagi i zainteresowania, dopóki nikt ich nie pyta i nie słucha, dopóty będą jak niezauważane dzieci. Jeśli nie potrafimy o nie należycie zadbać, miejmy choć tyle przyzwoitości, by życzyć im wszystkiego najlepszego tam, gdzie sami upatrują swoich szans – w Londynie, Atlancie czy Kuala Lumpur, zamiast lamentować i próbować zatrzymywać ich fałszywymi obietnicami.

Na współczesność nie ma mocnych

Wielu wspaniałych i aktywnych młodych Polaków w najbliższych latach i dekadach stąd wyjedzie. Równocześnie swoje dzieci pożegna wielu Ukraińców, Rosjan, Pakistańczyków czy Bengalczyków. Ich dzieci przyjadą do Polski. Już tu są – oficjalnie nieobecni, kulturowo nieprzywitani, społecznie nierozpoznani. Opiekują się naszymi dziećmi, sprzątają nasze mieszkania i biura, sprzedają nam chleb i piwo, dostarczają jedzenie i wożą nas jako kierowcy Ubera. Studiują na polskich uczelniach, postrzegają nasz kraj jako swoją ziemię obiecaną. Od nas zależy, czy będzie nią tylko na chwilę, czy – skoro już nas wybrali i zaoferowali swoje umiejętności, wysiłek – będziemy umieli ich przyjąć i o nich należycie zadbać. Może swoją obojętnością i niechęcią wypchniemy ich dalej. Do tych krajów, które prawidłowo rozpoznają wartość migrantów, tworzą im stabilne warunki adaptacji i rozwoju.

W najnowszym raporcie ONZ najszczęśliwsze kraje świata – Finlandia, Dania, Norwegia – to także kraje, w których największe poczucie szczęścia deklarują imigranci. Okazuje się, że dobre i spełnione życie można współdzielić, a raczej że współcześnie nie ma społeczeństw szczęśliwych bez zadowolonych imigrantów.

Mieszkam nieopodal akademika. Uśmiecham się w tramwaju do mieszkających tam Bengalczyków, na spacerach z psem mijam roześmiane Rosjanki. Cieszę się, ogromnie się cieszę, że tu są. Bo właśnie ich obecność jest miarą tego, jak wiele udało nam się zmienić. Ich przyjazd jest najwspanialszym z komplementów. Ludzie młodzi mają wyjątkowo dużo do dania i chętnie reagują na sygnały mówiące im, że mogą się do czegoś przydać, że są chciani i potrzebni.

Wiem to, ponieważ właśnie w poczuciu pewnej roli, zadania wyrastało moje pokolenie. Pozbawione wielu zawiłych dylematów, które mają dziś ludzie ode mnie młodsi. My wiedzieliśmy, że dostępna jest jedna ścieżka rozwoju – ta prowadząca na Zachód. Jej słuszności nikt wówczas nie kwestionował. Mogliśmy wpisać własny rozwój osobisty i zawodowy w szerszy kontekst „Polski wchodzącej do Europy”. Zyskaliśmy – poprzez kontekst czasu i okoliczności – windę, która dawała indywidualne spełnienie, ale także jakiś wyższy, społeczny wymiar. Udało nam się, każdemu po swojemu, ale także razem.

Niepokoi mnie myśl, że dzisiejsze nastolatki czy dwudziestolatki mają teraz być może trudniejsze zadanie. Żyją bez wyraźnego kierunku, przeciwnie – w nadmiarze możliwych odpowiedzi, z których każda wydaje się atrakcyjna, potencjalnie prawdziwa. Na współczesność, nieskończenie złożoną i wciąż się intensyfikującą, nie ma mocnych ani mądrych. Są konkurencyjne ośrodki wiedzy i władzy. Każdy lekarz mówi co innego. Każdy rodzic, każdy nauczyciel, każdy polityk i każdy celebryta. Nie ma się czego trzymać, trzeba podejmować decyzje pojedyncze, dotyczące najbliższych zdarzeń. Planowanie, spoglądanie w odległą przyszłość wydaje się wręcznie niemożliwe z powodu nawału teraźniejszości.

Moi rówieśnicy często żalą się, że nie mają z millenialsami wspólnego języka. Trudno nam zaakceptować to, jak bardzo się od nas różnią – nie dostrzegają sensu w ciężkiej, wielogodzinnej pracy, w posiadaniu mieszkania, w długoterminowych zobowiązaniach. Trudno nam też przyjąć wobec nich jakąś rolę.

Być autorytetem? Jak? Przecież to my byliśmy generacją doświadczającą braku autorytetów, ich nagłej dezawuacji. Być mentorem? Przecież my byliśmy rzucani na głęboką wodę, uczyliśmy się sami. Być rodzicem? Na to jesteśmy wobec dwudziestolatków za młodzi. Nie chcemy przechodzić na pozycje seniorskie, bo sami czujemy się jeszcze zbyt aktywni, wciąż głodni nowości, wciąż gotowi do dalszych zmian.

A poza tym starsi od nas nie chcą usuwać się na pozycje emerytalne, dokąd więc mielibyśmy przesunąć się my? I gdzie wobec tego mają się podziać najmłodsi dorośli?
Jednym z największych kłopotów naszego społeczeństwa jest to, że wszystkie generacje roszczą sobie prawo do młodości i starają się okupować przynależny jej obszar. Nikt nie chce być stary, nikt nie chce być mędrcem, bo współczesność nauczyła nas utożsamiać życie z młodością, a dojrzewanie ze śmiercią. Starość jest zakazana. Oznacza wykluczenie i wyłączenie z aktywności.

A jednak najlepsze, co możemy zrobić dla młodych, to zacząć się dobrze starzeć. Wypracować lepszy, pożyteczny model dojrzewania, w którym starsi i młodsi są sobie nawzajem potrzebni. Szczególnie że będziemy żyć coraz dłużej pośród topniejącej grupy młodych.

Moja generacja może odegrać rolę takiego łącznika między generacjami. Ponieważ mamy dobre rozumienie procesów współczesnych i nie przestajemy dostosowywać się do zmian, prawdopodobnie nie powtórzymy losu naszych rodziców, których doświadczenia, np. zawodowe czy ekonomiczne, transformacja brutalnie wyrzuciła na śmietnik. Nasza ekspertyza i wiedza mogą mieć autentyczną wartość i być transferowane młodszym użytkownikom demokracji i wolnego rynku. Pod warunkiem jednak, że z upływem czasu nam – generacji indywidualnych zdobywców, którzy osiągnęli niejeden szczyt i w związku z tym przejawiają pewną skłonność do kombatanctwa – przybędzie odrobina pokory i rozumienia, że teraz na boisku są już młodsi, którzy chcą grać po swojemu.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, lato 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 2/2018