Dla chrześcijan ważniejsze byłoby podejmowanie wysiłków na rzecz budowania braterstwa pomiędzy ludźmi, aniżeli budowanie bazylik.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2004.

W czasach, w których żyjemy, naznaczonych przez poszukiwanie skuteczności i przez ducha konkurencji, życie kontemplacyjne prowadzone w świecie, połączone z  radykalnym dzieleniem warunków życia i pracy zwyczajnych, ubogich ludzi, może budzić zdziwienie i wywoływać szereg pytań: „jaki to ma sens?”, „czemu to służy?”.

Spróbuję odpowiedzieć na te pytania, zaczynając od wyjaśnienia, kim jesteśmy jako Mali Bracia Jezusa i na czym polega nasze życie. Chodzi o zupełnie nowe powołanie w Kościele. W naszym przypadku po raz pierwszy Kościół uznał (na prawie papieskim) zgromadzenie powołane do kontemplacji w świecie, zatwierdzając dla niego środki i warunki życia, które okazują się najczęściej przeciwieństwem tych środków, które dotychczas uważano za niezbędne dla wszelkiego tradycyjnego życia kontemplacyjnego, najczęściej – monastycznego.

U źródeł tego powołania odnajdujemy – jak niemal zawsze – powołanie konkretnej osoby i jej charyzmat. Karol de Foucauld, urodzony w 1858 roku w Strasburgu, zmarł gwałtowną śmiercią na Saharze w roku 1916. Jako młody oficer i majętny arystokrata uważał się za ateistę i szukał przede wszystkim rozrywek – co jednak nie było w stanie stłumić w nim poczucia niezadowolenia z życia ani pytań, które go drążyły. Uczestnicząc w walkach na Saharze algierskiej, spotkał się z głęboką wiarą i skupioną, regularną modlitwą żołnierzy muzułmańskich, co wywarło na nim głębokie wrażenie. „A jeśli Bóg istnieje?” – zadawał sobie pytanie, obserwując modlących się żołnierzy.

Po wielu przygodach, wśród których była też długa i niebezpieczna wyprawa do Maroka, wówczas zamkniętego dla Europejczyków, Karol de Foucauld nagle i w sposób radykalny nawraca się ku Osobie Jezusa i bardzo szybko decyduje się żyć jedynie dla Niego, z Nim, tak jak On. Wstępuje do trapistów, a następnie spędza trzy lata w Nazarecie, pracując jako służący u sióstr klarysek. Faktycznie były to trzy lata życia w milczeniu, na medytacji, adoracji, w zjednoczeniu z Bogiem – wtedy to opracowuje „Regułę życia” dla braci, których bardzo pragnie, a których nigdy się nie doczeka. W końcu zgadza się przyjąć święcenia kapłańskie i wówczas decyduje się przeżywać swoje powołanie pośród tych, którzy są najbardziej oddaleni od wiary chrześcijańskiej, a których już wcześniej poznał. Wraca do muzułmanów, na Saharę, do Algierii, gdzie przez 16 lat będzie żył na modlitwie, w przyjaźni i braterstwie ze wszystkimi.

Chce być bratem wszystkich, „bratem powszechnym”. Ostatnie 11 lat życia spędza wśród Tuaregów, w Hoggarze, zaangażowany we wszystko, czym oni żyją, ale samotny jako chrześcijanin, oddalony o 1200 km od najbliższej obecności chrześcijan. Właśnie tam został zabity przez obcych Tuaregów, przybyłych aż z Trypolitanii (dzisiejsza Libia), padając ofiarą odległych skutków toczącej się wówczas pierwszej wojny światowej.

Był samotny i choć bardzo tego pragnął, nie znalazł współbraci, którzy dzieliliby jego życie. Czyżby wszystko to miało zostać pogrzebane pod piaskiem pustyni i odejść w zapomnienie?

Jak w Nazarecie

Około 20 lat później  pierwsi mali bracia Jezusa, a także pierwsze małe siostry, opierając się na doświadczeniu życia brata Karola, na jego medytacjach i Regule życia, idą w jego ślady i zakładają pierwsze „fraternie” na pustyni. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej jest dla nich jasne, że trzeba podążać właśnie tą drogą życia kontemplacyjnego pośród ludzi, ale już nie tylko na pustyni i wśród muzułmanów, lecz wszędzie na świecie, dzieląc życie ubogich, a zwłaszcza tych, którzy ze względu na swe pochodzenie, religię lub sposób życia są najbardziej oddaleni od Kościoła.

W swoich medytacjach i propozycjach pisanych dla przyszłych braci brat Karol każdą swoją radę kończył, jakby refrenem, słowami, które wydawały mu się oczywiste:  „jak Jezus w Nazarecie!”. To nas angażuje w kontemplację całej tajemnicy miłości naszego Boga, który – w swoim Synu – zechciał stać się jednym z nas. Boga, który w tym celu wybrał nie tylko swój naród, ale i swoją rodzinę – bardzo prostą rodzinę pracującą własnymi rękami, i niepozorną mieścinę; podczas gdy mógł wybrać na przykład Jerozolimę i jakąś rodzinę uczonych w Prawie, faryzeuszy bądź kapłanów. Już ten wybór, zanim jeszcze przemówi wprost sam Jezus, odsłania nam sympatie i preferencje naszego Boga.

W swoim dzieciństwie i młodości właśnie w najprostszych realiach codziennego życia dostrzega Jezus obraz Królestwa Bożego, którego przyjście ma zapowiadać, i właśnie do tych dobrze wszystkim znanych przykładów będzie się odwoływał: zaczyn w cieście, zapalona lampa na stole, siewca, który wyszedł, aby siać, zatroskanie pasterza o zagubioną owieczkę i jego radość, kiedy ją odnalazł, maleńkie ziarenko gorczycy, które staje się ogromną rośliną, tak że ptaki niebieskie znajdują na niej schronienie itd.

Bóg wybrał  prostą rodzinę pracującą własnymi rękami, i niepozorną mieścinę; podczas gdy mógł wybrać Jerozolimę i jakąś rodzinę uczonych w Prawie. Już ten wybór odsłania nam sympatie i preferencje naszego Boga

Jesteśmy niemal pewni, że Jezus po swojej bar micwa, w wieku około 12 lat –  gdy był już traktowany jak dorosły – będąc synem rzemieślnika musiał zacząć pracować w domowym warsztacie. Tak więc, przyjmując, że miał około 30 lat w momencie swego chrztu, oznacza to, że wcielone Słowo Boże, Ten, który stworzył niebo i ziemię, przez około 18 lat pracował, aby zdobyć środki do życia, tak jak każdy człowiek ubogi z jego narodu. Czy nie zawiera się w tym dla nas jakiś istotny sens?

Po chrzcie w Jordanie Jezus udaje się na pustynię, aby tam przebywać sam na sam ze swoim Ojcem i zdać się bez reszty na Jego Ducha Miłości. W całkowitym skupieniu przygotowuje się do swojej misji i wówczas jest kuszony co do środków, jakich miałby użyć. „Książę tego świata” podsuwa mu środki spektakularne, które zaszokowałyby ludzi, i wtedy by uwierzyli! Ale Jezus je odrzuca i wraca do ludzi jako ubogi, z pustymi rękoma, ale za to z sercem pełnym miłości Ojca, którą pragnie nam objawić i którą pragnie nas obdarować – używać będzie w tym celu jedynie „środków ubogich”.

Na swoich współtowarzyszy wybiera ludzi prostych. Jego orędzie zadziwia, ale i chwyta za serce zwłaszcza ludzi prostych i ubogich: „Błogosławieni ubodzy, miłosierni, ci którzy płaczą, ci którzy pracują na rzecz sprawiedliwości i pokoju…”. Dlaczego właśnie oni są błogosławieni (szczęśliwi)? Ależ dlatego, że to Jezus jest z nimi, pośród nich, że On jest jednym z nich. A w Nim sam Bóg zbliża się do człowieka, staje wobec niego, aby z nim przebywać. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście… bo jestem cichy i pokorny sercem” (Mt 11, 28-29).

Przez całe swoje życie Jezus pozostaje „Jezusem z Nazaretu”. Aż po Gethsemani i krzyż na Golgocie, na którym wypisano właśnie to Jego imię. „Nazaret” wiąże się więc głęboko z tajemnicą Odkupienia, w której zbawienie jest ofiarowane wszystkim, i właśnie ta tajemnica Nazaretu stała się dla Karola de Foucauld nową drogą  podążania za Jezusem Chrystusem, nowym powołaniem w Kościele.

W jaki sposób konkretnie dotyczy to nas, małych braci Jezusa? Trzech-czterech braci tworzy małą wspólnotę zwaną „fraternią” (fraternité). Zamieszkują oni z zasady w jakimś prostym środowisku. Zależnie od kraju i różnych kultur, nasze małe wspólnoty mogą mieć różny styl życia. Taka mała wspólnota żyje trochę tak jak zwykła rodzina pośród innych rodzin. Staramy się być dla siebie prawdziwymi braćmi, którzy wszystko mają wspólne. Nie „współbraćmi”, ale po prostu braćmi. To braterskie życie jest otwarte na wszystkich, którzy nas otaczają, na każdego, z kim w sposób naturalny nawiązujemy kontakt, a więc na sąsiadów, kolegów z pracy itd.

Bracia pracują, jak zwyczajni ludzie, po to, by zarobić na swoje utrzymanie, ale zarazem jest to najbardziej naturalny, najprostszy sposób, by dzielić warunki życia i okazać swoją solidarność z tymi, którzy są po prostu zmuszeni do wykonywania ciężkiej i najczęściej nieciekawej pracy. Może to więc być praca robotnika w fabryce, w stoczni, mechanika samochodowego, ale również praca listonosza, salowego w szpitalu, czy różne zajęcia na wsi. Każdy stara się znaleźć pracę na miarę swoich sił i możliwości, ale zawsze taką, by pozwalała utrzymywać więź z innymi ludźmi pracy.

Jeśli chodzi o mnie, to jako cudzoziemiec i emeryt wykonuję przede wszystkim zajęcia domowe, a więc robię zakupy, gotuję, dbam o kontakty z sąsiadami. Robię wszystko, co jest niezbędne, aby nasza wspólnota funkcjonowała każdego dnia i była zdolna do przyjmowania gości. Wspólnota, do której należę, mieszka przy ulicy starych, odrapanych kamienic, znajdujących się w bardzo kiepskim stanie, a jest to w Warszawie ulica ciesząca się złą sławą z powodu problemów międzyludzkich i ekscesów, mających swoje źródło głównie w alkoholu. Skądinąd mieszkają tu też zwykłe rodziny, starające się żyć normalnie.

Jeśli chodzi o nasze kontakty z ludźmi, zazwyczaj sprawa jest bardzo prosta, a doświadczenie naszych braci i sióstr wszędzie, gdziekolwiek żyjemy na świecie, jest podobne. Na początku oczywiście ludzie są trochę zdziwieni: „O co tu chodzi? Kim oni są?”. Ale bardzo szybko ustalają się  proste i otwarte relacje. Często nawiązujemy nieco bliższy kontakt z kilkoma rodzinami i dzięki temu możemy dobrze poznać problemy, z którymi każdy się boryka. W ten sposób dzielimy radości, a także troski i kłopoty naszych sąsiadów. Naturalnie dzielimy też warunki ich życia i staramy się pomagać sobie wzajemnie – koniec miesiąca bywa niekiedy trudny! Wszyscy razem jesteśmy ubodzy. Wszystko jest proste – to nasz Nazaret!

Ta nasza zażyłość z ludźmi prostymi i dzielenie z nimi tych samych warunków życia pozwalają nam odkryć, że nie jesteśmy wcale lepsi od nich, ani odważniejsi, ani bardziej otwarci na dzielenie się. W pracy bądź w gościnie u naszych sąsiadów możemy stwierdzić, jak bardzo ludzie prości i ubodzy są zdolni do gestów, słów, które sięgają samej głębi serca. Pozwala nam to lepiej zrozumieć, dlaczego Jezus był często wzruszony w kontakcie z nimi. Nasi młodzi bracia są bardzo wyczuleni na ten aspekt naszego życia i szybko odkrywają, że właśnie taki sposób życia jest dla nas drogą nawrócenia. Drogą do lepszego zrozumienia Jezusa z Nazaretu i Dobrej Nowiny, którą On przyszedł nam oznajmić. Tą Dobrą Nowiną jest już to, że On, Jezus, jest obecny w samym sercu naszego życia.

Jest taka cząstka naszego życia, którą może mniej widać, kiedy się patrzy z zewnątrz, ale przecież jest ona czymś zupełnie podstawowym. To modlitwa. W naszych mieszkaniach zawsze jest jedno osobne pomieszczenie specjalnie urządzone jako kaplica, z obecnością Jezusa w Eucharystii. Ta kaplica jest zazwyczaj malutka, ale piękna i przytulna. Zbieramy się w niej kilka razy w ciągu dnia, na dłużej w niedzielę rano i każdego dnia po pracy i po obiedzie, podczas którego dzielimy się między sobą tym, co przeżyliśmy danego dnia. Po odświeżeniu się i krótkim odpoczynku  celebrujemy Mszę świętą, a potem następuje godzina adoracji w milczeniu przed Najświętszym Sakramentem, wystawionym w bardzo prosty sposób. Później możemy jeszcze powrócić do tej adoracji w ciągu nocy, zwłaszcza gdy przebywamy w małych pustelniach, które każda wspólnota stara się urządzić w jakimś odosobnionym miejscu. Niekiedy do naszej modlitwy dołączają się przyjaciele, którzy potem zostają na kolację i chwilę swobodnej rozmowy.

Bóg wybrał Nazaret, Jezus wybrał środki ubogie, a my – co wybierzemy?

Z pewnością można wyróżnić te dwa aspekty naszego życia: w pracy czy u sąsiadów oraz na modlitwie, ale te dwa aspekty  wewnętrznie się łączą w jednym i tym samym powołaniu i wzmacniają się wzajemnie. Mały brat jest oddany kontemplacji zarówno w pracy, jak i w kaplicy, i jest on także w najgłębszym sensie człowiekiem prostym i ubogim tak w kaplicy, jak i w pracy. Osoby, z którymi jesteśmy związani życiem i pracą, są w jakiś sposób obecne także w kaplicy, przed Bogiem, albowiem są one jakby wyryte w naszym sercu, w naszej pamięci, w tym samym fizycznym zmęczeniu. Wiemy również, dzięki wierze, że w miarę naszego wiernego trwania na  modlitwie w wewnętrznym milczeniu Bóg odmienia nasze serca, czyniąc je bardziej braterskimi, rozumiejącymi i współczującymi dla tych, z którymi żyjemy, pracujemy, dla tych, których spotykamy. W ten sposób dzięki łasce, nie mając nawet pełnej świadomości tego, czego ona w nas dokonuje, mamy nadzieję stawać się – na naszą miarę – świadkami Boga wobec ludzi i świadkami tych ludzi przed Bogiem.

Kiedy zadaje nam się pytanie, czy żyjąc w ten sposób wywieramy jakikolwiek wpływ na tych ludzi, bądź – jaki sens ma takie życie? – nie bardzo wiemy, co odpowiedzieć. Życie kontemplacyjne ze swej istoty jest dziełem wiary i miłości i nie zajmuje się kwestią skuteczności. Brat Karol z pokorą przyznawał, że w swoim życiu nawrócił być może tylko jedną starą kobietę, czarną niewolnicę z Sahary, którą wykupił od jej muzułmańskich właścicieli. A przecież jego życie i duchowość głęboko naznaczyły wielu chrześcijan i nawet biskupów, od Japonii po Amerykę Łacińską! Moglibyśmy także zadać pytanie – jaki sens miało tamte trzydzieści lat przeżytych przez Jezusa w Nazarecie z Maryją i Józefem, kiedy byli zwyczajną rodziną pośród innych?

Braterstwo

Patrząc na świat taki, jaki jest dzisiaj – także w Polsce, która bardzo się zmieniła przez ostatnie lata – spróbowałbym zastanowić się nad dwoma czy trzema aspektami  duchowości życia kontemplacyjnego w świecie. Chodzi tutaj bowiem o wartości ewangeliczne, które mogą nam pomóc w naszym życiu chrześcijan, w Kościele, ale także w dzisiejszym społeczeństwie.

Podstawową wartością, którymi staramy się żyć we wspólnocie, ale także z tymi, z którymi stykamy się i pracujemy, jest braterstwo. Być braćmi jedni dla drugich. Taki sposób bycia i traktowania innych przekształca międzyludzkie stosunki.

Dlaczego jest to dla nas takie ważne, że chcemy być i pozostawać braćmi równymi między sobą, młodszymi braćmi przełożonego generalnego? Ponieważ sam Jezus dał nam pod tym względem przykład i zalecił to nam: „Wy wszyscy braćmi jesteście… jeden bowiem jest Ojciec wasz…” (Mt 23, 8-9). Sam Jezus zechciał być naszym bratem. Stał się podobny do nas, aby uczynić z nas swoich braci: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego… ten Mi jest bratem, siostrą i matką” (Mt 12, 49). On nam pokazał, jak mamy być braćmi między sobą: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich…” (Mt 25, 40). Powiedział też do Marii Magdaleny rankiem po swoim Zmartwychwstaniu: „Udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i do Ojca waszego»” (J 20, 17). Również Karol de Foucauld lubił mówić: „Mój Umiłowany Brat i Pan Jezus!”.

W społeczeństwie, w każdej wspólnocie, każdy ma swoją rolę, każdy powinien być sobą, są też osoby odpowiedzialne. W Kościele są księża dla zaspokajania potrzeb wspólnoty. Ale wszyscy w Kościele przede wszystkim powinni być braćmi, prawdziwymi braćmi jedni dla drugich. Wszyscy powinni mieć możliwość czuć się uznani i zaakceptowani. Nie zawsze jest to oczywiste i łatwe, ale jest to sprawa niezwykłej wagi. Dlatego przywiązujemy takie znaczenie do tego wezwania do „bycia braćmi”, jakie otrzymaliśmy od Jezusa.

Na pewno powołania w Kościele są różnorodne i wzajemnie się uzupełniające. Reformy, które nastąpiły po Soborze, wyprostowały wiele rzeczy niekiedy zdumiewających w zgromadzeniach zakonnych. Wciąż jednak ten, który w domu zakonnym nazywany jest „bratem” – z wyjątkiem osób odbierających dopiero formację zakonną – jest często traktowany przez ludzi jako ten, który „nie mógł zostać ojcem”, ponieważ nie odbył wystarczających studiów. Jest więc do posługiwania innym i ludzie uważają go za coś w rodzaju służącego całej wspólnoty. Natomiast „ojcowie” otaczani są czcią. Tymczasem nie ma sprzeczności między byciem ojcem i byciem bratem.

Powinniśmy zwłaszcza zawsze pamiętać, że Jezus pragnął uczynić z nas swoich braci i że On sam przedstawiał się jako Ten, który służy. Właśnie to jasno wyraził podczas Ostatniej Wieczerzy, umywając nogi apostołom. Wiemy o tym, że pierwsi chrześcijanie mieli zwyczaj przede wszystkim mówić do siebie „bracia – siostry”. Pamiętajmy o tym! „Wszystko mieli wspólne”. To była prawdziwa solidarność. Uznawać siebie wzajemnie za braci i siostry, synów i córki tego samego Ojca. W tym właśnie jest znak obecności Królestwa Bożego między nami i tego, że naprawdę jesteśmy wszyscy dziećmi Bożymi.

Dzielimy warunki życia okolicznych mieszkańców i staramy się pomagać sobie wzajemnie – koniec miesiąca bywa niekiedy trudny! Wszyscy razem jesteśmy ubodzy. Wszystko jest proste – to nasz Nazaret!

Nasi młodzi bracia zauważają, zarówno w pracy, jak i w kontaktach z ludźmi na terenie naszej dzielnicy, że – aczkolwiek jesteśmy dość specyficzni z racji naszego stanu i stylu życia – jesteśmy z łatwością akceptowani i traktowani na równi z innymi. Dlaczego tak się dzieje? Otóż chcemy po prostu być przede wszystkim braćmi dla każdego. Dlaczego żyjemy wmieszani między zwykłych ludzi, dlaczego wybieramy ten rodzaj pracy? Właśnie po to, by być braćmi wszystkich ludzi. Oczywiście nie zawsze jest to łatwe, ponieważ bardzo często wymaga to od nas wysiłku, abyśmy zmienili nasze spojrzenie i nasze serce i abyśmy patrzyli na drugich tak, jak Jezus na nich patrzy i abyśmy ich kochali tak, jak Jezus ich kocha – bo każdy człowiek jest kochany przez Boga.

Jezus wzywa nas do dzielenia się z innymi, abyśmy byli bardziej wolni. Wiemy bowiem dobrze, że to żądza posiadania i dominacji, zazdrość i pycha przeszkadzają nam w nawiązaniu braterskich relacji między sobą. Właśnie to pragnienie braterstwa powoduje, że ciągle próbuję otwierać się na drugich i zmieniać swoje spojrzenie na tych, którzy są inni niż ja. To pragnienie powinno przekładać się na czyny. To właśnie ono sprawia, że żyjąc w społeczeństwie, nie będę rywalizował z innymi za wszelką cenę, nie będę niszczył innych dla wykazania swojej racji. To ono sprawia, że będę starał się naprawdę zrozumieć drugiego, jakiekolwiek byłyby jego poglądy polityczne czy religijne.

Pragnienie braterstwa sprawia, że staramy się być pozytywnie nastawieni do innych. Uwalnia nas ono także od lęku przed innymi i od samotności, od zamykania się w sobie. Tym bardziej w Kościele, pomiędzy chrześcijanami. Skoro Jezus jest „moim Umiłowanym Bratem i Panem”, to w takim razie ja – mały brat, zupełne nic – mogę traktować na przykład samego biskupa jako mojego brata. Proboszcz, który odprawia nabożeństwo w swoim kościele i który niekiedy może się wydawać oficjalny i daleki, jest przede wszystkim jednym z braci, celebrującym dla innych i z innymi. Biedna kobieta zamiatająca ulicę jest także moją siostrą.

Braterstwo z innymi stwarza w nas komunię, pewnego rodzaju równość, jak również prawdziwą solidarność, zbudowaną na wierze i braterskiej miłości, co nas wewnętrznie uwalnia od naszych lęków przed innymi i sądów o innych, zawsze grożących tym, że się zamkniemy przed innymi i odetniemy od nich. Wydaje się więc, że – w świetle Ewangelii – dla chrześcijan ważniejsze byłoby podejmowanie wysiłków na rzecz budowania braterstwa pomiędzy ludźmi, aniżeli budowanie bazylik. Na szczęście, nie ma sprzeczności między jednym a drugim!

Ubóstwo

„Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” (Mt 6, 21). Inną wartością w oczach Jezusa, na którą uwrażliwia nas życie kontemplacyjne pośród tych, którzy są bez imienia i bez wpływów na tym świecie, tu i teraz, jest ubóstwo. Mówienie o ubóstwie jako wartości może się wydawać czymś dziwnym, a jednak nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Jezus wybrał ubóstwo. On kochał ludzi ubogich, utożsamiał się z nimi i spośród nich wybrał swoich uczniów.

„Błogosławieni ubodzy…” – powiedział Jezus. Był jednym z nich i mógł ich zrozumieć od środka. W chwili kuszenia na pustyni Jezus odrzucił bogate, spektakularne środki, a wybrał to, co możemy nazwać „środkami ubogimi”: miłość, która przyjmuje i wysłuchuje, miłosierdzie i współczucie, dar z siebie. „Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego” (Mt 19, 23). Jego serce łatwiej zamyka się na braci. Franciszek z Asyżu, Karol de Foucauld i tylu innych zostało doprowadzonych do wyboru ubóstwa w konsekwencji ich miłości do Jezusa. Ubóstwo jest więc wybierane i przeżywane z miłości, jest oderwaniem się ze względu na Tego, który uwalnia nas wewnętrznie. Jednakże społeczeństwo i Kościół powinny czynić wszystko, aby przyjść z pomocą ludziom najbardziej opuszczonym i skrzywdzonym oraz poprawić warunki ich życia.

W naszym społeczeństwie stoimy obecnie w obliczu trudnej sytuacji z powodu stale rosnącej przepaści między bogatymi a biednymi i z powodu strasznego kontrastu między bogatymi, „wyczynowymi” środkami, jakimi dysponują niektórzy ludzie, a „ubogimi środkami” ludzi biednych. Różnice w warunkach życia są krzyczące. Wielu ludzi zostało zredukowanych do roli widzów spektaklu bogacenia się innych i czują się odrzuceni, sami zmagając się z trudnościami, by zwyczajnie przeżyć z dnia na dzień. Ta przerażająca nierówność, która stale się pogłębia, a która występuje zarówno u nas, jak i wszędzie na świecie, w tym także w krajach zwanych bogatymi, pociąga za sobą upokarzające i odczłowieczające ubóstwo, które rani Ciało Chrystusa.

Kościół jest więc postawiony przed istotnymi pytaniami dotyczącymi ubóstwa, ponieważ Chrystus sam utożsamił się z potrzebującymi. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 30). Z pewnością we wszystkich czasach było wielu zakonników, zakonnic i innych, którzy angażowali się w służbę ubogim. Dzisiaj mamy siostry Matki Teresy, a także innych.

W następstwie Soboru Watykańskiego II dokonała się w świecie nadzwyczajna ewolucja. Bardzo wiele osób zakonnych zrozumiało, że trudno byłoby im dłużej głosić ewangeliczne ubóstwo, pojmowane w sensie wewnętrznym i indywidualnym, zamieszkując jednocześnie w komfortowych warunkach w wielkich klasztorach, nie odczuwając przy tym rażącej różnicy ze stylem i warunkami życia ludzi ubogich, którzy ich otaczają, i nie mając pojęcia o tym, czym są dla zwyczajnej pracowniczej rodziny problemy z przeżyciem do końca miesiąca.

Można tu przywołać doświadczenie Karola de Foucauld, wówczas trapisty, żyjącego w najuboższym domu zgromadzenia na terenie Syrii. Przełożony posłał go pewnego razu do rodziny mieszkającej w sąsiedztwie, aby pomodlił się przy zmarłym, który był zatrudniony w klasztorze jako robotnik i zginął w wypadku. Karol de Foucauld napisał wówczas: „Jesteśmy ubodzy w oczach innych mnichów, ale to nie ma nic wspólnego z ubóstwem biednych robotników”. Z pewnością można kłaść nacisk na wewnętrzne ubóstwo każdego chrześcijanina, ale musi to również przekładać się na czyny, w przeciwnym razie grozi nam bowiem niebezpieczeństwo, że zatrzymamy się na poziomie uczuć.

Papież Jan Paweł II powtarza za biskupami Ameryki Łacińskiej ważne słowa, mówiąc o „uprzywilejowanej opcji Kościoła na rzecz ubogich”. Nie wystarczy, by Kościół mówił, że kocha ubogich, że jest Kościołem ubogich, bądź – co jest tradycją od starożytności – że „ubodzy są skarbem Kościoła”, aczkolwiek już to samo jest czymś wspaniałym. Kontemplując życie Jezusa i pod działaniem Ducha Świętego, Kościół, Oblubienica Chrystusa i Lud Boży, pojmuje, że musi również być Kościołem ubogim – jak Jezus z Nazaretu.

Kościół stoi więc w obliczu bardzo ważnych wyborów – konkretnie stają przed nimi poszczególni chrześcijanie, a zwłaszcza przedstawiciele Kościoła instytucjonalnego. Bóg wybrał Nazaret, Jezus wybrał środki ubogie, a my – co wybierzemy? Poziom życia tych, których Jezus nazwał swoimi braćmi? Czy też pozwolimy się ogarnąć dążeniom, które proponuje duch tego świata: widzialnej skuteczności, zaszczytom i władzy?

Kościół przeżywa bardzo różne sytuacje w zależności od społeczeństwa i kraju, w jakim się znajduje. Jak pokazuje doświadczenie, gdy Kościół jest ubogi, jest też najbardziej wiarygodny. Polacy mogliby na przykład poznać Kościół w Algierii, Kościół bardzo ubogi w powołania, pozbawiony środków działania i wolności. Kościół cierpiący – biskup, zakonnicy i zakonnice zabici, siedmiu mnichów naraz. Ten Kościół zachował godność, braterskie nastawienie do wszystkich, otwartość. Ten Kościół służebny wymusza podziw i przyjaźń muzułmańskiego narodu, który mu je okazuje. Przyszłość Kościoła i cała reszta są w rękach Boga.

W Polsce nasi młodzi bracia są często zdziwieni antyklerykalizmem, z jakim spotykają się u swoich kolegów z pracy, nawet tych, którzy się określają jako praktykujący – przy czym nie jest to skierowane przeciwko samym braciom, ponieważ oni dzielą z kolegami te same warunki życia i pracy. Zasadnicze pretensje, jakie się pojawiają, dotyczą najczęściej braku ubóstwa księży (inna sprawa, na ile są one uzasadnione).

Czyż nie cały Kościół zaproszony jest do naśladowania Jezusa z Nazaretu? Kościół również – tak jak Jezus – może się znaleźć w obliczu pokusy: jakie środki wybrać, by żyć i głosić orędzie, którego przekazywanie jest jego misją? Czy możemy wybrać inną drogę i inne środki niż te, które zostały wybrane przez Jezusa? Wielkość i piękno Kościoła nie polegają na wspaniałości jego budowli, ale na miłości do ubogich, którzy są „skarbem Kościoła”.

Pod tym względem nasza sytuacja jako małych braci Jezusa jest o wiele prostsza, ponieważ nie prowadzimy duszpasterstwa ani żadnych dzieł, jesteśmy natomiast zobowiązani do dzielenia życia zwykłych ludzi. Całym naszym życiem i wszystkimi aspektami naszego powołania kontemplacyjnego mamy uczestniczyć w tej misji Kościoła, z którą czujemy się solidarni. Wiemy dobrze, iż Kościół do wypełniania swojej misji potrzebuje różnych środków, a osoby odpowiedzialne w Kościele muszą je oceniać i dobierać ich charakter.

Życie kontemplacyjne ze swej istoty jest dziełem wiary i miłości i nie zajmuje się kwestią skuteczności

Braterstwo i ubóstwo są w Kościele ważne, bowiem mają swoje korzenie w Osobie, nauczaniu i czynach Jezusa. Wielcy nawróceni, jak Franciszek z Asyżu, jak Karol de Foucauld, pomagają nam powrócić do Ewangelii. Oni zdystansowali się wobec panowania pieniądza i posiadania władzy, aby pójść w ślady Jezusa Chrystusa, ubogiego i pokornego, otwartego na wszystkich, wzywającego nas, abyśmy razem byli ludem braterskim i zyskali dzięki temu wolność wewnętrzną i radość, ubóstwo z powodu Jezusa i Ewangelii jest bowiem źródłem wolności i radości.

Prawdziwe odrodzenie Kościoła może się dokonać jedynie na drodze głębokiego spotkania między Jezusem i Ewangelią z jednej strony, a historią i ludzkim życiem z drugiej. Życie zwykłych ludzi odgrywa wielką rolę, to w sercach ludzi ubogich, uciskanych, tych co cierpią i uginają się pod jarzmem ciężkiej pracy, rodzi się bowiem wołanie – często źle sformułowane – o więcej sprawiedliwości i braterstwa, o poszanowanie wartości, które oni właśnie w sobie noszą. Bóg słyszy i wysłuchuje głosu biedaka! Mężczyźni i kobiety oddani modlitwie, sami zanurzeni w życiu zwykłych ludzi, potrafią być może lepiej to wszystko zrozumieć i próbować przeżywać w sobie to odrodzenie.

Kontemplacja

Nie może być powrotu do Ewangelii bez pokornego poddania się działaniu Ducha Świętego, bez życia w zjednoczeniu z Bogiem w ukryciu serca. Dlatego na zakończenie pragnę powrócić do aspektu, który jest o wiele bardziej dyskretny, niemniej całkowicie niezbędny, do kontemplacji w samym środku ludzkiego życia. Chodzi o modlitwę w milczeniu, zjednoczenie z Bogiem, adorację, modlitwę wewnętrzną.

W naszym chrześcijańskim świecie mówi się oczywiście dużo o modlitwie. Praktykujący chrześcijanie przyzwyczajeni są do modlitwy liturgicznej w życiu parafialnym. Jezus z Marią i Józefem, jako dobrzy Żydzi, stosowali się zawsze wiernie do rytów modlitwy żydowskiej. Widzimy to od Ofiarowania w Świątyni aż po Ostatnią Wieczerzę. Ale tutaj chciałbym mówić o innym aspekcie modlitwy. Otóż kiedy sam Jezus mówi nam o modlitwie lub kiedy Ewangelia mówi nam o modlitwie Jezusa, zawsze chodzi o te momenty, kiedy wieczorem, nocą lub wczesnym rankiem Jezus oddalał się, aby w samotności i w tajemnicy swego wnętrza modlić się do Ojca. Twarzą w twarz, sam na sam, w zjednoczeniu serc. Szczególnie wtedy, gdy przygotowywał się do czegoś ważnego, na przykład do wyboru apostołów.

Jezus daje nam wiele zaleceń dotyczących modlitwy. I tak zaleca nam pokorę (na wzór celnika), bycie prawdziwym (Bóg zna nas lepiej niż my sami), modlenie się nieustanne, ale nie wielosłowie: „nie bądźcie gadatliwi jak poganie” (Mt 6, 7). Nakazuje nam iść najpierw pojednać się z naszym bratem, jeśli „coś” jest między nami (zob. Mt 5, 23-24). Uczy nas modlitwy „Ojcze Nasz…”. Wreszcie zachęca, abyśmy się zagłębili w siebie i abyśmy zjednoczyli się z Bogiem w ciszy naszego serca – co On sam praktykował, jednocząc się ze swoim Ojcem. „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca Twego…” (Mt 6, 6). Chodzi tutaj o całkowite zdanie się na Boga w akcie zawierzenia i miłości oraz przyjęcie Go w głębi serca, gdzie On już jest i dokąd nas zaprasza. „Wytrwajcie w miłości mojej!… Wytrwajcie we Mnie, a Ja w was” (J 15, 4-15).

Chodzi więc o to, aby się skupić w milczeniu, aby wejść w głąb naszego serca i tam zjednoczyć się z Bogiem – Ojcem, Synem i Duchem Świętym – który jest w nas. „Jeśli Mnie kto miłuje… Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego i będziemy u niego przebywać” (J 14, 23). W najgłębszej tajemnicy naszej duszy Ojciec miłuje Syna, Syn miłuje Ojca i Oni nam dają swego Ducha Miłości, który sprawia, że stajemy się uczestnikami życia Bożego.

Modlitwa może mieć wiele postaci: adoracji, uwielbienia, orędownictwa, przebłagania. Jest ona niekiedy po prostu miłosną obecnością w milczeniu i pokoju, a czasem oczekiwaniem w oschłości serca… Wszystko dokonuje się wewnątrz duszy, przy użyciu bardzo niewielu słów wypowiadanych w myśli. Jak wielką tajemnicą jest ta miłość Boga dla nas! Bóg przedwieczny, Stwórca wszystkiego, co jest, pragnie, abyśmy Go miłowali, abyśmy oddawali Mu się całym sercem na modlitwie. Jak daleko jesteśmy od formułek wyuczonych na pamięć i pospiesznie recytowanych wargami!

Nie bójmy się określenia „życie mistyczne” – chodzi tu po prostu o życie Ducha Świętego w nas. Nie jest ono zarezerwowane dla tych, co żyją w Karmelu bądź w innych klasztorach. Jest dostępne dla każdego chrześcijanina i wielka szkoda, że chrześcijanie nie są wspomagani na tej drodze. Widzimy, jak trudno pozostawać w ciszy, trwać w milczeniu, nawet w kościołach. Wiele osób ubolewa z powodu braku możliwości skupienia się w trakcie nabożeństwa, gdzie trzeba bez przerwy śpiewać, recytować… niekiedy nawet podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu.

Kiedy zaczynamy trwać w milczeniu przed Bogiem i z Bogiem, unikajmy wpatrywania się w samych siebie: nie chodzi bynajmniej o to, byśmy się analizowali. Trzeba umieć być czujnym, umieć czekać – to w delikatnym powiewie Bóg dał odczuć swoją obecność prorokowi Eliaszowi. Trzeba się starać być wewnętrznie wolnym, umieć trwać w prawdzie przed Bogiem i poddać się oczyszczeniu pod Jego pełnym miłosierdzia spojrzeniem: „Panie, nie jestem godzien, ale powiedz tylko słowo, a będę uzdrowiony”.

Jeśli pojawiają się w pamięci jakieś osoby bądź sytuacje, trzeba je po prostu powierzyć Bogu. Wówczas najłatwiej może zrodzić się jedność między obecnością Bożej miłości w modlitwie i obecnością w nas tych wszystkich, z którymi jesteśmy związani, tych, z którymi żyjemy lub pracujemy, tych, którzy przeżywają trudności. Wszystko to przedstawiamy Bogu w naszym sercu i Duch może nasze serce przemieniać, aby uczynić zeń serce bardziej braterskie, bardziej współczujące. Modlitwa zjednoczenia z Bogiem i miłość braterska są w naszym sercu istotnie związane i umacniają się nawzajem. Można powiedzieć – są w interakcji.

Tak oto wracamy do źródła życia braterskiego i błogosławieństwa ubogich. Czy rozświetla to nam nieco najgłębszą rację bytu życia kontemplacyjnego na ludzkich drogach?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2004.