Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź wydał dziś oświadczenie w sprawie artykułu Tomasza Krzyżaka i Andrzeja Gajcego. Dziennikarze napisali, jak Służba Bezpieczeństwa i wywiad wojskowy PRL wykorzystywały duchownego.

„Po raz kolejny padam ofiarą systemu totalitarnego. Po raz pierwszy padłem ofiarą tego systemu przed maturą, mając 17 lat. Zostałem wtedy osadzony w Centralnym Więzieniu Karno-Śledczym w Białymstoku na 3 miesiące. Następnie zostałem skazany wyrokiem sądu wojewódzkiego w Białymstoku na rok więzienia, w zawieszeniu na 5 lat i wydalony ze szkoły za przynależność do tajnej organizacji »Białe Orły« i namalowanie plakatu o szkodliwości sojuszu Państwa Polskiego ze Związkiem Radzieckim. Dnia 6 sierpnia 1963 r. wraz z czterema kolegami zostałem wyrzucony z Liceum Ogólnokształcącego w Sokółce, przez co musiałem rok później składać maturę korespondencyjnie.

Dziś po raz drugi padam ofiarą systemu, który podstępnie osaczał pracujących w Kurii Rzymskiej Polaków, często pod pozorem przygodnych rozmów z przedstawicielami Ambasady Polskiej w Rzymie, Konsulatu i LOT-u.

Byłem ofiarą inwigilacji, ale nigdy nie podjąłem żadnej współpracy ze służbami komunistycznymi, co zresztą wynika z przedstawionych dokumentów” – napisał dziś metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź.

To odpowiedź na wspólny artykuł dziennikarza „Rzeczpospolitej” Tomasza Krzyżaka i Onetu Andrzeja Gajcego. Opisali oni, jak w latach 80. Służba Bezpieczeństwa i wywiad wojskowy PRL bezskutecznie próbowały zwerbować ks. Sławoja Leszka Głódzia do świadomej współpracy.

Jak czytamy, ks. Głódź „uważany był za informatora wywiadu wojskowego PRL co najmniej przez sześć lat, a służby próbowały pozyskać go do świadomej współpracy”. Dziennikarze przeanalizowali dokumenty Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (Zarząd II SG). Jak zaznaczają, tajne do niedawna dokumenty dotychczas znajdowały się w zbiorze zastrzeżonym IPN.

Wywiad wojskowy Watykanem na poważnie zainteresował się po rejestracji w listopadzie 1980 roku NSZZ Solidarność i zamachu na Jana Pawła II w maju 1981 roku. Wówczas do pracy operacyjnej w Rzymie został wysłany płk Franciszek Mazurek ps. „Barcz”, który przedstawiał się jako pracownik biura linii lotniczych LOT. Jednym z jego celów był ks. Głódź – od 1981 roku pracujący w watykańskiej Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich. Oficer zakwalifikował duchownego jako kandydata na tajnego współpracownika.

Autorzy tekstu podają, że „w teczce zawierającej wyciąg ze spraw operacyjnych «Barcza» znajduje się jedna notatka, w której wprost napisano, że jej źródłem był ks. Głódź”. „Brak innych notatek nie pozwala wprawdzie ocenić wagi informacji uzyskiwanych od ks. Głódzia, ale z raportów wynika, że uważano je za cenne” – czytamy w artykule.

Jak piszą Gajcy i Krzyżak, analiza dokumentacji rezydentury wywiadu w Rzymie „prowadzi do wniosku, że planowano z ks. Głódzia uczynić świadomego informatora wywiadu”. To się jednak nie udało. Czytamy: „wiele wskazuje na to, że duchowny albo zorientował się, z kim ma do czynienia i podjął z wywiadem jakąś grę, albo po sprawdzeniu zrezygnowano z zamiaru uczynienia go współpracownikiem świadomym”.

Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” komentuje, że „w sytuacji, gdy brak jest źródeł w aktach lub relacjach świadków, autorzy wyciągają daleko idące wnioski. Wierzą więc SB, że informacje pochodziły rzeczywiście od Głódzia, i ufają zapewnieniom, że był «cennym źródłem». Parę razy – nie wiadomo na jakiej podstawie – piszą, że «tak mogło być» lub «tak prawdopodobnie było». W końcu – nie załączają do tekstu źródeł, czyli kopii materiałów, na których pracowali. Dla tego typu tekstów powinien być to standard, tak by czytelnik sam mógł wyciągnąć wnioski” – pisze Czuchnowski.

DJ