Dobrze się stało, że rząd Jana Olszewskiego upadł. Wymagała tego racja stanu.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8/1992.

Przedziwna symbolika dat. Dokładnie w trzy lata od zwycięskich wyborów z 4 czerwca 1989, które umożliwiły powołanie pierwszego nieko­munistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego i zapoczątkowały pospie­szny demontaż komunizmu w całej Europie Środkowej i Wschodniej, w czwartek 4 czerwca, późną nocą, po szesnastogodzinnej debacie, w drama­tycznych i bulwersujących okolicznościach, na oczach siedmiu milionów obywateli oglądających bezpośrednią transmisję z gmachu parlamentu, polski Sejm, wybrany w wolnych i demokratycznych wyborach, obala trze­ci z kolei „solidarnościowy” rząd Jana Olszewskiego. Nazajutrz tą samą większością niemal dwóch trzecich głosów Sejm wybiera na nowego premiera Trzeciej Rzeczypospolitej Waldemara Pawlaka, polityka młodego, nie obciążonego wprawdzie komunistyczną przeszłością, jednak lidera partii, która przez długie lata PRL-owskiej „nierzeczywistości” była wasa­lem komunistów. Na czoło sceny wysunięty został w ten sposób polityk spoza obozu dawnej opozycji antykomunistycznej.

Wybór Waldemara Pawlaka na premiera w dniu 5 czerwca 1992 był niewątpliwie lekcją pokory dla elit politycznych wywodzących się z „Soli­darności”. Elity nie umiały pokonać dzielących je różnic ideologicznych i politycznych i działać wspólnie dla dobra Państwa, czyli konsekwentnie i skutecznie przeprowadzać reformę ustrojową i gospodarczą. Działacze i politycy „Solidarności”, którzy zadziwili świat zdolnością do mądrego kompromisu ze swym największym wrogiem – komunistami, kiedy dochodzili do władzy, zatracali jakoś tę zdolność do kompromisu – i to z kim? – ze swymi niedawnymi współtowarzyszami walki o wolność i demokrację.

Działacze i politycy „Solidarności”, którzy zadziwili świat zdolnością do mądrego kompromisu ze swym największym wrogiem – komunistami, kiedy dochodzili do władzy, zatracali jakoś tę zdolność do kompromisu ze swymi niedawnymi współtowarzyszami walki o wolność i demokrację

Przykładów takiego „usztywnienia” (i w pewnym sensie braku reali­zmu) solidarnościowych polityków można by podać wiele. Być może ina­czej potoczyłaby się historia ostatnich trzech lat, gdyby Tadeusz Mazowiecki formując swój rząd we wrześniu 1989 nie „rzucił rękawicy” Lechowi Wałęsie – odmawiając teki dla Jarosława Kaczyńskiego. Mazo­wiecki sądził, że broni swojej suwerenności, że unika w ten sposób „dykta­tu” ze strony potężnego (i trudnego we współdziałaniu) przywódcy „Solidarności” – zakładał bowiem prawdopodobnie, że Jarosław Kaczyński byłby w Jego rządzie porte parole Wałęsy. To, co dziś wiemy o talentach Jarosława Kaczyńskiego (jakkolwiek ocenialibyśmy jego konkretne posunięcia) uprawnia do przyjęcia ex post hipotezy, że Kaczyński byłby raczej zręcznym pośrednikiem, może właśnie „amortyzatorem” między dwoma silnymi osobowościami Mazowieckiego i Wałęsy. Stało się jednak inaczej i powstał jeden z podstawowych konfliktów politycznych w okresie minionych lat. Wałęsa odzyskał wprawdzie wpływ na sytuację, ale wszys­cy, także on sam, zapłacili za to niemałą cenę.

Inny – niedawny – przykład usztywnienia i niezdolności do mądrego kompromisu to postawa premiera Olszewskiego w trakcie ciągnących się bez końca negocjacji w sprawie utworzenia „wielkiej koalicji”. Dla Olszewskiego był możliwy kompromis z postkomunistycznym (jak usły­szeliśmy z ust przedstawicieli ZChN i PC po wyborze Pawlaka) PSL czy z nieprzewidywalną KPN, ale niemożliwy – z „lewicą” „Solidarności”. Na pewno taka postawa miała swoje racje – psychologiczne, personalne, moralne, nie zamierzam tutaj w nie wnikać. Politycznie jednak była nie­skuteczna. Chrześcijańsko-prawicowy rząd Jana Olszewskiego, dla które­go głównym przeciwnikiem była nie recesja, ale „lewica” z dawnej „Solidarności”, sparaliżowany brakiem większości w rozdrobnionym par­lamencie, uwikłany w konflikt z prezydentem, był wprawdzie dość silny, by utrzymywać się u władzy przez pięć miesięcy, ale za słaby, by rządzić. Spo­łeczeństwo przyglądało się temu z coraz większym dystansem (świadczył o tym systematyczny spadek prestiżu wszystkich instytucji Państwa i spadek popularności rządzących polityków), zmęczone i zniechęcone nieczytelną dla siebie walką polityków, odbieraną jako „walka o stołki”, czyli o bene­ficja związane z pełnieniem władzy – podczas gdy rozgrzebana reforma gospodarki leżała odłogiem i mijał nieubłaganie bezcenny czas korzystnej międzynarodowej koniunktury.

*

Rząd Olszewskiego jako rząd mniejszościowy, od początku (w przeci­wieństwie do dwóch poprzednich rządów) niechętnie traktowany przez najbardziej wpływowe mass media, niewątpliwie pracował w bardzo trud­nych warunkach, można by rzec – rzucano mu kłody pod nogi. Nie ma powodu, by wątpić, że rząd ten, i z całą pewnością jego premier, miał dob­re intencje, pragnął dobrze służyć Polsce. Był jednak nieskuteczny i dlate­go jego odejście było nieuniknione.

Odejście to dokonało się w dramatycznych okolicznościach, trudno się jednak zgodzić z opinią, wyrażoną nazajutrz w tytułach komentarzy pra­sowych, że rząd Olszewskiego „odszedł w niesławie”. Dobrze się stało, że ten rząd upadł, wymagała tego racja stanu – tak uważam i postaram się to za chwilę uzasadnić. Ale jednocześnie nie jest wykluczone, że ten rząd przejdzie do historii właśnie ze względu na okoliczności swego upadku, w którym był pewien tragizm – starcie sprzecznych ze sobą racji moralnych i politycznych. W obliczu nieuchronnie zbliżającej się klęski – „mała koalicja” zapowiedziała zgłoszenie w Sejmie wniosku o wotum nieufno­ści – pojawia się wysunięty nieoczekiwanie przez posła Janusza Korwina-Mikke projekt uchwały „lustracyjnej”. Wiadomo, że projekt ustawy w tej sprawie był przygotowany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Konieczny był jednak pośpiech. Projekt uchwały – ogólnikowej i niedo­pracowanej – zgłoszony przecież nie bez wiedzy Rządu, zostaje „przez zaskoczenie” przyjęty przez Sejm 28 maja. Termin wykonania najkrótszy z możliwych – 6 czerwca.

Minister Macierewicz w ogromnym pośpiechu kończy (przygotowywa­ne od kilku miesięcy przez specjalny, ściśle tajny zespół) listy rzekomych agentów – rzekomych, jak się okazało dopiero po fakcie, kiedy sam Macierewicz przyznał, że nie był w stanie na podstawie dostępnych mu dokumentów stwierdzić, kto był naprawdę, a kto nie był agentem (co inne­go twierdził z dużą pewnością siebie parę dni wcześniej w rozmowie z pre­zydentem pokazanej w telewizji). Jednak w momencie, kiedy listy zostały dostarczone do adresatów – a było ich tylu, że mimo teoretycznie obowią­zującej ich tajemnicy państwowej uniknięcie „przecieków” było mało prawdopodobne – nie zostało dość wyraźnie powiedziane, że są to tylko „sprawozdania o stanie archiwów”. Jest niezaprzeczalnym faktem, że listy zaczęły funkcjonować natychmiast jako listy agentów (gdyby tak nie było, to jaki sens miałoby publiczne „oczyszczanie” pomówionego marszałka Wiesława Chrzanowskiego przez jego własną partię, której zresztą wice­przewodniczącym jest, jak wiadomo sam, Macierewicz). Nie ulega wątpli­wości, że Macierewiczowi chodziło o stworzenie faktów dokonanych – za wszelką cenę. Za cenę moralną – poszczególnych pomyłek, fałszywych posądzeń („ofiary muszą być” – powiedział, pytany jak się czuje po tym, kiedy Michał Boni znalazł się w szpitalu), i za cenę polityczną – zniszcze­nia wielu autorytetów – partii politycznych, marszałka Sejmu, prezydenta.

Z drugiej strony niejedno wskazuje na to, że minister Macierewicz przygotowywał swoje listy w przekonaniu, że broni w ten sposób zagrożo­nej racji stanu. Dlatego sprawa wymaga zastanowienia.

*

Obecność agentów Służby Bezpieczeństwa w środowiskach opozycji antykomunistycznej, a po Sierpniu 1980 – w szeregach „Solidarności” (zwłaszcza wśród jej aktywistów) była czymś absolutnie pewnym. Nikt, kto choć trochę rozumiał naturę systemu komunistycznego, nie mógł mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Biorąc pod uwagę łagodne, kompro­misowe przejęcie władzy politycznej w Polsce po Okrągłym Stole przez elity „Solidarności”, a także niebagatelny udział w tej operacji ministra Kiszczaka i jego resortu, można było mieć stuprocentową pewność, że także komuniści znaleźli się w nowej elicie władzy ukształtowanej po wyborach 4 czerwca 1989 roku.

Można zrozumieć, że sprawy tej nie mógł początkowo ruszyć rząd Mazowieckiego (póki nie wyjaśniła się sytuacja międzynarodowa Polski i póki ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Obrony Narodowej oraz prezy­dentura obsadzone były przez komunistów). Sytuacja zmieniła się zasad­niczo, kiedy w czerwcu 1990 roku ministrem spraw wewnętrznych został Krzysztof Kozłowski. Ale zarówno on, jak jego następca w rządzie Bielec­kiego – Henryk Majewski, był zdecydowanie przeciwny „ujawnianiu teczek”. Podawano różne przyczyny i racje; istotna, choć nie wyrażana publicznie, była ta, że wiedza ukryta w archiwach MSW była „przerażająca”. Tego argumentu nie można lekceważyć. Z drugiej strony jednak, czy wolno było dopuścić, by dawni agenci, ludzie, którzy dokonywali w prze­szłości ewidentnie podłych czynów i działali na szkodę Ojczyzny, zasiedli w ławach posłów i fotelach senatorów, a także piastowali inne ważne fun­kcje państwowe? Czy nie było to w rażącej sprzeczności z poczuciem spra­wiedliwości, z zasadą budowania nowego demokratycznego ładu na prawdzie i zaufaniu, wreszcie – z bezpieczeństwem Państwa?

Chrześcijańsko-prawicowy rząd Jana Olszewskiego, uwikłany w konflikt z prezydentem, był dość silny, by utrzymywać się u władzy przez pięć miesięcy, ale za słaby, by rządzić

Czy nie można było tej sprawy rozwiązać we właściwym czasie, to zna­czy przed wolnymi wyborami na wiosnę 1990 roku (do samorządów lokal­nych) i jesienią 1991 roku (do parlamentu): na przykład zrobić to dyskretnie i skutecznie, tak jak to zrobiły w szeregach kandydatów na posłów ze swojej listy władze Porozumienia Centrum? (Każdy kandydat na posła musiał podpisać oświadczenie, że nie był w przeszłości współpra­cownikiem tajnych służb, i był uprzedzony, że zostanie to sprawdzone w archiwum MSW – a nikt nie mógł mieć gwarancji, że groźba ta, wówczas składana „na wyrost”, nie zostanie jednak spełniona, na przykład gdyby Sejm przyjął odpowiednią ustawę). W rezultacie, jak wiadomo, na listach ministra Macierewicza nie było nikogo z Porozumienia Centrum (i nie była to zapewne „manipulacja” z jego strony).

Sprawa ujawnienia byłych agentów, sprawdzenia „teczek”, była kon­sekwentnie blokowana – toczyła się w prasie kampania, wytaczająca dziesiątki argumentów „przeciw” (najbardziej obłudny był ten o „chrześ­cijańskim przebaczeniu”), a co najważniejsze – w parlamencie nie do­puszczono do poważnej debaty na ten temat, nie zgłoszono żadnego mądrego projektu ustawy. Dlatego w pewnym sensie uzasadnione jest podejrzenie (żywione przez wiele osób), że siłom politycznym, które dziś oburzają się na rząd Olszewskiego za „pośpieszne i niekompetentne” podejście do sprawy teczek, zależało nie tyle na załatwieniu tej sprawy „kompetentnym i spokojnym”, co raczej – na niezałatwieniu jej w ogóle.

Sądzę, że przyczyny blokowania sprawy „lustracji” były w większym stopniu psychologiczne niż polityczne. Podjęcie problemu lustracji ozna­czało bowiem konieczność rozliczenia się z komunistyczną przeszłością – a to był dla wielu polityków nie jakiś problem abstrakcyjny, ale pro­blem ich biografii. Jest zrozumiałe, że dla tych polityków, którzy mieli w swej biografii – już jako ludzie dorośli i odpowiedzialni – komunistyczną „przygodę”, rozliczanie się z przeszłością było problemem trudnym i dlatego zwłaszcza oni opierali się próbom jego podjęcia w pu­blicznej debacie. Tych polityków z kolei, którzy byli przekonani, że mają przeszłość „czystą”, wolną od ideologicznych zauroczeń, a zwłaszcza tych, którzy czuli się ofiarami komunistycznego systemu, taka postawa drażniła tym bardziej, im bardziej chowała się za argumenty moralne – i w rezul­tacie „sprawa agentów” (co do której wszyscy rozsądni i trzeźwo myślący powinni się byli w zasadzie łatwo porozumieć) stała się tematem zastępczym. Dlatego przegłosowanie w Sejmie uchwały lustracyjnej 28 maja, a następnie jej realizacja przez ministra Macierewicza – wzbu­dziły tak silne politycznie emocje.

Tymczasem usunięcie byłych agentów z funkcji państwowych jest po­stulatem, z którym trudno się nie zgodzić. „Naród ma prawo do tego, by osoby obciążone poważną winą nie pełniły w życiu państwa doniosłych funkcji publicznych” – piszą biskupi w słowie pasterskim ogłoszonym 20 czerwca 1992 roku. Sprawa usunięcia byłych agentów z funkcji państwowych będzie z pewnością niebawem rozwiązana przez parlament na drodze usta­wowej (znany jest już projekt ustawy przygotowany przez senatora Śnieżkę z Kongresu Liberalno-Demokratycznego). Skoro jednak istnieje problem głębszy – potrzeba rozliczenia się z komunistyczną, ponad czterdziestolet­nią przeszłością, to trzeba się poważnie zastanowić, jak to zrobić.

Łatwo przy­chodzi dziś rzucać oskarżenia o współpracę z SB tym ludziom, którzy w tamtych czasach oportunistycznie siedzieli cicho

Rację miał Ksiądz Prymas Glemp, który w swoim znamiennym kaza­niu na Boże Ciało, przeprosiwszy – za nie swoje winy – te osoby, które zostały skrzywdzone przez niefortunne przeprowadzenie akcji lustracyj­nej, wyraził między innymi myśl, że rozliczenie winnych z czasów komu­nizmu to zadanie dla całego pokolenia, a może nawet kilku pokoleń. Prawda o człowieku jest złożona i nie zawsze możliwe jest jej zgłębienie, rozstrzygnięcie o winie czy niewinności, zmierzenie rozmiarów winy. Łat­wo jest oskarżać o „współpracę z SB” działaczy antykomunistycznej opo­zycji, ludzi, którzy działali często w osamotnieniu, narażeni w różnych momentach życia na silną presję ze strony prześladowców, którzy – mając, jak każdy, swoje słabości czy potknięcia – narażeni byli na szan­taż, a czasem musieli iść na jakieś ustępstwo, upozorować „współpracę”, prowadzić dwuznaczną grę. Przecież nawet w czasach okupacji hitlerow­skiej żołnierze Polski podziemnej, poddawani torturom na gestapo, sto­sowali taktykę pozornego sypania – osób nieżyjących albo takich, które zmieniły adres i tożsamość i były już bezpieczne. Czy gdyby ujawnić dziś dokumenty z takiego śledztwa, świadczyłyby one o zdradzie? Łatwo przy­chodzi dziś rzucać oskarżenia o współpracę z SB tym ludziom, którzy w tamtych czasach oportunistycznie siedzieli cicho, jak – powiedzmy sobie prawdę – zachowywała się ogromna większość społeczeństwa, albo mło­dym, bezkompromisowym „patriotom”, którzy w tamtych czasach byli dziećmi i znają je jedynie z książek i opowieści.

To wszystko prawda. Rozliczenie z przeszłością komunistyczną jest zadaniem na pokolenia. Ale to nie znaczy, że tego procesu, trudnego i bolesnego, nie należy rozpocząć już teraz. Musi zostać podjęta rzetelna debata nad tym, jak zbilansować komunistyczne czterdziestolecie w naj­nowszej historii Polski.

Wracając zaś do wydarzeń z 4 czerwca: adwersarze rządu Jana Olszew­skiego zarzucają mu, że posłużył się – moralnie słuszną – uchwałą sej­mową z 28 maja dla celów politycznych: żeby mianowicie odsunąć moment swojego upadku. Jeśli nawet jest w tym zarzucie doza słuszności, to czy z drugiej strony całkiem bezpodstawne są głosy, że gdyby sprawy tej nie zainicjował był rząd Olszewskiego, to nie ujrzałaby ona już nigdy światła dziennego?

Zupełnie inna sprawa, że z takim nagłym, pośpiesznym „przecięciem wrzodu”, czyli ujawnieniem list osób będących prawdopodobnie agentami UB i SB, dokonanym w kontekście ostrej walki politycznej, toczonej z jednej strony o obalenie, z drugiej – o przetrwanie rządu, wiązało się wielkie polityczne ryzyko – „destabilizacji struktur partyjnych i państwo­wych” (by użyć trafnego sformułowania prezydenta). Szok mógł spowodo­wać stan politycznego zamieszania i anarchii, groźnej dla Państwa. Zapobiegł temu niewątpliwie Lech Wałęsa, mobilizując Sejm do natych­miastowego obalenia rządu i, przy udziale nowo wybranego, energicznego i lojalnego wobec siebie premiera Pawlaka, opanowując sytuację w dwóch kluczowych resortach – spraw wewnętrznych i obrony narodowej.

Jedno nie ulega wątpliwości: w nocy z 4 na 5 czerwca nastąpił wstrząs polityczny. Czy przyniesie on otrzeźwienie? Czy czołowi politycy partii solidarnościowych zdołają wznieść się ponad różnice ideowe, urazy i ambicje i podporządkować interesy partyjne – dobru wspólnemu? Spra­wa odsunięcia od funkcji państwowych dawnych agentów UB i SB jest ważna – parlament musi się nią dalej zajmować (prawdopodobnie przy­jmując odpowiednią ustawę) – ale nie jest to sprawa najważniejsza w szerokim odczuciu społecznym. Społeczeństwo oczekuje natomiast od długiego już czasu na rząd skuteczny, który zajmie się wreszcie „gospoda­rzeniem”.

Polityczne „zmęczenie” obozu solidarnościowego, którego spektaku­larnym przejawem było powierzenie misji utworzenia rządu Waldemaro­wi Pawlakowi, jest może zjawiskiem smutnym dla kombatantów „Solidarności”, ale nie jest odbierane jako tragedia przez społeczeństwo, ani wcale nie oznacza przegranej ideałów, o które „Solidarność” walczyła: wolności i demokracji. Realia są takie: demokratycznie wybrany parla­ment jest podzielony i rozproszony; tak zwane partie solidarnościowe razem wzięte nie mają w Sejmie większości; są w nim też reprezentowani ideologiczni spadkobiercy komunizmu – taka była wola wyborców i takie właśnie, podzielone i zróżnicowane, jest dziś społeczeństwo.

W gorących debatach czerwcowych jeden z mówców przedstawił alter­natywę: Trzecia Rzeczpospolita będzie albo antykomunistyczna, albo postkomunistyczna. Nie sądzę, by była to alternatywa trafna – pragnął­bym, aby Trzecia Rzeczpospolita była po prostu demokratyczna. A to oznacza między innymi, że burzliwe debaty parlamentarne będą dotyczyły spraw naprawdę istotnych dla społeczeństwa, a nie tematów zastępczych; że scena polityczna będzie ukształtowana w sposób racjonalny i czytelny; że partie polityczne będą miały wyraźne oblicza ideowe, programy i elek­torat. Czy ostatnie wydarzenia świadczą, że zmierzamy w takim kierunku?

Rozliczenie z przeszłością komunistyczną jest zadaniem na pokolenia

Upadek Olszewskiego wywołał – jakby na zasadzie katalizatora – przyśpieszoną rekompozycję sceny politycznej. W krótkim czasie powstały różne nowe ugrupowania: Unia Pracy (polski odpowiednik zachodnio­europejskich socjaldemokracji) i Ruch Ludzi Pracy eks-komunisty Miodo­wicza – to na lewicy, na prawicy zaś – Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej i Forum Chrześcijańsko-Demokratyczne, którego narodziny wiążą się z roz­łamem i osłabieniem Porozumienia Centrum. O ile pojawienie się Unii Pracy, w wyniku połączenia kilku mniejszych podmiotów, należy powitać z zadowoleniem (miejmy nadzieję, że odbierze ona część elektoratu postkomunistom z SDRP i stanie się mądrą reprezentacją polskiego świa­ta pracy najemnej, nawiązującą do najlepszych tradycji PPS), o tyle „ru­chy” na prawicy wskazują raczej na tendencję do dalszego dzielenia się, i to chyba głównie na tle personalnym. Nie widać niestety tak pożądanej z pun­ktu widzenia racjonalności sceny politycznej – silnej centroprawicy.

Odrębne głosowania Frakcji Prawicy Demokratycznej Aleksandra Halla przy powoływaniu Waldemara Pawlaka na premiera zapowiada pęknięcie w Unii Demokratycznej, hybrydalnej partii prawicowo-lewicowej i chrześcijańsko-antyklerykalnej. Może samodzielne wystąpienie Hal­la zaowocowałoby powstaniem takiej silnej centroprawicowej formacji?

Tymczasem wiele wskazuje na to, że siły polityczne określające dziś siebie jako centroprawicę usiłują „sprawę agentów” wygrywać politycznie. Czy nie taki charakter ma wprowadzanie na przykład dychotomicznego podziału posłów na „patriotów” i „obóz zdrady narodowej” albo natrętne posługiwanie się przez niektórych polityków patriotyczno-niepodległościową frazeologią?

Te środowiska polityczne, które poniosły porażkę wraz z upadkiem rządu Jana Olszewskiego, dążą obecnie do szybkich wyborów, licząc rzecz jasna na własny sukces. Istnieje tymczasem bardzo poważne ryzyko, że gdyby do takich przyśpieszonych wyborów doszło w obecnym stanie rzeczy, retoryka patriotyczno-antykomunistyczna wcale nie zyskałaby szerszego oddźwięku wśród wyborców, natomiast zawiedzione i rozczarowane społeczeństwo mogłoby pójść na lep jakiejś populistycznej demagogii (wówczas zapewne nawet Lech Wałęsa ze swoim wyczuciem nastrojów społecznych nie byłby w stanie temu zapobiec). I dopiero wtedy mogliby­śmy mieć w Polsce prawdziwą rekomunizację.

*

Czy wstrząs polityczny z 4 czerwca 1992 r. będzie miał jakieś głębsze skutki – poza odwołaniem jednego i powołaniem innego rządu? Auto­destrukcja elit politycznych wywodzących się z „Solidarności” chyba jed­nak nie nastąpiła – w dużej mierze dzięki szybkiej reakcji prezydenta, a także dzięki mądrej postawie Kościoła. Czy natomiast dokonała się katharsis? Nie w sensie „oczyszczenia” parlamentu z prawdziwych bądź domniemanych agentów, lecz w sensie głębokiego rachunku sumienia wszystkich polityków. Czy do ich świadomości dotarło w większym stop­niu to, co dla nas, zwykłych obywateli, jest oczywiste: że prawdziwa polity­ka to nie tylko walka o władzę, lecz także sztuka pokory i umiaru, sprawa rozumu i wyobraźni, a nade wszystko – poczucie współodpowiedzialno­ści za dobro narodu i Państwa.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8/1992.