„Polska wrażliwość”, którą przywołał wicepremier Gowin, domaga się wciąż obrony „polskiej bezgrzeszności”, co na konkretnych przykładach oznacza np. nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej czy odwołanie prof. Engelking z przewodniczenia Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej. Zabiegi te nie przysłonią jednak historycznej prawdy.

Przewodnicząca Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej prof. Barbara Engelking nie zostanie zapewne powołana na to stanowisko na następną kadencję. Decyzja pozostaje w gestii premiera Mateusza Morawieckiego. W przestrzeni publicznej pojawiły się głosy, że na szefa rządu zaczęli w tej sprawie wywierać naciski znaczący politycy Prawa i Sprawiedliwości. Kamieniem obrazy stała się dla nich wydana kilka tygodni temu praca pod redakcją prof. Engelking i prof. Jana Grabowskiego „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”. Książka ta – oparta na solidnych badaniach źródłowych i metodologicznie rzetelna – dostarcza, jak piszą jej autorzy, „dowodów na znaczną i większą, niż do tej pory sądzono, skalę uczestnictwa Polaków w wyniszczaniu żydowskich współobywateli”.

Talmud mówi: „jeśli człowiek ratuje jedno życie, to jest tak, jak gdyby uratował cały świat”. Nie pamiętamy jednak, że pierwsza część tego zdania brzmi: „jeśli człowiek niszczy jedno życie, to jest tak, jak gdyby zniszczył cały świat”

Twierdzenie to wywołało natychmiastowe kontrowersje. Niektórzy prawicowo zorientowani publicyści i historycy zarzucili autorom „Dalej jest noc” szerzenie „fałszywych uogólnień”, przyczyniających się do „dalszego szkalowania Polski w świecie”. W kręgach rządzących pojawiły się natomiast żądania odwołania prof. Engelking z przewodniczenia Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej. Poproszony o komentarz w tej sprawie wicepremier Jarosław Gowin w rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedział: „To, jaki będzie przyszły skład Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, jest suwerenną decyzją premiera Rzeczypospolitej Polskiej. Pan premier Morawiecki podejmie decyzję, kierując się przede wszystkim polską wrażliwością na te sprawy. Zwłaszcza w przypadku polskich przedstawicieli w radzie, trudno odmawiać premierowi polskiego rządu swobody wyboru”.

W słowach wicepremiera znalazła się sugestia, że prof. Engelking nie bardzo kieruje się w swojej działalności „polską wrażliwością”. Najpewniej dlatego, że wraz z innymi historykami publikuje prace, z których wynika, że wiele tysięcy Polaków mogło przyczynić się w latach II wojny światowej do śmierci Żydów. Takie stanowisko wywołuje jednak w Polsce reakcje traumatyczne.

Wciąż daje się słyszeć głos: to niesprawiedliwe! Przecież to nie Polacy wymyślili machinę Zagłady ani nią nie kierowali. To nie Polacy tworzyli getta. To nie Polacy masowo uśmiercali Żydów strzałem w tył głowy nad leśnymi dołami czy dusząc ich w komorach gazowych. Jak można względem nas kierować oskarżenia o współudział w Holokauście, gdy w Ogrodzie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w jerozolimskim Instytucie Jad Waszem najwięcej posadzonych drzew upamiętnia Polaków, którzy z narażeniem życia swojego i własnych rodzin w czasie straszliwej okupacji Żydów ratowali? Przecież Polacy, na Boga, nie mogli brać w ludobójstwie udziału! A jednak książka „Dalej jest noc” dowodzi, że wielu naszych rodaków dopuściło się podczas okupacji zbrodni na Żydach.

Ujawnienie tego faktu to dla „polskiej wrażliwości” szok. Od kilkunastu lat (co najmniej od momentu publikacji „Sąsiadów” Jana Tomasz Grossa) mocujemy się z tym, że na obrazie Polski – niewinnie męczonego mesjasza – ukazała się szpetna skaza. Nic dziwnego, że obrońcy narodowej mesjańskiej bezgrzeszności próbują tę skazę zakryć. Konstatują zatem, że gwałty i zbrodnie popełniane na Żydach w czasie okupacji, a także donosicielstwo czy szmalcownictwo zdarzały się wyłącznie w środowiskach marginesu społecznego. Polacy nie mieli przecież ani kolaborującego z Niemcami rządu, ani nie tworzyli – w przeciwieństwie do Ukraińców, Litwinów czy Łotyszy – wojskowych formacji czynnie wspomagających esesmanów w mordach. Jednak prace historyków takie jak „Dalej jest noc” pokazują też niezbicie, że wielu Polaków – i to bynajmniej niewywodzących się z kręgów społecznych szumowin – nie zachowało się względem Żydów podczas okupacji miłosiernie i uczciwie. Wbrew krążącej po Polsce legendzie, nie było u nas też setek tysięcy Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Dominująca była obojętność. Nierzadko również, jak gorzko konstatują autorzy „Dalej niż noc”, dochodziło do okrutnych zbrodni.

Czas okupacji sprzyjał często i zobojętnieniu na los Żydów, i wzmożeniu – także wśród Polaków – agresji względem nich

Z pewnością postawy Polaków względem skazanych na śmierć żydowskich współmieszkańców nie były jednakowe. Niewątpliwie zbrodnie Niemców również miały na nie wpływ. Czas okupacji sprzyjał często i zobojętnieniu na los Żydów, i wzmożeniu – także wśród Polaków – agresji względem nich. Było to związane zarówno z eskalacją hitlerowskiego terroru, jak i – co tu dużo mówić – z silnie zakorzenionym od dawna w polskim społeczeństwie antysemityzmem. Bez wątpienia okupacyjny terror powodował stopniowe zobojętnienie na cierpienie bliźnich (pewnie szczególnie wtedy, gdy byli to nie „swoi”, a „obcy”). Z czasem u niektórych puszczały moralne hamulce (można podejrzewać, że w czasach pokoju nie mogłoby to mieć miejsca). Gdy Niemcy wszem i wobec głosili słowem i czynem, że Żydzi to nie ludzie, lecz robactwo, które należy wytępić, normą wydawało się niektórym okradanie, wydawanie na śmierć czy nawet zabijanie żydowskich współziomków – normą sankcjonowaną przez okupantów, bez ustanku występujących z przemocą wobec Żydów. Dla takiego wojennego „zawieszenia” moralności nie powinno być usprawiedliwienia, choć jest dla niego wytłumaczenie.

W swych autobiograficznych „Czarnych sezonach” prof. Michał Głowiński odniósł się do tej kwestii w następujący sposób: „Myślę, że w grę tu wchodziła czysta, może całkowicie bezrefleksyjna nienawiść, powiązana z duchem czasu lub z niego wynikająca. Tak, nie przypadkiem go tutaj przywołuję. Bo przecież duch czasu sankcjonował przeświadczenie, że ktoś zdemaskowany jako Żyd, jako Żyd zidentyfikowany, jest z góry skazany na śmierć, przeznaczony na odstrzał. Żydowskie życie nie tylko stało się tanie, po prostu się nie liczyło, wyzute zostało z wszelkiej wartości. Co więcej, ten czy ów, nawet gdy nie należał do rasy panów, mógł sądzić, że przyczynienie się do tego, iż ktoś swe żydowskie życie straci, nie jest grzechem, w ogóle nie jest niczym nagannym, być może stanowi nawet czy chwalebny”.

Talmud mówi (a obrońcy polskiej heroiczności często na ów cytat się powołują, bo polscy Sprawiedliwi wśród Narodów Świata świetnie się mieszczą w mesjanistycznej wizji Polski jako kraju cierpiących i poświęcających się za innych bohaterów), że „jeśli człowiek ratuje jedno życie, to jest tak, jak gdyby uratował cały świat”. Być może jednak nie bez powodu Polacy nie chcą zwykle pamiętać o pierwszej części tego zdania. A brzmi ona następująco: „jeśli człowiek niszczy jedno życie, to jest tak, jak gdyby zniszczył cały świat”. Skoro jesteśmy dumni z polskich Sprawiedliwych, czy nie powinniśmy również brać odpowiedzialności za tych, którzy względem Żydów w czasie okupacji zachowywali się niegodnie? Oto pytanie, na które w końcu będziemy musieli dać sobie i światu odpowiedź jednoznaczną.

Dla wojennego „zawieszenia” moralności nie powinno być usprawiedliwienia, choć jest dla niego wytłumaczenie

Bez wątpienia trudno brać odpowiedzialność za winy popełnione przez współrodaków. Sprawa tym bardziej jest zagmatwana, że Polacy również przecież byli ofiarami nazistowskiej przemocy. Jednak ta przemoc względem narodu polskiego nigdy nie przybrała straszliwej formy „ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej” na wzór „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Znaczy to, że – na poziomie wspólnot narodowych – nie powinno się zrównywać polskiego doświadczenia z żydowskim. Niegodne też jest nazywanie takiej postawy „próbą pomniejszania polskich cierpień”, gdyż odmienność polskiego i żydowskiego losu bynajmniej nikogo nie przymusza do rezygnacji ze współczucia dla Polaków będących ofiarami ostatniej wojny. Niestety wielu spośród nas wciąż nie potrafi się zgodzić na takie postawienie sprawy. „Polska wrażliwość”, którą przywołał wicepremier Gowin, domaga się wciąż obrony „polskiej bezgrzeszności”, co w jej konkretnych urzeczywistnieniach oznacza np. nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej czy odwołanie prof. Engelking z przewodniczenia Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej.

Takie quasi terapeutyczne zabiegi nie są jednak w stanie przysłonić historycznej prawdy, która coraz mocniej uderza w naszą „polską wrażliwość”. A prawda ta jest gorzka. Zdarzało się w czasie okupacji i po niej, że Polacy Żydów grabili. Często też niewystarczająco współczuli swoim skazanym na śmierć żydowskim współmieszkańcom. Zdarzało się też, że obojętność na los Żydów zmieniała się niejednokrotnie w przyzwolenie dla mordu. Wreszcie było i tak, że Polacy Żydów zabijali.

Wolno oczywiście tego wszystkiego nie przyjmować do wiadomości. Jako wspólnota narodowa przed ową gorzką prawdą jednak nie uciekniemy.