„Król” to teatr popularny w najlepszym tego słowa znaczeniu. Widowisko, które nie stawia intelektualnych barier nie do przeskoczenia, chce być i jest atrakcyjne, żywi się własną teatralnością.

Miejsce ma znaczenie. Przed z górą dekadą, a może jeszcze dawniej, pod Teatrem Polskim przy ulicy Karasia stawiano znicze, stygmatyzując go na długie lata jako miejsce zaskorupiałej w swych gustach i przyzwyczajeniach konserwy. Do Polskiego przylgnęły różne określenia, u nas – i chyba przede wszystkim u nas – pojmowane jednoznacznie negatywnie. Mówiono: akademicki. Szydzono: mieszczański.

Kiedy dziś czytam omówienia „Króla” z wielu przebija niedowierzanie, że Monika Strzępka i Paweł Demirski zdecydowali się na pracę właśnie tu. Progresywna część środowiska Teatr Polski bezceremonialnie skreśliła, za nią zrobili to co poniektórzy bardzo postępowi krytycy. A tu taki sezon: najpierw „Wujaszek Wania” Iwana Wyrypajewa, potem „Kilka obcych słów po polsku” Anny Smolar, a na koniec uderzenie najpotężniejszego kalibru – superprodukcja wściekłego niegdyś, a dzisiaj coraz bardziej rozgoryczonego duetu.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na przełom, jeden z kolegów zdążył nawet zawyrokować, iż Polski staje się ciekawym i nieoczywistym miejscem na kulturalnej mapie Warszawy. Jednak powiedzieć, że to zdarzyło się nagle, byłoby grubym zakłamaniem. W teatrze tym powstali świetni „Emigranci” Piotra Cyrwusa i Szymona Kuśmidra, poruszający „Beckett” Antoniego Libery z Andrzejem Sewerynem. Były też przedstawienia średnie oraz najzwyczajniej fatalne. Jak to w teatrze, każdym teatrze. Nie jest zatem tak, że teraz Polski jest wspaniały, a wcześniej był jednoznacznie do skreślenia.

Inna sprawa, że obsada „Króla” świadczy dobitnie o nowym otwarciu sceny przy Karasia. Katarzyna Strączek i Adam Cywka przyszli z rozwalonego Teatru Polskiego we Wrocławiu, Marcin Bosak i Mirosław Zbrojewicz z warszawskiego Studia, Barbara Kurzaj przyjechała z Krakowa. Gościnnie w czterech efektownych, choć niewielkich rolach pojawia się Paweł Tomaszewski, przede wszystkim zaś kluczową postać Kuma Kaplicy gra Krzysztof Dracz, niegdyś chociażby wspaniały Szela ze spektaklu „W imię Jakuba S.” Strzępki i Demirskiego. Do tego aktorzy różnych pokoleń z dotychczasowego zespołu Polskiego – Grażyna Barszczewska, Eliza Borowska, Jerzy Schejbal, Krzysztof Kwiatkowski, Adam Biedrzycki, jeszcze student Alan Al Murtatha, a także znana dotychczas przede wszystkim z ekranu Maria Dębska. No i Andrzej Seweryn, grający w „Królu” człowieka, który łączy przeszłość z teraźniejszością, uosabia ułomną pamięć. Na scenie zaś zdaje się patronem całości, otacza ją spojrzeniem dyrektorskim, co dobrze jej służy.

Niewykluczone, że także dlatego nowe przedstawienie Strzępki i Demirskiego powstało właśnie tutaj. Ona deklarowała zachwyt z tego, że Polski ma strukturę teatru z prawdziwego zdarzenia, z odpowiednimi pracowniami i wykwalifikowanym personelem. On spektakularnie się dziwił, kiedy pytano, dlaczego „Król” nie trafił pod skrzydła jednego z wielkiej czwórki – Nowego, TR Warszawa, Powszechnego i Studia – kwestionując de facto takiego czterogłowego tworu istnienie.

Paweł Demirski nie napisał tym razem własnego tekstu na bazie literackiego oryginału, ale umiejętnie i wiernie zaadaptował powieść

Fakt, że „Król” powstał przy Karasia siłą rzeczy nieco zmienił reżyserski styl Moniki Strzępki. Nie jest oczywiście tak, że nowym przedstawieniem zaprzeczyła ona swoim dotychczasowym dokonaniom, ale jednak spektakl w Polskim oznacza poszerzenie pola walki. Jasne, że to już nie jest Strzępka z wałbrzyskiego czasu burzy i naporu, ale też trudno zestawić jej ostatnie prace z tymi z Teatru Polskiego we Wrocławiu. „Courtney Love” na przykład nie mnożyła przed widzami barier, ale mimo to eksplorowała rockowy mit straceńczy, co narzucało konwencję całości i brzmienie przekazu. To samo dotyczy „Bitwy warszawskiej 1920” z krakowskiego Starego Teatru, zbyt mocno jak na moje odczucia zdeterminowanej przez politykę i ideologię.

Przez długie lata do Strzępki i Demirskiego było mi biegunowo daleko, coś się zmieniło przy krakowskiej „Nie-boskiej komedii. Wszystko powiem Bogu”, gdyż właśnie wtedy w tym teatrze pojawił się nowy, zaskakująco minorowy ton. Wiecową chwilami ostrość zastąpiła podszyta rozpaczą refleksja, jakby artyści stracili wiarę w bunt, a zawładnęła nimi sama czerń. Po wariacji na temat dramatu Zygmunta Krasińskiego przyszło szukanie – trochę po antypodach. Świetny „Tryumf woli” okazał się dowodem siły zespołu Starego Teatru i w trudnych ostatnich miesiącach cementował go. Pokazał też, że duet nie poprzestaje na kontestacji, ale próbuje uwierzyć w jasną stronę mocy. Widziałem to przedstawienie niedawno po rocznej przerwie na Festiwalu Sztuki Aktorskiej w Kaliszu, gdzie objawiło nieodkryte wcześniej walory. A przy okazji stało się wypowiedzią programową nie tylko dla aktorów, ale i publiczności, czującej nadzwyczajną więź z wykonawcami. Coś podobnego nie wydarzyło się przy realizowanych siłami aktorskimi z różnych miast „Ciemnościach”. Dlatego w uproszczeniu, że Demirski próbował bezskutecznie napisać nowe „Jądro ciemności”, ale z Conradem nawet nie nawiązał dialogu. I jeszcze dlatego, że nie udało się twórcom wejść w role siebie samych sprzed lat – buntowników z marginesów głównego nurtu teatralnego życia. Wcześniej był jeszcze „K.” w Teatrze Polskim w Poznaniu. Naładowany brakiem nadziei obraz Polski podzielonej i nie do sklejenia, zawłaszczonej przez polityków różnych opcji, przez własny konflikt naznaczających narodową tożsamość. Spektakl po premierze niedoceniony, a dla mnie przejmujący – chociażby z racji niczym nie maskowanej niemal rozpaczy, przebijającej z dramatu.

„Król” jest widowiskiem pełną gębą. Narzuca to umiejętnie zaadoptowana na scenę przez Demirskiego bestsellerowa powieść Szczepana Twardocha – dla mnie bezdyskusyjnie najlepsza w jego dorobku. Zrobić „Króla” w bieda teatrze mija się z celem, lepiej nie robić go wcale. W tę opowieść wpisany jest rozmach, dlatego łatwiej niż na scenie wyobrazić ją sobie na kinowym ekranie. Strzępka to wie, a zatem uruchamia całą machinę dużej sceny Teatru Polskiego. Obrotówka pracuje niemal przez cały czas, zmieniamy miejsca akcji i tonacje opowieści. Scenograf Anna Maria Karczmarska zaprojektowała fronton ogromnej warszawskiej kamienicy, przed nim ustawiła bokserski ring, po drugiej stronie konstrukcji dwa ja prawdziwsze samochody. Ring będzie też mordownią w Berezie Kartuskiej, auta wnętrzami pokoi prostytutek w burdelu Ryfki Kij. Czasem sceniczną topografię oddaje jeden znak – sofa oznacza mieszkanie Emilii i Jakuba Szapirów. W wielu sekwencjach słyszymy motoryczną muzykę Tomasza Sierajewskiego, która stanowi doskonały podkład pod marsz głównych postaci widowiska. Idą w zwolnionym tempie, pod ich stopami snuje się dym. Kum Kaplica (Krzysztof Dracz), Jakub Szapiro (Adam Cywka), Doktor Radziwiłłek (Marcin Bosak), Pantaleon Karpiński (Mirosław Zbrojewicz) – król warszawskiego półświatka i jego przyboczni. Idą na lekko rozstawionych nogach, kołysząc się na boki. Im nie podskoczysz, zdają się mówić efektowne obrazy warszawskiego przedstawienia.

Mamy do tego mocne sekwencje walk gangów, strzelanin, bokserskich pojedynków. Słychać fragmenty „Warszawianki 1905” oraz „Czerwonego sztandaru”, co podbija dramaturgię poszczególnych scen. Rzeczony sztandar zresztą przez jakiś czas trzepocze nad polem gry, ale splamiony jest krwią, co unieważnia zarzut, że Strzępka z Demirskim zrobili w Polskim jednoznacznie lewicowe przedstawienie. Można podzielić z nimi przekonanie – formułowane zresztą przez wielu w różnych częściach globu – że nasz czas niebezpiecznie przypomina lata trzydzieste poprzedniego wieku, a wtedy właśnie dzieje się akcja książki Twardocha. Europa wówczas kierowała się ku faszyzmowi, my z kolei brunatniejemy w oczach. Bodaj 1 maja szła przez Warszawę demonstracja z nazistowskimi symbolami, była chroniona przez policję. To budzi opór i trudno się dziwić, że podzielają go Strzępka z Demirskim. Dlatego z upodobaniem inscenizują na wielkiej scenie Polskiego walki wręcz zwaśnionych obozów i pokazują, jak faszyści od Twardocha dostają łomot. Artyści mają prawo do własnego światopoglądu, nawet – jak każdy świadomy obywatel – powinni go mieć. Nie znaczy to jednak, że „Król” jest przedstawieniem naznaczonym ideologicznie. Demirski nie napisał tym razem własnego tekstu na bazie literackiego oryginału, ale umiejętnie i wiernie zaadaptował powieść. Znalazłem jeden lub dwa wyraźne wtręty odautorskie. Mówią o antysemityzmie i wcale nie są szczególnie rozbudowane. Rezonują mocno, ale to już zasługa towarzyszącej nam atmosfery, a nie twórców.

Przemoc powszednia powraca i dziś. Pod tym względem opowieść Twardocha, Strzępki i Demirskiego zdaje się nosić cechy profetyczne

Jest to więc teatr popularny w najlepszym tego słowa znaczeniu. Widowisko, które nie stawia intelektualnych barier nie do przeskoczenia, chce być i jest atrakcyjne, żywi się własną teatralnością.

Gdybym miał szukać patronów scenicznego „Króla”, wskazałbym dwóch – Leopolda Tyrmanda ze „Złym” z racji warszawskości opowieści (zwróćcie uwagę na akcent Krzysztofa Dracza w roli Kaplicy), a także bogactwa miejsc i wątków oraz Quentina Tarantino z „Bękartami wojny”. Do wizji amerykańskiego chuligana kina zbliża „Króla” swobodny stosunek do historii, ale przede wszystkim przerysowane okrucieństwo.

Mamy tu sceny wymyślnych mordów, mamy obcinanie bohaterowi nogi i przyrodzenia. Sztuczna krew leje się strumieniami, ale nie po to, by karmić niezdrowe instynkty widzów. Paradoksalnie: w przesadnej dosłowności nie ma już dosłowności, wystylizowana przemoc staje się własną karykaturą. Niesie to jeden z najważniejszych tematów spektaklu, ukazującego świat, który tak bardzo nawykł do przemocy wszechobecnej, codziennej i oczywistej, że przyjął ją jako obowiązującą normę nie do zakwestionowania. Kiedy więc doceniamy w „Królu” choreografię walk i spektakularność strzelanin, warto przypomnieć sobie, że nie jest to wyłącznie czcza błyskotka. Przemoc powszednia powraca i dziś. Pod tym także względem opowieść Twardocha, Strzępki i Demirskiego zdaje się nosić cechy profetyczne.

To jedno. Ważniejsze jednak, że pod feerią atrakcji kryje się poczucie kresu. Bohater Andrzeja Seweryna nazwany Szapiro z Palestyny powtarza, że prawie niczego nie pamięta. Jego świat – stary świat – rozpadł się w gruzy i nie da się go odbudować. Szapiro z żoną nie wyjadą z Warszawy, bo z oddali słychać odgłosy spadających bomb. Zostaje tylko cicha piosenka – lament Emilii. Eliza Borowska jest w tym finale, kiedy autorzy zdejmują nogę z pedału gazu, przejmująca. I wtedy wiem, że może właśnie dlatego Strzępka z Demirskim wzięli się za „Króla” Twardocha. By opowiedzieć o końcu starego świata, nie wiedząc wcale, czy kolejny koniec właśnie nie nadchodzi.