Nie pamiętam dokładnie, kiedy się poznaliśmy. Pewnie dlatego, że wszystkie spotkania z Morisem były bardzo naturalne, ciepłe i bezpośrednie.

To było zapewne w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wtedy mieliśmy – moja żona Jola i ja – bliskie kontakty z Małymi Siostrami Jezusa, u których poznałem Jurka, Małego Brata. Szybko się z nim zaprzyjaźniłem i wtedy zapewne trafiłem do ich domku w Izabelinie. Był tam wówczas piękny drewniany kościółek i zachowane mieszkanie, uboga cela ks. Aleksandra Fedorowicza.

Niezapomniane chwile, przy stole w ich domu. Kaziu lub inny brat coś tam pichcił na kuchence, potem zastawiony stół, gadanie… Kaplica na stryszku, ikony Morisa, prosta i bardzo święta liturgia, wspólne siedzenie w ciszy.

Spowiedzi u Morisa, w jego maleńkim pokoiku. Właściwie był to dalszy ciąg rozmów z kuchni, tylko bardziej intymnych, z chwilami milczenia. Przy stoliku trzymał fotografie Jacques’a, Raissy i Wery, jak o nich mówił. Kiedyś spytałem go o Maritaina. Opowiadał o nim ze wzruszeniem. Wyjął z szuflady biały kosmyk włosów Jacques’a, który zachował na pamiątkę.

Po rozmowie-spowiedzi szliśmy do kaplicy, klękaliśmy przed Najświętszym Sakramentem. Hostia bez monstrancji: wystarczy z tabernakulum zdjąć ikonę Chrystusa. Po dłuższej chwili Moris udzielał mi rozgrzeszenia i ściskaliśmy się.

Kilkakrotnie przyjeżdżał do Kielc na spotkania. Zawsze mówił, że przyjeżdża do nas i rzeczywiście u nas się zatrzymywał. Nigdy nie pozwalał odebrać sobie plecaka, gdy witałem go na dworcu.

Nie przygotowywał się do konferencji. Chciał tylko mieć możliwość spędzić jakiś czas w odosobnieniu i ciszy, zanim zacznie mówić

Mamy małe mieszkanie. Nie chciał żadnych udogodnień; spał na karimacie pod fortepianem Joli. Cenił obecność kobiet, zauważał zarówno ich cechy, jak i gustowny ubiór czy biżuterię. Był wrażliwy na piękno. Dbał o estetykę otoczenia, lubił kwiaty. Do naszej suczki mówił Miła, choć ona nazywa się Bura i nie zawsze jest miła dla gości.

Moris zawsze chodził w tym samym kaszkiecie, w wytartych dżinsach i sfatygowanej kurtce, ale przy tym pozostawał elegancki, odprasowany, schludny. Pamiętam, jak szliśmy ulicą i zatrzymał się przy babinie z podkieleckiej wsi, która miała coś tam na sprzedaż. Moris poprosił mnie, żebym kupił u niej kwiatki.

Początkowo słabo władał językiem polskim i na spotkaniach jego tłumaczem był towarzyszący mu Jurek. Później mówił już dobrze po polsku.

Miał wiele zaproszeń do różnych wspólnot i seminariów duchownych. Starał się nie odmawiać, choć w końcu stało się to konieczne. Wszak rzeczywiście zajmował się prowadzeniem domu – codzienne zakupy, porządki, gotowanie, kontakty z sąsiadami, z gośćmi. Przy tym wszystkim stała modlitwa liturgiczna i adoracyjna, okresowe odosobnienia w pustelni. Nie wiem, kiedy on znalazł czas na napisanie pięciu książek. Są to znaczące, ważne publikacje, które, moim zdaniem, ciągle czekają na odkrycie przez szerszy krąg czytelników, na oddanie im należnego miejsca wśród tekstów o duchowości i Kościele.

Nie przygotowywał się do spotkań zapowiadanych jako wykłady czy konferencje. Chciał tylko, aby mógł mieć możliwość spędzić jakiś czas w odosobnieniu i ciszy, zanim zacznie mówić.

Patrzył na ludzi z miłością. To był jego szczególny charyzmat, łaska, którą, jak sądzę, zyskiwał dzięki osobistej modlitwie adoracyjnej. Był autentycznie przeświadczony, że w sercu każdego człowieka mieszka Pan Jezus. Przy tym znał ludzkie słabości i nie był naiwny. Gdy mieszkał we fraterni w kamienicy na warszawskiej Pradze, przy ulicy Brzeskiej, miał bliski kontakt z różnymi ludźmi, także z tymi, którzy znaleźli się na społecznym marginesie. Poszedł na pogrzeb alkoholika i gdy zauważył, że nie ma księdza, wyciągnął z plecaka habit i stułę. Poprowadził modlitwę nad otwartym grobem. Kolega zmarłego pytał go później: „Moris, pomodlisz się za mnie?”. Ludzie z Brzeskiej byli mu bardzo bliscy.

Gdy nastąpiły zmiany w składzie fraterni, Moris wrócił do Izabelina. Serdecznie wspominał jednak tych, często chorych na alkoholizm, poranionych przyjaciół. Wiem, że rozstanie z nimi było dla niego trudne.

Kiedyś zachorowała nasza przyjaciółka. Znajdowała się w szpitalu w złym stanie psychicznym. Moris w Kielcach był wtedy tylko przejazdem. Poszedł ją odwiedzić, choć znana mu była tylko z opowiadania mojej żony. To było niezwykłe, jak szybko potrafił nawiązać kontakt z chorą, po prostu patrząc na nią i wypowiadając zaledwie kilka słów o miłości Jezusa, które w jego ustach były wiarygodne i przyniosły pocieszenie.

Patrzył na ludzi z miłością. Przy tym znał ludzkie słabości i nie był naiwny

Myślę, że powołanie Małych Braci jest bardzo trudne. To życie kontemplatywne przeniknięte miłością Chrystusa bez jakiejkolwiek ochrony, klauzuli, pomocy z zewnątrz, wtopienie się w powszednie ubogie życie, zniknięcie wśród zwykłych ludzi, by odnajdywać w nich braci. Kandydaci przychodzili i po jakimś czasie odchodzili ze wspólnoty. Niewielu zostało. Moris pamiętał o wszystkich. Jeśli tylko było to możliwe, podtrzymywał serdeczne kontakty.

Uważał, że ważnym elementem w formacji duchowej jest czasowe odchodzenie do pustelni. Z inspiracji Morisa wybudowaliśmy małą chatkę w lesie w Górach Świętokrzyskich. Także tam nas odwiedzał. Ostatnim razem przyjechał z Mirkiem, Sławkiem i Wojtkiem. Mali bracia zabrali ze sobą piły i siekiery, bo nasza polanka bardzo zarosła i trzeba było zrobić trochę porządku. Moris mimo podeszłego wieku nie dał się namówić na odpoczynek. Znosił ścięte gałęzie i układał je starannie na stos. Potem była msza św. Był bardzo skupiony, uważny, choć wiek pozbawił go dawnej sprawności. Wojtek pomagał mu w liturgicznych czynnościach i przewracał kartki mszału. Gdy schodziliśmy przez las do asfaltowej drogi, Moris opierał się na moim ramieniu. Pamiętam jego dobroć i słowa, jakie wypowiedział w tej naszej ostatniej intymnej rozmowie.

Pod koniec życia choroba odebrała mu pamięć. Nie poznał mnie, gdy byłem w Izabelinie po raz ostatni. Jola zwróciła moją uwagę, że w dniu jego śmierci Kościół czytał w liturgii fragmenty mów pożegnalnych Jezusa (J 17,1-11) i św. Pawła (Dz 20,17-27). Święty Paweł mówił: „Lecz ja zgoła nie cenię sobie życia, bylebym tylko dokończył biegu i posługiwania, które otrzymałem od Pana Jezusa: bylebym dał świadectwo o Ewangelii łaski Bożej. Wiem teraz, że wy wszyscy, wśród których po drodze głosiłem królestwo, już mnie nie ujrzycie”.

Książkę o swoim życiu i o Małych Braciach Moris zatytułował słowami, które wypowiedział, składając śluby zakonne: „Z powodu Jezusa i Ewangelii”. To była dewiza jego życia.