Bardziej wierzę w wiejskie kobiety śpiewające pod kapliczką litanię niż w duchowe pieszczoty online.

Byłem niedawno w moim banku. Moja osobista – jak to się teraz mówi – doradczyni finansowa przywitała mnie takim oto komentarzem: „O, dawno już Księdza u nas nie było. Co się stało?”. „Jak to, co się stało? – odpowiedziałem. Przecież Państwo w tym banku robią wszystko, żeby do Was nie przychodzić. Mamy bankomaty, mamy wpłatomaty, mamy bankowość internetową. A za wszystkie transakcje gotówkowe u Was w kasie trzeba zapłacić prowizje. Więc po co przyjść? Wszystko mogę sobie załatwić w domu”. „No, ma Ksiądz rację…”. A przyszedłem, żeby zmienić konto, bo online się nie dało.

Logika internetu i automatyzacji jest nieubłagana. Im więcej potrzeb załatwisz online, tym mniejszą będziesz miał potrzebę, by zrealizować ja w realu. Niestety, badania pokazują, że zasada ta dotyczy także potrzeb religijnych.

Kiedy pisałem książkę habilitacyjną o transmisji Mszy Świętej w radiu i telewizji, francuski bp Jaques Gaillot – dziś mało znany, kiedyś niezwykle popularny – był już od kilku lat pozbawiony diecezji Évreux. Ale miał biskupstwo tytularne – Partenię leżącą gdzieś na terenie dzisiejszej Alegierii. Biskup przeniósł się więc do internetu i „założył” diecezję w sieci pod adresem partenia.org. Pisano o niej „Église sans frontières”, czyli „Kościół bez granic”. W 2000 roku wydano o biskupie książkę, a w jej tytule hasło „Église virtuelle”, czyli „Kościół wirtualny”.

Mam tę książkę. To była dla mnie w tamtym czasie niezwykle intrygująca lektura. Zawarto w niej wiele świadectw wiernych tej „diecezji”. Pisano, że to dobrze, że Kościół się przeniósł do sieci, że gdyby teraz przyszedł Jezus, to na pewno objawiłby się za pomocą internetu itd. To można było jeszcze zrozumieć. Ale pojawiły się ciekawsze kwestie: kiedy będą święcenia wirtualne, Msze, sakramenty. Proszono o udzielenie chrztu, pobłogosławienie związku małżeńskiego. Ktoś oczekiwał na odprawienie Pasterki, ale się bardzo rozczarował, bo Mszy w internecie nie było.

Partenia nie wzięła się znikąd. Msze były już transmitowane w radiu i telewizji od wielu lat. Teologiczna dyskusja na temat zasadności i warunków jej transmisji, a także odbioru i ewentualnego udziału w niej za pośrednictwem mas mediów, polskich wiernych i teologów ominęła, ale szeroko przetoczyła się przez Europę Zachodnią i Amerykę, angażując zresztą nie tylko katolików, ale także teologów protestanckich. Trudno streścić wielowątkową debatę w jednym akapicie, dość powiedzieć, że propozycje były różne: od uznania równoważności obecności fizycznej i duchowej, przez Msze św. nagrywane wcześniej jak teatr i rozsyłane do domów, aż po pomysł stawiania przed telewizorem chleba i wina, w celu elektronicznej konsekracji. Szczęśliwie, Kościół nigdy nie uznał, że obecność na odległość za pomocą medium jest tym samym, co obecności w danym miejscu i czasie, a chory nieobecny na Mszy nie zaciąga winy, nie oglądając jej na ekranie, bo faktycznie czyniłoby to obie czynności równoważnymi.

Interaktywność nigdy nie zastąpi fizycznej wspólnoty

Istotnym problemem była kwestia rozumienia wspólnoty. Z kim, z czym łączy się tele-uczestnik? Gdzie jest jego wspólnota, która tworzy Kościół? Były pomysły, aby tworzyć jedną parafię radiową czy telewizyjną, inni szli w kierunku turystyki religijnej. Jedni teologowie proponowali, by Komunię chorym przynosić w momencie, gdy ma ona miejsce „w telewizji”, inni – przeciwnie – że po Mszy w kościele parafialnym, aby ci często wyizolowani ludzie jednak czuli się związani z własną wspólnotą parafialną, a nie z medium. Internet daje nowe możliwości, jest o wiele bardziej interaktywny niż radio i telewizja, można połączyć transmisje z czatem, można udostępnić jakieś pliki, uruchomić dyskusję, a przynajmniej komentarze online. Są takie witryny, które oferują liturgię. Ksiądz (?) pisze „Pan z wami”, wystarczy kliknąć „I z duchem Twoim”. I tu trzeba by zapytać: z czym? Czy na pewno „z Twoim” pisanym wielką literą? Niestety, Jego miejsce zajmuje samo medium albo medialny człowiek, ksiądz, bywa że wręcz guru, wokół którego tworzy się tele- albo cyberwspólnota, która zaspokaja swoje zindywidualizowane gusta duchowo-religijne. A pasterz karmi swoje ego rosnącą ilością lajków i followersów. Po co iść do kościoła? Na nudne kazanie? Byle jaki śpiew? Znoszenie się nawzajem? Internet pozwala na wiele: zwłaszcza na włączenie się i wyłączenie, kiedy się chce, kiedy ma się ochotę, kiedy się ma dość, kiedy się (nie) podoba.

Bardziej wierzę w wiejskie kobiety śpiewające pod kapliczką litanię niż w pieszczoty duchowe online. Tamte tworzą realną wspólnotę ludzi z ciała i krwi – wszak jesteśmy religią Wcielenia, skupioną nie na księdzu-celebrycie i jego duchowych poruszeniach, a na postaci Matki Bożej i jej Synu, i modlą się kanoniczną jakby nie było formą modlitwy, która oddaje wiarę Kościoła. Tam jest prawdziwy, modlący się Kościół. Nie tam, gdzie się proponuje „Modlitwę Live na FB”. Interaktywność nie zastąpi wspólnoty. Żadna. Właśnie dlatego sam tak często pytam na FB: Byliście dzisiaj na majowym? Byliście na Gorzkich Żalach? Żebyście wiary nie sprowadzili do jej elektronicznej namiastki, która daje ciepło i przyjemność (i bezpieczeństwo wyłączenia się). Nie ma Kościoła bez fizycznej wspólnoty. Że mniej ekscytujące? Mniej karmiące osobiste gusta? Że nie rozczula tak jak lajkowanie? A kto powiedział, że ma rozczulać?

Zawsze można powiedzieć – to koronny najczęściej argument – że to ewangelizacja w sieci. To też trzeba umieć robić. Że to ewangelizacja pierwszego kontaktu? Oby nie ostatniego. Z sieci trzeba przejść do realu. Inaczej żadnej ewangelizacji nie będzie. Taki cyber-Kościółek można sobie uwić i uprawiać w nim ekstatyczną, pełną wzajemnego uwielbienia devotio electronica. Ale Kościół to nie bank. Żadne medium nie zastąpi w nim człowieka.