Kardynał Nycz spojrzał w oczy protestującym, pomodlił się z nimi, wysłuchał ich historii. Jeśli dzięki temu poczuli się pocieszeni, jego sobotnia wizyta w Sejmie nie była pusta, spóźniona i bezowocna.

W ubiegłą sobotę – w 25. dniu protestu osób niepełnosprawnych, ich rodziców i opiekunów – do Sejmu przyszedł metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz.

Spotkanie kardynała z protestującymi wywołało w internecie fale sarkazmu i złośliwości. Krytycy wyśmiewali się z faktu, że kard. Nycz potrzebował prawie miesiąca, by – jak sam mówił – zrozumieć „na czym polega problem osób niepełnosprawnych”; że jedynie zapewnił protestujących o swojej modlitwie, ale już nie zaproponował mediacji ze stroną rządową lub finansowego wsparcia z Caritasu.

Nie można przywołanym powyżej głosom odmówić pewnej zasadności. Tyle tylko, że – mam wrażenie – często krytyka stawała się zwykłym malkontenctwem potęgowanym niechęcią wobec samego kardynała, a jeszcze bardziej – stylu działania kościelnych hierarchów. Gdzieś po drodze umykały stare proste zasady: „lepiej późno niż wcale” i „lepiej zrobić niewiele, niż siedzieć z założonymi rękami”.

Można się z kardynałem Nyczem nie zgadzać w wielu kwestiach, ale warto docenić konkretny gest (zwłaszcza jeśli jego styl działania nie zakłada efektownych rozwiązań). Podobnie pochwaliłbym na przykład abpa Marka Jędraszewskiego lub Jarosława Kaczyńskiego, gdyby tylko zdobyli się na podobny krok, mimo że przecież w bardzo wielu kwestiach mi z nimi nie po drodze.

Chcę wierzyć, że po wizycie kościelnego dostojnika w Sejmie potok słów bezdusznie rzucanych w stronę zdesperowanych rodzin zostanie choćby odrobinę zahamowany

Poza tym, jeszcze za wcześnie, by wyrokować o efektach wizyty. Być może nie będzie jednak bezowocna. Pamiętajmy, że ci z polityków prawicy, którzy krytykują protestujących i obrażają ich, to katolicy. Chcę wierzyć, że po wizycie kościelnego dostojnika w Sejmie potok słów bezdusznie rzucanych w stronę zdesperowanych rodzin zostanie choćby odrobinę zahamowany.

W sprawie tej łatwo może nam umknąć jeszcze jeden, niezwykle istotny aspekt. Otóż, znaczna część protestujących osób niepełnosprawnych i ich rodziców jest już fizycznie i psychicznie wyczerpana funkcjonowaniem w prowizorycznych, sejmowych warunkach. Wystarczy posłuchać ich telewizyjnych wypowiedzi, by przekonać się, jakie znaczenie miała dla nich w tym kontekście sobotnia wizyta kościelnego hierarchy. – Zrozumiał, że chodzi nam o osoby chore od urodzenia. Pytał o zdrowie – mówili protestujący, relacjonując 45-minutowe spotkanie bez udziału kamer. – Kardynał nas wysłuchał, to było fajne. Pierwsza osoba po panu prezydencie, która nas wysłuchała – relacjonowali inni. – Bardzo się cieszymy, że jest poparcie ze strony Kościoła. To pokazuje, że Kościół się teraz obudził i nas wspiera oraz że będzie robił wszystko, by było nam tutaj lżej – dodawała jedna z protestujących mam.

Kardynał Nycz nie odwiedził zatem protestujących jako ten, który byłby w stanie zaradzić ich problemom. Zamiast tego spojrzał im w oczy, pomodlił się z nimi i za nich, wysłuchał ich historii. Jeśli dzięki temu poczuli się pocieszeni, sobotnia wizyta w Sejmie nie była wcale pusta, spóźniona i bezowocna.

Przyzwyczajeni do praktycznych działań powinniśmy chyba jednak w większym stopniu doceniać znaczenie małych gestów empatii, zwłaszcza jeśli dzisiaj są one towarem deficytowym. Zwykła ludzka bliskość nie zbawi świata, ale może być wyrazem solidarności z tymi, których los nie oszczędza.

„Wiem, że najdrobniejsze sprawy i codzienne starania zwykłych ludzi trzymają mrok w ryzach. Najzwyklejsze przejawy dobroci i miłości” – mówił Gandalf w pierwszej części filmowej trylogii „Hobbita” Petera Jacksona. Może to właśnie zrozumiał kardynał Nycz, idąc sejmowym korytarzem w kierunku protestujących.