Jestem krytyczny wobec postulatów osób okupujących Uniwersytet Warszawski, ale protestuję wraz z nimi.

Prace nad ustawą o nauce i szkolnictwie wyższym przypominają obronę pracy dyplomowej: powstawała długo, aż wreszcie sami autorzy pogubili się w wersjach.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapewnia, że prace trwały dwa lata przy udziale całego środowiska. Nie przeszkadza to jednak w skróceniu konsultacji społecznych i robieniu wrzutek sejmowych na finiszu. Łatwo się pogubić, bo dokument dostępny w serwisie Sejmu jest sprzeczny z komunikatem prasowym o ostatnich zmianach. Na stronach samego ministerstwa nadal dostępna jest wersja z marca.

Nie znajdziemy też konkretnych mierników powodzenia reformy, a ocena skutków regulacji to standardowy koncert życzeń. Okazuje się, że mierniki i ewaluacje są dla szeregowych naukowców, praca ministerstwa jest poza miarą. To oczywiście pokazuje pozorność argumentów merytokratycznych. Jako doktorant i wykładowca jestem oceniany kilka razy w roku, choć moje granty mają budżet 200 tys. zł. Ministerstwo Nauki dysponuje środkami rzędu 20 miliardów, ale unika rozliczalności.   

Przeciwko ustawie strajkuje Warszawa, Poznań i Białystok. Słychać głosy poparcia ze Szczecina i Wrocławia. Strajkują głównie studenci i doktoranci, dołączają młodzi pracownicy. W trakcie okupacji na Uniwersytecie Warszawskim przychodzą do nas emeryci i absolwenci. W ciągu czterech lat na UW nie spotkałem tylu koleżanek i kolegów z innych wydziałów co w trakcie jednego dnia obecnego protestu.

Łatwo zrozumieć romantyzm strajku, zwłaszcza, że nikt nie kłopocze się lekturą ustawy, budżetów czy przepisów przejściowych. Po co, skoro wrzutka sejmowa może zmienić wszystko? Postulaty protestujących nie do końca dotyczą zatem konkretnych przepisów. To tyleż strajk przeciwko reformie Jarosława Gowina, co przeciw uniwersyteckiej marności, samotności studentów czy prekariatu pracowników.

Mamy więc klasyczne elementy marnej obrony pracy dyplomowej: niespójny tekst i kandydata, który słowotokiem przykrywa sprzeczności. Naprzeciw niemu recenzenci, którzy nie tyle krytykują wywód, co raczej kandydata i losowe urywki. Ustawa i debata wokół niej zatem odzwierciedlają ogólny stan naukowego środowiska, które stoi po obu stronach strajku. Jako naukowcy nie umiemy przygotować pilotażu, mierników i etapów pośrednich ustawy. Jako naukowcy nie umiemy też dyskutować z konkretnymi zapisami, chętnie za to odtwarzamy znane rytuały protestu.

Przykład? Okupujący rektorat UW żądają zwiększenia finansowania nauki. Tymczasem w trakcie kadencji Gowina budżet nauki powolutku rośnie. A długofalowe perspektywy finansowe zapisane w ustawie są bliskie postulatom protestujących. Jednocześnie ani protestujący, ani MNiSW nie mają ochoty na dyskusję o tym, jaki powinien być udział dotacji, subwencji czy programów grantowych. Albo o tym, jaka część budżetu szkolnictwa wyższego powinna iść w kierunku kształcenia praktycznego, a jaka powinna finansować kształcenie akademickie, niezwiązane z rynkiem pracy.

Jakkolwiek jestem krytyczny wobec postulatów osób okupujących UW, protestuję wraz z nimi. Uważam, że w ostatecznym rozrachunku to MNiSW powinno dbać o jakość legislacji i komunikacji. Protest jest prawem, ale troska o jakość prawa stanowionego pozostaje dla urzędników i polityków obowiązkiem. Protestujący nie muszą wykonywać pracy legislacyjnej za ministerstwo.

Ustawa zawiera kilka dobrych rozwiązań, takich jak zmniejszenie liczby doktorantów i zwiększenie liczby stypendiów. Nie mam problemu z reformami kształcenia doktorskiego. Waham się co do wzmocnienia władzy rektorów. Inaczej niż inni protestujący, nie uważam, aby to zaprzeczało demokracji akademickiej, autonomii uczelni i tak dalej. Nie widziałem żadnego z tych elementów dotychczas, więc nie sądzę, aby ustawa je odbierała.

Obecnie uniwersytet jest nie tyle jedną organizacją, ile federacją księstw wydziałowych. Z dwojga złego, wolę już jasną odpowiedzialność rektorów niż rozpraszanie jej między wydziały

Moja obawa jest czysto organizacyjna. Zwyczajnie uważam, że polskie uczelnie są bardzo duże, a w takim wariancie model federacji wydziałów może mieć sens. Obecnie bowiem uniwersytet jest nie tyle jedną organizacją, ile federacją księstw wydziałowych. Najciekawsze rzeczy dzieją się poza wydziałami, w jednostkach międzywydziałowych. Z dwojga złego, wolę już jasną odpowiedzialność rektorów niż rozpraszanie jej między wydziały. Paradoksalnie protest to potwierdza: protestujemy na terenie rektoratu, nie w swoich wydziałach. Nawet jeśli protestujemy w imię osobności, to tutaj jesteśmy uniwersytetem, a nie chmurą swobodnych elektronów akademickich. 

Najgroźniejsze w ustawie wydają mi się te wątki, o których nie mówią ani ministerstwo, ani protestujący. Ustawa proponuje usunięcie minimów kadrowych, co oznacza, że nie będzie zachęt administracyjnych do zatrudniania doktorów habilitowanych i profesorów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby dydaktykę obsługiwali doktorzy i osoby kontraktowane spoza środowiska naukowego.

Takie same zmiany doprowadziły do prekaryzacji środowiska akademickiego w USA i w Wielkiej Brytanii. Polski system habilitacji był hermetyczny, ale dawał stabilność awansu zawodowego. Likwidacja minimów kadrowych oznacza, że stabilności nie będzie, a ścieżki awansu będą oparte głównie na grantach. Tu widzę klasyczną strategię neoliberalną: zdemontować źle funkcjonujący system hierarchii zawodowej i wprowadzić prekariat wraz z rezerwową armią bezrobotnych. Problem polega na tym, że polskie uczelnie nie mają dopływu imigrantów naukowych z całego świata, która by ten prekariat zasilała.

Wbrew deklaracjom na temat roli badań, reforma utrzymuje też pensum 240 godzin dla młodszych pracowników, redukując jednocześnie obciążenia dla profesury do 180 godzin. To odwrócenie standardu światowego, w którym młodsi badacze koncentrują się na badaniach, a starsi na dydaktyce. Moje obawy o rosnącą prekaryzację zawodu potęguje dodatkowo ułatwienie w prowadzeniu zajęć dla osób spoza uczelni.

Zajęcia realizowane przez osoby spoza uczelni mają sens na uczelniach, które kształcą w naukach stosowanych, w ramach kształcenia praktycznego. Ustawa jednak nie tworzy dla nich osobnej ścieżki finansowania ani ewaluacji. W Polsce mamy zaczątek takiego systemu, w postaci sieci Państwowych Wyższych Szkół Zawodowych, ale ani MNiSW, ani protestujący nie traktują ich jako równoprawnych elementów systemu szkolnictwa wyższego. MNiSW proponuje słabszym uczelniom śmierć z głodu, protestujący nie zajmują się problemem jakości badań naukowych. Ja z kolei uważam, że proponowanie maturzystom z mniejszych miejscowości marnych studiów akademickich jest nieuczciwe. Lepiej byłoby zmniejszyć liczbę marnych uczelni akademickich, a pieniądze przeznaczyć na poprawę programów i wyposażenia w PWSZ albo na upowszechnienie polskich odpowiedników University of applied sciences lub niemieckich Fachhochschule – nie jako uboższych krewnych czy spadów z akademii, ale poważnego segmentu szkolnictwa wyższego z budżetem kształcenia rzędu 5-10 mld złotych w skali kraju. MNiSW tego nie zaakceptuje, bo wyższe szkolnictwo stosowane jest droższe niż pozory kształcenia akademickiego. Polska inteligencja tego nie postuluje, bo wymagałoby to podzielenia się funduszami i rezygnacji z pozorów uniwersalności norm akademickich.

Rzecz jasna jestem świadom tego, że kształcenie aplikacyjne to spełnienie rynkowej narracji o wykształceniu i merytokracji. Jednak uważam, że nie ma szans na powrót do elitarnego systemu akademickiego, który dotyczył kilkudziesięciu tysięcy osób a nie kilku milionów. Ani reforma, ani postulaty protestujących nadal nie odpowiadają na pytanie o miejsce nauki I szkolnictwa wyższego w społeczeństwie.

Moim zdaniem lepiej byłoby wyodrębnić osobne ścieżki finansowania dla kształcenia stosowanego i dać uczelniom wybór między dwiema równie dobrze finansowanymi ścieżkami. Lepiej też stawiać ostre wymagania w ramach każdego z tych zadań, niż pozwalać uczelniom żonglować odpowiedzialnością. Tyle, że uznanie szkolnictwa stosowanego za równorzędne i godne równego finansowania byłoby wbrew mitom inteligenckim. A zarówno Gowin, jak i protestujący, są nade wszystko polskimi inteligentami.

W odróżnieniu od protestujących, akceptuję kontrolę i ewaluację. Nie dlatego, że rynek wie lepiej, ale dlatego, że pieniądz podatników jest dla mnie mocniejszym etycznie zobowiązaniem niż etos inteligencji. Uważam, że polska nauka nie spełnia swoich zadań. Nie możemy dostać dodatkowych pieniędzy bez dodatkowych zobowiązań. Tyle, że ewaluacja powinna dotyczyć każdego kawałka nauki: od mojego grantu doktoranckiego przez sprawozdanie roczne rektora aż po ocenę skutków regulacji ustawy.

Będę protestował wraz z okupującymi rektorat, bo reforma jest szkodliwa. Nie popieram wszystkich postulatów, bo uważam, że nie mamy prawa prosić o dodatkowe fundusze, bez stawiania sobie wymagań i bez uwzględnienia studiów stosowanych jako równorzędnej alternatywy.

Nie chcę być inteligentem. Chcę być naukowcem.