Przekaz Kościoła w pierwszym rzędzie powinien być pozytywny i jednoczący. Jednak nie piętnując niektórych zachowań, przyczyniamy się do narastania zła – mówi abp Wojciech Polak w wywiadzie rzece Marka Zająca „Kościół katoludzki”.

Książka „Kościół katoludzki. Rozmowy o życiu z Ewangelią” ukazała się nakładem Wydawnictwa WAM (Kraków 2018). Z prymasem Wojciechem Polakiem rozmawia dziennikarz Marek Zając. Cytujemy wybrane fragmenty:

Niedawno podczas obrad Konferencji Episkopatu Polski biskup Krzysztof Zadarko, nasz delegat do spraw imigracji, podkreślał: nie wolno uwierzyć, że problem wielkich wędrówek ludów zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Że za rok albo trzy lata nasza polityka stanie się na tyle skuteczna, że stwierdzimy: przyjęliśmy już wystarczająco wielu chętnych, pomogliśmy, nasyciliśmy nasz rynek pracy i do widzenia. Nie, tak dobrze nie bę­dzie. Jesteśmy niestety skazani na nieustanne zmaganie się z tym problemem. Niektórych przybyszów Europa przyjmie, innych nie wpuści, jedni sami wyjadą, ale zaraz pojawią się nowi. Zresztą – trzeba też brać pod uwagę, że być może w pewnym momencie rozpocznie się exodus Europejczyków? Strzeż nas, Boże, ale wyobraźmy sobie, że to Polska staje się obiektem ataku — z dziećmi i staruszkami, całymi rodzinami zaczniemy uciekać przed bombami; nasze domy, szkoły i kościoły będą płonąć i walić się w gruzy… To naprawdę aż tak nieprawdopodobne?

To prawda, że nie sprostamy wszystkim potrzebom cierpiącego, głodnego i ubogiego świata. Pytanie tylko, czy wobec tego mamy się odciąć i odgrodzić, czy też zarówno w Europie, jak i poza nią, przyłożyć rękę do dzieł miłosierdzia, żeby życie naszych bliźnich stało się odrobinę lepsze. A co do prowokowania nowych fal przybyszów – i tak będą płynąć. Nie chodzi o to, że Europa kusi, więc ruszają w drogę. Przy tak dramatycznych i masowych przemieszczeniach nie ma miejsca na chłodną kalkulację. Dla większości ludzi porzucenie ojczyzny i domu jest decyzją radykalną, ostatecznym aktem desperacji, ucieczką przed śmiercią albo wegetacją na granicy przeżycia.

Mówiąc o uchodźcach, zawsze mam na myśli tych, którzy muszą ratować własne życie. Ale to nie znaczy, że przed imigrantami ekonomicznymi mamy automatycznie zatrzasnąć drzwi. Nie bądźmy hipokrytami. Kiedy w stanie wojennym Polacy masowo wyjeżdżali na Zachód, też kierowali się różnymi motywacjami. Niewielka była grupa osób, których życie i wolność były bezpo­średnio zagrożone. Ale większość – mówiąc, że tu się nie da żyć – miała na myśli coś innego: brak możliwości rozwoju i nadziei na lepszą przyszłość, puste półki w sklepach, wszechobecną szarość i zakłamanie. A mimo to ubiegali się o azyl i korzystali z pomocy w krajach Zachodu.

Przekaz Kościoła w pierwszym rzędzie powinien być pozytywny i jednoczący. Jednak nie piętnując niektórych zachowań – przyczyniamy się do narastania zła. Do pewnego momentu w naszym kraju można było ograniczyć się do apeli o przyjmowanie uchodźców, ale teraz trzeba też potępiać podsycanie nienawiści. Mówić wprost, że radykalne i brutalne odrzucenie bliźniego jest postawą nieludzką i antychrześcijańską.

Pycha zawsze niszczy od wewnątrz, także państwo, społeczeństwo, czasem i Kościół. To fałszywe przeświadczenie, że może istnieć tylko jedna racja – moja racja. A tego, kto wyraża inne zdanie, należy wykpić, odsądzić od czci i wiary.

Dlaczego dla wielu rdzennych obywateli Anglii, Francji czy Niemiec islam staje się atrakcyjnym wyborem? Przede wszystkim dlatego, że większość tamtejszych społeczeństw sama porzuciła chrześcijaństwo, które stało się letnie i miałkie; nie potrafiło zaspokoić niczyich potrzeb i oczekiwań. Zamiast myśleć o muzułmanach, których stopa nawet jeszcze nie stanęła w naszym kraju, przypatrzmy się samym sobie i bierzmy się do pracy.

Wyb. DJ