Byłoby wielkim niebezpieczeństwem, gdybyśmy skoncentrowali wszystkie siły na umacnianiu struktur Kościoła, pozosta­wiając na boku jego stosunek do społeczeństwa. Może się bowiem zdarzyć, że Kościół dobrze funkcjonujący w swych wewnętrznych strukturach stanie się gettem.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/1993.

Nie będę opowiadał tu całej drogi krzyżowej czeskiego Kościoła, bo prawdziwy świadek powinien mówić tylko o tym, co sam przeżył, co zoba­czył własnymi oczami. Chciałbym zatem opowiedzieć osobiście o pracy kapłana w tzw. Kościele podziemnym w Czechosłowacji od końca lat sześćdziesiątych do końca lat osiemdziesiątych. Moja historia nie jest ani nadzwyczajna, ani szczególnie heroiczna. Chciałbym ją tu przedstawić jedynie jako ilustrację przeżytego czasu, jako dowód, że „Bóg może roz­budzić dzieci Abrahama z kamieni”. Będzie to także wprowadzenie do kilku refleksji, które płyną z doświadczeń wielu podobnie pracujących kapłanów. Przechowanie tych doświadczeń dla przyszłości uważam za niezwykle ważne.

Przede wszystkim chciałbym oddać cześć wszystkim tym, którzy nas poprzedzali, którzy swoją wierność Kościołowi przypłacili w latach najsil­niejszych prześladowań stalinowskich wieloletnim więzieniem, torturami, a nawet życiem. Czechy, których historia obciążona była od dawna wojna­mi husyckimi i następstwami wojny trzydziestoletniej – łącznie z przymusową rekatolizacją w XVII wieku – już przed przejęciem władzy przez komunistów charakteryzowały się silną sekularyzacją, obojętnością reli­gijną i antyklerykalizmem. Być może dlatego staliniści wybrali nasz kraj jako odpowiedni grunt do przeprowadzenia eksperymentu totalnej ateizacji społeczeństwa. Prześladowania wobec Kościoła były u nas o wiele większe niż we wszystkich krajach sąsiednich. W całej Europie komuniści zwalczali religię ostrzej być może jedynie w Albanii i Rumunii czy w nie­których regionach ZSRR. Nie mogę pamiętać tego czasu najcięższych prześladowań. Poznałem jednak kilku księży i świeckich, których wiara dojrzewała pośród najcięższych prób – uważam ich za nowych świętych naszego narodu.

Urodziłem się w roku, w którym komuniści zagarnęli u nas władzę. Zostałem ochrzczony, jednak nie otrzymałem wychowania religijnego. Mój ojciec po upadku monarchii austriackiej odszedł z Kościoła pod wpływem ówczesnej kampanii „Precz z Wiedniem, precz z Rzymem!”. Miał on wówczas osiemnaście lat.

Gdy ja miałem osiemnaście lat – prawie pięćdziesiąt lat później – spotkałem Kościół i wiarę oraz zdecydowałem się poświęcić swoje życie Bogu. Ludzkie motywy mego nawrócenia były podobne jak w przypadku licznych moich kolegów i przyjaciół: tęsknota za zakazanymi wartościami duchowymi, poszukiwanie sensu życia poza państwową ideologią ateistycz­ną, protest przeciw reżimowi komunistycznemu, estetyczne oczarowanie liturgią, intelektualna moc przyciągania myślicieli i pisarzy katolickich takich jak Chesterton, Maritain, Greene, Bloy, Mauriac czy czeski poeta Zahradníček i inni. Wkrótce po nawróceniu przeżyłem okres krótkiego odrodzenia życia Kościoła w czasie paru miesięcy politycznego odprężenia i praskiej wiosny 1968 roku. Poznałem wówczas wielu wybitnych księży, którzy dopiero niedawno zostali wypuszczeni z więzienia, a pomiędzy nimi było trzech teologów, którzy rozpoczęli u nas realizację idei i ducha Dru­giego Soboru Watykańskiego: A Mandl, O. Madr, J. Zvěřina.

Mniej więcej rok po okupacji sowieckiej reżim Gustáva Husáka wy­wołał nową falę prześladowań Kościoła. Nie była ona już tak drastyczna (zwłaszcza pod względem liczby procesów i długości kar), ale za to była bardziej wyrafinowana i o wiele bardziej systematyczna. Upadły odrodzo­ne w 1968 r. do krótkiego życia organizacje katolickie, mnożyły się prze­słuchania i nawet terrorystyczne napaści ze strony tajnej policji wobec aktywnych katolików (niektóre osoby straciły życie w tajemniczych oko­licznościach). Życie Kościoła zostało ograniczone do nabożeństw w świą­tyniach, i to na warunkach określonych przez państwo. Wielu księży utraciło tzw. państwową zgodę na wykonywanie czynności kapłańskich i musieli oni podejmować się pracy w zawodach świeckich (najczęściej pra­cowali jako stróże nocni, palacze, czyściciele okien).

Podziemny ksiądz

W tym czasie podjąłem decyzję zostania księdzem. Jedyne seminarium dla całych Czech i Moraw znajdowało się w pełni pod kontrolą państwa i manipulowanego przez państwo stowarzyszenia księży „Pacem in terris”. Jako absolwent uniwersytetu i już wówczas „element niepewny” dla pań­stwa nie miałem żadnych szans bycia przyjętym do seminarium.

Przy pomocy grupy kapłanów uznanej przez Rzym, która poprzez pewnego biskupa wschodnioniemieckiego związana była ze Stolicą Apo­stolską, ukończyłem potajemnie studia teologiczne i otrzymałem grunto­wne przygotowanie duchowe do kapłaństwa. Podczas krótkiej wizyty w NRD jesienią 1978 r. otrzymałem z rąk tamtejszego biskupa święcenia kapłańskie. Było to w przeddzień inauguracji pontyfikatu Papieża-Polaka, co uznaję za datę symboliczną. Wkrótce potem sam włączyłem się w przy­gotowywanie następnych kandydatów do kapłaństwa, a po pewnym czasie grupa ta wybrała mnie na swego ojca duchownego.

O moim kapłaństwie nie wiedziała nawet moja matka, z którą wspól­nie mieszkałem. Przez długie lata miałem zaledwie bardzo wąski krąg duszpasterski, byli to przeważnie przedstawiciele inteligencji i studenci. Troszczyliśmy się o to, aby nie „dublować” działalności oficjalnego Koś­cioła, lecz zajmować się szczególnie tym, czego nie wolno było robić w oficjalnym duszpasterstwie parafialnym: rekolekcje, wykłady o proble­mach religijnych, głębsze przewodnictwo duchowe, praca z młodzieżą. Współpracowaliśmy również z wieloma dobrymi kapłanami działającymi publicznie, którzy przysyłali nam młodych ludzi przygotowujących się do chrztu czy przyjęcia innych sakramentów bądź też po prostu na niekoń­czące się dyskusje. Celebracja samych sakramentów miała miejsce naj­częściej już w kościele, a niektórzy z tych młodych ludzi nawet nie podejrzewali, że ten psycholog, lekarz, inżynier itp., który ich cały czas przygotowywał, jest potajemnie wyświęconym księdzem.

Istniała również współpraca z podobnymi tajnie działającymi grupami, szczególnie zakonników (jak wiadomo, klasztory zostały w naszym kraju podczas pewnej wiosennej nocy 1950 roku rozwiązane i zakonnicy przez czterdzieści lat znajdowali się praktycznie poza prawem). Pracowaliśmy też przy wydawaniu w formie samizdatowej literatury i prasy religijnej (w latach osiemdziesiątych istniało ponad dwadzieścia regularnie pojawiają­cych się czasopism katolickich generalnie na dość dobrym poziomie), jak też przy organizowaniu filozoficznych i teologicznych wykładów dla kan­dydatów do kapłaństwa i osób świeckich w mieszkaniach prywatnych. W takich seminariach wykłady wygłaszali później znani teologowie z Polski i z Zachodu, którzy przyjeżdżali do nas jako turyści, np. Salij, Kasper, Schönborn, Küng, Metz, Waldenfels, Valadier i wielu innych. Tym spo­sobem pozostawaliśmy (przynajmniej pewne kręgi w Pradze i Brnie) nie tak bardzo izolowani od rozwoju teologii światowej, jak się powszechnie uważa. Umyślnie zapraszaliśmy przedstawicieli różnych kierunków teolo­gicznych, aby móc się samemu w tym orientować.

O moim kapłaństwie nie wiedziała nawet moja matka, z którą mieszkałem. Przez długie lata miałem zaledwie bardzo wąski krąg duszpasterski

Jestem przekonany, że również na wielu z naszych gości, szczególnie na lewicujących teologów zachodnich, dyskusje z nami, często gwałtowne, wywarły jakiś wpływ. Teologowie niemieccy czy austriaccy wiedzieli bar­dzo dużo na temat Ameryki Łacińskiej, a bardzo niewiele o Czechosło­wacji – swym kraju sąsiedzkim. Kiedyś w dyskusji ze znanym teologiem J. B. Metzem powiedziałem mu, że jego wiedza jest jednostronna. Istnia­ła, oczywiście, droga do Auschwitz i istnieje teologia po Auschwitz, ale istniała też droga do Gułagu. Mówiłem, że interesujemy się, rzecz jasna, Ameryką Łacińską, ale również i naszą sytuację trzeba objąć refleksją. Ist­nieje teologia wyzwolenia w jakiś sposób inspirowana marksizmem, więc musimy też mieć teologię, która będzie wychodzić od doświadczeń Kościoła w Europie Wschodniej. Taka teologia wyzwolenia byłaby zupełnie inna: byłoby to wyzwolenie od ideałów marksizmu, od ideałów Oświecenia. Taka dyskusja jest bardzo potrzebna.

Od końca lat siedemdziesiątych niektórzy z nas brali udział w „równo­ległej kulturze” samizdatów i podziemnego kształcenia również z niekato­likami i niechrześcijanami. Wspólnie tworzyliśmy ruch dysydencki, szczególnie Kartę 77.

Około roku 1982 zostałem członkiem ścisłego kręgu teologów, przeło­żonych zakonnych i przedstawicieli poszczególnych diecezji, którego rolą było prowadzenie refleksji nad sytuacją Kościoła i społeczeństwa, przygotowywanie koncepcji życia Kościoła w przyszłości. Potajemnie pełniliśmy też rolę wąskiego kręgu doradców kardynała Tomáška. Był to czas, w któ­rym kard. Tomášek zrozumiał, że „polityka małych kroków” była niesku­teczna i – podniesiony na duchu dzięki pontyfikatowi Jana Pawła II, jak również zachęcony przez swych współpracowników – przyjął nowy, bar­dziej otwarty kurs w stosunkach z reżimem. Ten nowy kurs, a zwłaszcza późniejsze otwarte listy do rządu, przysporzyły w oczach opinii publicznej ogromny autorytet moralny nie tylko kardynałowi, lecz i całemu Kościo­łowi katolickiemu.

W ostatnich latach postępowaliśmy coraz bardziej otwarcie wobec reżimu komunistycznego, który stawał się coraz bardziej nerwowy w obli­czu zmian politycznych w Moskwie. W roku 1987 kard. Tomášek miano­wał mnie wiceprzewodniczącym półoficjalnej międzydiecezjalnej komisji ds. Dekady duchowej odnowy narodu przed tysiącleciem śmierci św. Woj­ciecha. Właśnie z grona tej komisji pochodzi większość biskupów czes­kich i morawskich mianowanych w 1990 roku. Trzy lata regularnej pracy w tym zespole stały się wartościowym przygotowaniem do pracy nowej konferencji Episkopatu w naszym kraju.

Nie ilość, lecz jakość i głębia

Chciałbym jednak jeszcze raz powrócić do lat siedemdziesiątych i skoncentrować się na duchowości i zasadach działania księży, którzy nie mogli brać udziału w oficjalnym duszpasterstwie. Zwłaszcza mówić będę o grupie, do której sam należałem. Nie mogę i nie będę mówił w imieniu całego „Kościoła podziemnego”, wszak nie był on zjednoczoną i central­nie kierowaną organizacją, jak to sobie wyobrażali komuniści – funkcjo­nowały raczej bardzo zróżnicowane, całkowicie od siebie niezależne grupy, które czasem nic o sobie nawzajem nie wiedziały.

Sytuację Kościoła w naszym kraju rozumieliśmy nie jako krótki okres, który trzeba jakoś przeżyć, lecz jako wyzwanie, wobec którego postawił nas Bóg. Należało zatem zaakceptować ten czas, właściwie go zrozumieć i nastawić się na długofalową pracę. Dlatego za swoje zadanie uznawaliśmy nie tylko bezpośrednią pracę duszpasterską, lecz równocześnie ciągły wysiłek teologicznego zrozumienia tej sytuacji Kościoła, tak aby móc to doświadczenie przekazywać dalej. Troszczyliśmy się szczególnie o trzy sprawy:

  1. Świadomość jedności z księżmi aktywnymi w jawnym duszpasterstwie. Byliśmy przekonani, że istnieje jeden, a nie dwa Kościoły, że grani­ca między Kościołem uczciwym a nieuczciwym nie jest tożsama z granicą między księżmi działającymi jawnie i potajemnie. To wymagało odwagi: musieliśmy nawiązywać kontakty z godnymi zaufania księżmi z oficjalne­go duszpasterstwa, pogłębiać je i służyć im pomocą.
  2. Troszczyliśmy się też o kontakty z Kościołem powszechnym, chcie­liśmy korzystać z jego doświadczeń duszpasterskich i myśli teologicznej. Oczywistością była dla nas wierność Papieżowi jako żywemu znakowi jed­ności Kościoła. Szukaliśmy relacji o życiu innych Kościołów lokalnych, usiłowaliśmy zdobywać współczesną literaturę teologiczną i nawiązywać osobiste kontakty z teologami rozmaitych kierunków. Za wielkie niebezpieczeństwo uważaliśmy po prostu zamiar reżimu, by izolować nasz Koś­ciół od rozwoju Kościoła powszechnego.
  3. Staraliśmy się prowadzić żywy dialog z życiem duchowym i kultural­nym naszego społeczeństwa, które toczyło się poza granicami Kościoła. Ważne było, aby nasz Kościół nie przemienił się w getto, a także, by jego ukryte struktury nie popadły w mentalność sekciarską. W sferze „kultury podziemnej” staraliśmy się utrzymywać kontakty z filozofami i ludźmi sztuki. Ponieważ intelektualiści ci brali również udział w opozycyjnej działalności politycznej, szczególnie w ruchu Karta 77 (mieliśmy np. bar­dzo osobiste kontakty z Vaclavem Havlem), powstawał problem, na ile my jako księża możemy brać udział w takiej działalności — zarówno z powodu zasadniczego stosunku Kościoła do działalności politycznej, jak i z racji koniecznej ostrożności wobec naszej konspiracyjnej pracy w Koś­ciele. Na to pytanie nie było jednoznacznej odpowiedzi.

Byliśmy świadomi, że iluzoryczne byłyby próby rozwijania w tych warunkach szerokiej działalności duszpasterskiej. Głównym celem nie była więc ilość, lecz jakość i głębia naszego duszpasterstwa. Pragnęliśmy, aby każdy z naszych księży posiadał jakąś specjalizację, o ile to możliwe, w powiązaniu ze swym zawodem świeckim i konkretnymi warunkami życia.

Kapłan – człowiekiem świeckim

Być może jest to dla wielu zaskakujące, ale dla nas kluczową rolę gra­ło połączenie kapłaństwa ze świeckim zawodem. W naszej grupie kładli­śmy silny nacisk na to, że połączenie naszego kapłaństwa ze świecką profesją i stylem życia człowieka świeckiego nie jest tylko rzeczywistością zewnętrzną, wymuszoną przez ciężkie okoliczności, lecz jest wielką łaską i rzadką, szczególną szansą. Byliśmy świadomi, że obok powołania do służ­by kapłańskiej w oficjalnym duszpasterstwie i obok powołania do życia zakonnego w Kościele jest również uprawniona „trzecia droga”, która posiada własną historię (widzieliśmy pewną analogię do „księży robotników” i byliśmy z nimi w bezpośrednim kontakcie). Uważaliśmy, że nasze doświadczenie będzie miało duże znaczenie dla przyszłej pracy Kościoła w zsekularyzowanym świecie. Teologiczne uzasadnienie takiej służby ka­płańskiej usiłował wypracować ks. Zvěřina. Chcieliśmy przygotowywać do święceń nie takich mężczyzn, którzy widzieli w zawodzie świeckim jedynie przemijającą konieczność, a w rzeczywistości tęsknili za zwykłą działal­nością parafialną, lecz takich, którzy odczuwali szczególne powołanie do tej ciężkiej służby. Podkreślaliśmy gruntowne przygotowanie i wielką potrzebę głębokiego życia duchowego (bardzo dynamicznej osobistej duchowości), aby w tak nietypowych okolicznościach zachować własną tożsamość kapłańską. Kapłaństwo nie było dla nas rolą społeczną, lecz czymś wewnętrznym. To było wielkie wyzwanie. Trzeba było na nowo pytać o korzenie naszej kapłańskiej tożsamości, skoro nie mogła się ona wyrażać przez chodzenie w koloratkach.

Każdego kandydata informowaliśmy całkowicie otwarcie o specyficz­nych niebezpieczeństwach i trudnościach takiej formy służby kapłańskiej, ale równocześnie o niepowtarzalnych możliwościach przenikania do śro­dowisk, które dla parafii były niedostępne i zamknięte. Uważaliśmy pro­fesje świeckie nie za przeszkodę w naszym kapłaństwie, lecz za jego integralną część. Nie chcieliśmy być księżmi „na pół etatu”; dlatego szu­kaliśmy nie takich zawodów, które byłyby nisko kwalifikowane i dlatego dawałyby wiele wolnego czasu dla duszpasterstwa we właściwym sensie tego słowa, lecz zajęć związanych z odpowiedzialnością, dających możli­wość poznawania środowisk nieraz bardzo oddalonych od Kościoła. Była to dla nas okazja nie tylko do tego, by bezpośrednio poznać „dzisiejszy świat”, by zdobyć jakieś osiągnięcia misyjne i specyficzne doświadczenia duszpasterskie, lecz także by głębiej zrozumieć własną tożsamość kapłań­ską – nie tylko jako socjologiczną rolę, którą trzeba jakoś przeżyć, lecz w sensie „ontologicznym” i „egzystencjalnym”. Jestem przekonany, że rów­nież nasze doświadczenia liturgiczne („msza domowa” itp.) należą w uprawniony sposób do szerokiej gamy liturgicznego życia Kościoła. Inspi­racje czerpaliśmy z tajemnicy ukrytego życia Jezusa w Nazarecie, ze wschodniej chrześcijańskiej duchowości „modlitwy serca”, z testamentu Karola de Foucauld i z innych źródeł.

Sytuację Kościoła w naszym kraju rozumieliśmy nie jako krótki okres, który trzeba jakoś przeżyć, lecz jako wyzwanie, wobec którego postawił nas Bóg

Pracowaliśmy inaczej niż większość kapłanów Kościoła, lecz nie wyni­kało to z samowoli czy tęsknoty za nadzwyczajnymi eksperymentami. „Sa­mo życie nas do tego zmusiło”, czyli ciężkie warunki życia Kościoła w naszym kraju. Tę konieczność podjęliśmy jako wyzwanie ze strony Boga i powierzoną przez Niego misję, jako okazję zdobycia doświadczeń przy­datnych być może również w innych czasach i w innych warunkach. Dwa­naście lat takiej działalności to nie są dla mnie żadną miarą lata stracone. Przeciwnie, jestem za nie bardzo wdzięczny Bogu.

Muszę dodać, że w obliczu aktualnych zadań i nowej sytuacji naszego Kościoła niemal wszyscy kapłani naszego kręgu porzucili zawody świeckie i czynni są w otwartym duszpasterstwie. Ich przeżycia wydają się być źród­łem zaufania, jakim obdarzają ich wierni. Wydaje mi się, że w tej podwój­nej roli zdobyliśmy szczególne zaufanie. Ludzie znali nas, znali warunki naszego życia, nie byliśmy odseparowani od społeczeństwa. Teraz, gdy zaczęliśmy występować publicznie jako księża, ludzie przychodzą i mówią nam o tym zaufaniu, które zdobyliśmy wcześniej.

Pomimo to często pytam sam siebie, czy nie zagubiliśmy naszego cha­ryzmatu. Gdyby biskupi mieli odwagę podjąć decyzję o zachowaniu takiej formy kapłaństwa również w sytuacji wielkiego braku księży w dusz­pasterstwie, uważałbym to za decyzję bardzo dalekowzroczną i roztropną.

Nie tylko struktury

Wielkim i pilnym zadaniem Kościoła w naszym kraju – podobnie jak w innych krajach byłego bloku komunistycznego – jest obecnie odnowa wspólnot parafialnych w duchu Soboru, aktywizacja świeckich oraz przygotowanie księży (od strony motywacji i kwalifikacji) do podjęcia tych zadań, których Kościół długo nie mógł wypełniać. Byłoby jednak wielkim niebezpieczeństwem, gdybyśmy skoncentrowali wszystkie siły na wewnę­trznym życiu Kościoła i umacnianiu jego struktur, tym samym pozosta­wiając na boku nie mniej ważny wymiar, mianowicie stosunek Kościoła do całego społeczeństwa. Może się bowiem zdarzyć, że Kościół dobrze funkcjonujący w swych wewnętrznych strukturach ponownie stanie się gettem istniejącym na uboczu społeczeństwa; że zrezygnuje on z odpowie­dzialności za całe społeczeństwo.

Wielką mocą i nadzieją naszego chrześcijaństwa (i prawdopodobnie największym owocem czasu prześladowań, tym owocem, za który odpo­wiadamy przed ludźmi, którzy zapłacili zań ogromnym cierpieniem) był moralny autorytet Kościoła w społeczeństwie i jego konkretny, socjolo­gicznie wymierny przejaw: szerokie kręgi „ludzi sympatyzujących z Koś­ciołem” (w naszym kraju przeważnie młodzież i inteligencja w większych miastach). Wydaje mi się, że obecnie stopniowo tracimy tych ludzi; często mają oni wrażenie, że Kościół w warunkach wolności niekorzystnie się zmienił i troszczy się teraz przede wszystkim o siebie samego.

Musimy się troszczyć o otaczające nas, wyraźnie poganiejące społe­czeństwo, ale trzeba to robić inaczej niż bardzo aktywne teraz u nas sekty fundamentalistyczne. One nie potrafią dostrzec w innym partnera, lecz wyłącznie przedmiot agresywnej agitacji bez względu na kulturę i mental­ność narodu.

Kapłaństwo nie było dla nas rolą społeczną, lecz czymś wewnętrznym. To było wielkie wyzwanie

Wielki program Jana Pawła II, nowa ewangelizacja Europy, odróżnia się od tej ograniczonej ewangelizacji – moim zdaniem – przede wszyst­kim tym, że zakłada czy nawet włącza pewną „preewangelizację”, troskę o „przedpokój wiary”, o rozwój naturalnych wartości moralnych (które szczególnie w byłych krajach komunistycznych są drastycznie zniszczone i naruszone). W katolickiej tradycji ewangelizacji nie można oddzielać od inkulturacji, od dialogu wiary i kultury. I chodzi tu nie tylko o głębsze zakorzenienie w wierze, lecz i o podniesienie kultury narodowej. Zwłaszcza w sytuacji rozkwitu nacjonalizmów, tak rozumiana ewangelizacja może przypominać o wspólnych korzeniach w ramach kultury europej­skiej. Przykładem tak szeroko rozumianej ewangelizacji, odpowiedzial­ności Kościoła za całe społeczeństwo i jego gotowości do rozległej współpracy ze wszystkimi ludźmi dobrej woli jest w Czechach i na Mora­wach program „Dekady duchowej odnowy narodu”, który zawiera akcenty religijne, ale także kulturowe i społeczne.

W krajach, które znajdowały się pod panowaniem komunistycznym, przez lata nie mówiono o religijności rzeczowo. Ze strony komunistów była tylko kłamliwa propaganda, a po naszej stronie widoczne były różne iluzje. Obecnie niezbędna jest trzeźwa analiza terenu. Trzeba jasno powiedzieć, na rzecz jakiej wizji przyszłości Kościoła pracujemy (a wszys­cy mamy w świadomości jakąś wizję przyszłości Kościoła, trzeba ją tylko wypowiedzieć). Musimy wiedzieć – z całym szacunkiem dla Opatrzności – w jakim miejscu chcemy być np. za 10 lat. Bez takiej długofalowej kon­cepcji, bez planów duszpasterskich, będziemy jedynie chaotycznie reago­wać na zmieniające się warunki. A chodzi przecież w życiu Kościoła nie o reagowanie, a o świadome działanie. Tego typu koncepcja, jak również konkretne działania na rzecz jej realizacji, powinny być rezultatem wspól­nych przemyśleń biskupów, księży i świeckich. Dobrą okazją mogłyby tu być odpowiednio przygotowane synody poszczególnych prowincji kościel­nych. Oczywiście wiele zależy od tego, czy znajdą się postaci działające na rzecz odnowy Kościoła tak jak ci, którzy podźwignęli katolicką reforma­cję szesnastego i siedemnastego stulecia: nowy Karol Boromeusz, Ignacy, Teresa z Avila…

Pełen wątpliwości obserwuję obecnie fakt, jak wiele naszych sił i czasu pochłania obecnie odnowa instytucjonalnej strony Kościoła. Duchowa strona odnowy chrześcijańskiej zaczyna się obecnie nieco gubić w tle. Zaś kwestia stosunku Kościoła do społeczeństwa jest, moim zdaniem, w dużej mierze pozostawiona na boku. Następują radykalne zmiany społeczne, wraz z tym zmienia się pozycja Kościoła w społeczeństwie, zmieniają się systemy wartości i potrzeby społeczne, zmieniają się oczekiwania, z który­mi społeczeństwo instynktownie i często nieświadomie zwraca się do Koś­cioła. Wielkim zadaniem Kościoła jest poddanie tych przemian w pełni odpowiedzialnej refleksji teologicznej.

Pluralizm nie jest totalitaryzmem

Życie Kościoła w czasach prześladowań było bardzo trudne, ale w pewnym sensie było łatwiejsze niż życie w demokratycznym społeczeń­stwie pluralistycznym. Nawiązując do obrad tego Kongresu, chciałbym stwierdzić, że słusznie powiedziano tu, iż Kościół nie może bezkrytycznie akceptować społeczeństw postkomunistycznych ani zachodnich. Owszem, chrześcijanie zawsze będą mieli trudności w świecie – tak mówi Ewan­gelia. Ale trzeba zrozumieć, że niebezpieczeństwo hedonistycznego społeczeństwa pluralistycznego jest czymś zupełnie innym niż niebezpieczeństwo komunistycznego totalitaryzmu. Ten Kongres powinien ostrzec Kościół przed uproszczeniami. Obecnie jest to sprawa najważniejsza. Byłoby tragicznym błędem, gdyby wobec nowej sytuacji Kościół przyjął tę samą strategię obronną, co wobec komunizmu. To byłaby tragiczna głu­pota. Rozumiem, że istnieje pewne przyzwyczajenie do reakcji obron­nych, ale dziś potrzebujemy nowej strategii.

Profetyczny charakter miały – jak sądzę – słowa Jana Pawła II wypo­wiedziane podczas wizyty w Pradze. Wzywał on nas, abyśmy świątynię wolnego życia Kościoła budowali nie przez powrót do tego, co było przed okresem prześladowań, lecz na fundamencie siły i dojrzałości, jaką zdoby­liśmy w czasie próby. Dzisiaj – gdy mamy do czynienia z ogólnym prze­budzeniem Kościoła i społeczeństwa – czasami ma się ochotę powiedzieć, by niektórzy jeszcze sobie pospali. Bo oni sprawiają wrażenie, jakby przespali cały ten okres i nic nie rozumieją z nowych czasów.

Życie Kościoła w czasach prześladowań było bardzo trudne, ale w pewnym sensie było łatwiejsze niż życie w demokratycznym społeczeń­stwie pluralistycznym

W czasie prześladowań nie byliśmy zamknięci. Wiara dawała nam odwagę, by akceptować sytuację, jaka była, i aby ją zmieniać. Dzisiaj potrzebujemy dialogu z Kościołem powszechnym, potrzebujemy wymiany doświadczeń z innymi Kościołami, które żyją w odmiennych warunkach. Nie wolno nam hamować tego dialogu poprzez „kompleks męczeństwa” z zadowoleniem oglądając się w zwierciadle „chwalebnej przeszłości”. Dziękujmy Bogu za minione dziesięciolecia, ale nie zapominajmy też o naszych bolesnych poszukiwaniach, o wszystkich napięciach, błędach i odmowach.

Prawdziwa wiara prowadzi do prawdy, bo w głębokim sensie zawiera ona zasadę akceptacji rzeczywistości. Ideologie prowadzą do iluzji, do samookłamywania się, do braku poczucia rzeczywistości i do upadku. Budujmy nowe życie Kościoła i społeczeństwa nie przy pomocy strachu. Nie ulegajmy kompleksowi niższości, który zarazem manifestuje się w postaci arogancji czy pychy. Budujemy przyszłość w duchu wewnętrznej wolności, radości, miłości, w duchu odwagi i pokory. Wiara daje odwagę w obliczu prawdy. Daje również odwagę w obliczu przyszłości. I również wobec przyszłości aktualne są słowa: tylko prawda was wyzwoli.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/1993. Tłum. z niemieckiego Zbigniew Nosowski. To zapis wystąpienia wygłoszonego przez Autora w czasie obrad Kongresu Teologów Europy Środkowo-Wschodniej w Lublinie (KUL, 11-14 sierpnia 1991 r.).