Został obdarzony przez naturę wyczuciem rytmu i silnym głosem o pięknej barwie. Chciałby zrobić karierę w show-biznesie. Niechby mu się udał wyjazd do Ameryki. Tam nikt na ulicy nie będzie się za nim oglądał z powodu kolczyków w uszach i złotego łańcucha na szyi ani wyzywał go od „pedałów”.

Majowy dzień zapowiadał się piękny i słoneczny. Mimo to wstawałem bez humoru. Po drodze do pracy miałem wstąpić na pocztę. Mój podopieczny Kamil (zbieżność imion z dresiarzem Kamilem z najnowszej powieści Doroty Masłowskiej „Inni ludzie” zupełnie przypadkowa – swoją drogą ta książka to arcydzieło!) zatelefonował do mnie poprzedniego dnia z Amsterdamu z prośbą, abym odebrał korespondencję z jego skrytki pocztowej.

Kamil, lat 34, którego poznałem za pośrednictwem śp. siostry Noemi, franciszkanki z Lasek, choruje na padaczkę, jest niedowidzący, niepełnosprawny w stopniu umiarkowanym, zupełnie samotny, utrzymuje się z niewielkiej renty socjalnej, z której po opłaceniu wynajmowanego pokoju bez wygód zostają mu grosze. Od lat daremnie zabiega o lokal socjalny.

Ma jednak swoje wielkie marzenie: chciałby zrobić karierę w show-biznesie. Nie jest to marzenie tak całkiem nierealne, został bowiem obdarzony przez naturę wyczuciem rytmu i silnym głosem o pięknej barwie. Nie jest też pozbawiony pewnej zaradności i osobistego wdzięku, co sprawiło, że wystąpił raz w programie TVN „Mam talent”, niestety bez sukcesu.

Oglądałem to potem na YouTubie. Na troje członków jury tylko jedna osoba, kierując się odruchem serca, była na tak, dwie pozostałe były na nie, a podczas występu demonstracyjnie zasłaniały sobie oczy. To było bardzo przykre.

Potem Kamil jakimś cudem załatwił sobie wyjazd do Los Angeles, gdzie wystąpił w telewizji NBC, wprawdzie i tu bez awansu do finału, ale wystarczyło, by rozbudzić jego nadzieje. Ze względu na kończący się termin ważności wizy amerykańskiej musiał jednak wracać do kraju.

Już nie raz przez straż miejską był wyzywany od „pedałów”. Wielokrotnie był też na ulicy zaczepiany i pobity, okradany z dokumentów, ktoś nawet groził mu nożem

Po drodze, w Amsterdamie, gdzie nocował u jakiegoś przygodnego znajomego (jest łatwowierny i naiwny jak dziecko), został okradziony z pieniędzy i wszystkich dokumentów. Na domiar złego polski bank zamknął mu konto (potrafi się awanturować), odcinając go od dostępu do renty. W rezultacie utknął za granicą, bez dokumentów i środków do życia.

Jechałem więc o pięknym poranku na pocztę, z wydrukiem mailowego upoważnienia od Kamila (w Amsterdamie korzystał z komputera w bibliotece publicznej) i z poczuciem, że sam być może pakuję się w jakąś kabałę. Intuicja mnie nie myliła. Wśród licznych pism urzędowych w sprawie lokalu socjalnego, z odmową albo odsyłających do innej instancji, znalazło się też wezwanie z komendy policji na przesłuchanie w sprawie „o przerobienie legitymacji osoby niepełnosprawnej”. Termin przypadał następnego dnia – pismo przeleżało się w skrytce.

Nie było rady: zrobiłem skan i posłałem Kamilowi. A ten od razu wpadł w panikę. Że teraz na pewno zostanie za nim rozesłany międzynarodowy list gończy; że na lotnisku w Warszawie zakują go w kajdanki; że dostanie wyrok pięciu lat więzienia – i wszystko stracone.

Okazuje się, że dwa lata temu konduktor w pociągu zabrał mu legitymację rencisty, w której zauważył ręcznie przerobiony stopień niepełnosprawności z „umiarkowanego” na „znaczny”. Czyn ten kwalifikuje się wprawdzie pod paragraf jako „sfałszowanie dokumentu”, jest więc złamaniem prawa, ale przewinienie wydawało mi się błahe, a jego szkodliwość społeczna wręcz znikoma. Na nic się jednak zdały moje perswazje. Kamil był roztrzęsiony. „Moje życie to istne piekło!” – powtarzał. Zaczął snuć wizje, że na komendzie policji na pewno go pobiją, jak we Wrocławiu tego chłopaka, którego potraktowano paralizatorem.

Trzeba jeszcze dodać, że Kamil jest gejem, i już nie raz przez straż miejską był wyzywany od „pedałów”. Wielokrotnie był też na ulicy zaczepiany i pobity, okradany z dokumentów, raz nawet jakiś bandzior groził mu nożem. Na jego zgłoszenia policja nie reagowała. Zapewniłem go więc, że jak będzie szedł na przesłuchanie, to pójdę z nim i nie pozwolę, by go ktoś obraził. To go trochę uspokoiło. Przekonałem go też, by jak najszybciej drogą mailową zawiadomił policję o swojej nieobecności w kraju i poprosił o wyznaczenie nowego terminu przesłuchania (tak mi doradził znajomy prawnik).

Następnego dnia postanowiłem jednak osobiście udać się na komendę policji, by wyjaśnić powód niestawienia się Kamila w wyznaczonym terminie. Nie powiem, bym miał na to wielką ochotę. Co sobie o mnie pomyślą? – myślałem. Prawdę mówiąc, z policją nie miałem do czynienia od 15 grudnia 1981 roku, kiedy to zostałem zabrany na Rakowiecką i funkcjonariusz SB przez dwie godziny usiłował wymusić na mnie podpisanie lojalki, grożąc mi internowaniem. Jednak się wtedy nie poddałem („Zatrzymalibyśmy pana, tylko już nie mamy wolnych miejsc” – usłyszałem). Ale przepraszam za to skojarzenie – żyjemy przecież od prawie trzydziestu lat w wolnej i praworządnej Polsce.

Co z jego marzeniem o karierze w Hollywood? Po załatwieniu nowego paszportu chce próbować jeszcze raz

Kiedy stanąłem przed zakratowanym wejściem, z dyżurki rozległ się głos: „Pan w jakiej sprawie?”. „Do pani aspirant N., w sprawie przesłuchania”. „Pierwsze piętro, pokój numer 10”. Wszedłem na piętro i usiadłem w dość obskurnym korytarzyku, odczekałem dokładnie do godziny 12.00, po czym zajrzałem przez otwarte drzwi do pokoju numer 10. Nikt na mnie nie zwracał uwagi. – Przepraszam – odezwałem się nieśmiało… Po chwili młoda kobieta stojąca przy biurku pod oknem niechętnie odwróciła głowę przez ramię i spytała: „Pan w jakiej sprawie?”. „W sprawie przesłuchania pana Kamila T.” „Ale pan nie jest Kamilem T.” – stwierdziła pani aspirant. „Jestem przez niego upoważniony do odbierania korespondencji…” – zacząłem, ale policjantka przerwała mi w pół słowa: „Ja już wszystko wiem, bo odebrałam maila”. „I nie potrzebuje pani żadnych dalszych wyjaśnień?” „Nie”.

Po kilku dniach Kamil szczęśliwie dotarł do Warszawy i zjawił się u mnie w redakcji. Wspólnie ułożyliśmy pismo do prokuratury z prośbą o warunkowe umorzenie sprawy. „Bardzo proszę o szansę na szczęśliwe życie bez karalności odnotowanej w Krajowym Rejestrze, która zrujnowałaby mi ostatnie lata mej młodości i całe moje dalsze życie” – to zdanie na zakończenie podyktował sam Kamil. Szczerze podziwiam jego inteligencję i dar słowa. Jego orzeczona przez biegłych niepełnosprawność dotyczy tylko problemów neurologicznych i emocjonalnych, jest jednak faktem. Na koniec naszej rozmowy Kamil wrócił do swego marzenia o karierze estradowej i zaśpiewał mi po angielsku kilka piosenek z repertuaru najsłynniejszych wokalistów. To było niezwykle piękne. W innych pokojach redakcyjnych zaległa cisza – wszyscy słuchali.

Mam nadzieję, że kłopoty Kamila z prokuraturą da się jakoś rozwiązać. W razie czego pójdę z nim na przesłuchanie. Ale co z jego marzeniem o karierze w Hollywood? Po załatwieniu nowego paszportu chce próbować jeszcze raz.

Niechby mu się udał ten wyjazd do Ameryki. W Los Angeles nikt na ulicy nie będzie się za nim oglądał z powodu kolczyków w uszach i złotego łańcucha na szyi ani wyzywał go od „pedałów”, a może jakiś dziennikarz telewizyjny czy impresario pomoże mu w nagraniu pierwszego krążka? Bo w katolickiej Polsce niepełnosprawny Kamil raczej nie ma szans.