Praca w Trójce, której przez lata oddawałem się z przyjemnością, nigdy nie licząc godzin, przesiedzianych w radiu czy przed komputerem w domu, zmieniła się z początkiem 2016 roku w ponury koszmar.

Pewien mój znajomy na wieść o potwierdzeniu w II instancji wyroku, uznającego wyrzucenie mnie z Polskiego Radia za niezgodne z prawem, stwierdził, że teraz powinienem spisać i opublikować swoją historię. Dziennikarzy, którzy za sprawą tzw. „dobrej zmiany” przeżyli podobne wydarzenia, jest w całej Polsce około dwustu, nie mam więc poczucia, że będę opowiadał o czymś szczególnie oryginalnym. Ale myślę, że słuchaczom Trójki to się należy.

W 2010 roku starcie z egzotyczną kryptokoalicją PiS-SLD, która próbowała przejąć media publiczne, wygraliśmy, w mojej ocenie, tyleż dzięki zjednoczeniu się zespołu, co… przypadkiem. Przegrana Jarosława Kaczyńskiego z Bronisławem Komorowskim w wyborach prezydenckich wzmocniła obóz PO, co było dla nas korzystne, bo w odróżnieniu od wspomnianej koalicji, która odpowiadała za zamieszanie przy Myśliwieckiej, PO lekceważyła w gruncie rzeczy media publiczne. Miało to tę wadę, że nie mogliśmy liczyć na finansowe i strukturalne wzmocnienie tych mediów; ale i tę zaletę, że nie musieliśmy się z tej strony obawiać „ręcznego sterowania”. Ponieważ prezydent Komorowski odegrał podobno jakąś rolę przy wyborze nowego, życzliwego Trójce prezesa Polskiego Radia, wykonaliśmy jeden lub dwa gesty o charakterze podziękowania (jak zaproszenie prezydenta na otwarcie Alejki Trójki; akcji „Orzeł Może” nie liczę, tłumaczyłem już tu kiedyś, że jej „proprezydencki” charakter był efektem naszego braku wyobraźni i skutecznej akcji reinterpretacyjnej, podjętej post factum przez prawicę).

Nie byłem entuzjastą tego zbliżenia, ale rozumiałem jego logikę: kogoś silniejszego trzeba się było trzymać, urząd prezydencki był relatywnie najmniej złym umocowaniem, teoretycznie odsuniętym (trochę) od bieżącej walki partyjnej. Przecież siedzieliśmy na wulkanie, wygasłym tylko chwilowo. Ta świadomość towarzyszyła mi aż do grudnia 2015; potem, jak wiadomo, wulkan wybuchł.

Już pięć lat wcześniej wiadomo było, że ustawa o radiofonii i telewizji z 1993 roku nie chroni dziennikarzy przed politykami, jeśli ci są bardzo zdeterminowani, żeby podporządkować sobie media publiczne. Próbowaliśmy w Trójce temu zaradzić, przygotowując jesienią 2011 własny projekt nowej ustawy, a nawet dwóch – bo za radą zaprzyjaźnionych prawników opracowaliśmy specjalną ustawę, poświęconą wyłącznie procedurze przeciwstawiania się „ręcznemu sterowaniu”, na podobieństwo ustawy przeciwdziałającej zmowie handlowej. Z oczywistych względów wizerunkowych nie mogliśmy naszego projektu wysyłać do Sejmu przez klub parlamentarny PO (inna sprawa, czy PO byłaby tym w ogóle zainteresowana; ich lekceważenie tej sprawy chwilami po prostu odbierało dech w piersiach). Ale żeby zrobić z tego projekt społeczny i zebrać wymaganą liczbę podpisów, musielibyśmy wykorzystać naszą antenę, a na to nie zgodził się Zarząd Polskiego Radia. W ten sposób efekty naszej pracy poszły na śmietnik, a nam pozostało czekać na katastrofę.

Po podwójnym zwycięstwie PiS-u w wyborach prezydenckich i parlamentarnych pierwszą (nieprzypadkowo, moim zdaniem) kwestią, jaką zajęła się partia rządząca, były zmiany w mediach publicznych. W tym momencie napisałem dla „Tygodnika Powszechnego” artykuł – był styczeń 2016 – dość proroczy, jak sądzę (można sprawdzić). Stwierdzałem tam: „Celem dziennikarza nie jest (…) przekonanie odbiorcy – nie jest więc naszym zadaniem zapewnienie «odpowiedniej komunikacji z wyborcami» ani «wyjaśnianie kolejnych decyzji rządu», co postulowała w «Naszym Dzienniku» pani poseł Barbara Bubula. To jest przecież wyobrażenie o roli mediów rodem z epoki Gierka!”.

Bardzo krótko po opublikowaniu tego tekstu ze stanowiska dyrektora Trójki została zdymisjonowana Magda Jethon. Mam nadzieję, że następne zdania mi wybaczy: czas był taki, żeby ograniczyć sentymenty i myśleć racjonalnie. Było oczywiste, że w nowym rozdaniu Magda jest „na odstrzał”. Gdyby Zarząd cenił to, co udało się Trójce pod jej kierownictwem zrobić, zostawiłby na stanowiskach 2/3 triumwiratu, czyli Ankę Krakowską i Ankę Burzyńską, dokładając do nich kogoś sensownego. Ale jedna, a wkrótce i druga zostały przeniesione na inne, podrzędne stanowiska, z dala od Myśliwieckiej, i dano im do zrozumienia, że ich odwiedziny Trójki będą… źle widziane.

Siedzieliśmy na wulkanie, wygasłym tylko chwilowo. Ta świadomość towarzyszyła mi aż do grudnia 2015; potem, jak wiadomo, wulkan wybuchł

Dostaliśmy natomiast nową dyrekcję: panią Paulinę Stolarek i Szymona Sławińskiego. Co do Szymona: poznałem go przed laty jako zastępcę Krzysztofa Skowrońskiego i to z jego przede wszystkim powodu, a nie z powodu Krzysztofa, zrezygnowałem na półtora roku z pracy w Trójce. Szymon być może zna się na radiu, ale mam go za człowieka o dość dużych trudnościach komunikacyjnych. Za dyrekcji Skowrońskiego zdarzały mu się zachowania, które trudno określić inaczej, niż jako aroganckie. Brał udział w kolegiach naszej redakcji, nieraz narzucając nam tematy audycji (do czego formalnie miał prawo, ale było to wcześniej niepraktykowane), a jego dopytywanie się o drugie i trzecie dno naszych własnych pomysłów… cóż, nie wydawało się dowodem zaufania. Czułem się wtedy jak szkolny chuligan, który jest wprawdzie powierzchownie grzeczny, ale na pewno coś knuje i zamierza pana dyrektora wsadzić na minę. Tym razem, kilka lat później, Szymon przyjął inną strategię: właściwie się nie odzywał, a jeśli, to przekazując – jak podkreślał – decyzje przychodzące z góry. Taki ożywiony interkom łączący nas z Zarządem. Nie do takiego sprawowania funkcji zastępcy dyrektora przyzwyczaiła nas Anka Krakowska.

Co do pani Pauliny Stolarek, to nie da się ukryć, że przyjęliśmy ją źle. W naszych oczach była komandosem zrzuconym nam do Trójki przez nowe rozdanie, ewidentnie powiązane z partią rządzącą. Wiedziała o tym. Kolegia, w których brałem udział, były pełne napięcia albo okropnych uśmiechów na pokaz. Absolutnie fałszywa sytuacja. Myślę o tym z przykrością, bo przeczuwam, że od jej dymisji Trójka nie miała już dyrektora, który by chciał coś dla niej zrobić. Ale lodów nie udawało się przełamać. Myśmy nie mieli podstaw, żeby jej zaufać; ona zapewne nie miała podstaw, żeby zaufać nam. Tak, starała się; odnoszę wrażenie, że dopiero po objęciu stanowiska zobaczyła z całą jaskrawością, w jakie g… zabrnęła. Nad sobą miała ludzi, którzy chcieli od niej spacyfikowania niepokornego zespołu. Pod sobą miała ludzi, którzy może gotowi byliby ją poprzeć, gdyby zobaczyli, że ich skutecznie broni. Cóż, gdyby zagrała z nami w otwarte karty… ale racjonalnie oceniała zapewne, że ryzyko jest zbyt duże (co niestety potwierdziły wypadki, o których za chwilę). W rezultacie, w mojej ocenie, miotała się: były momenty, kiedy pokrzykiwała na nas jak reprezentantka władz – były, kiedy zdawała się rozumieć nasze racje. Niektóre jej posunięcia, gdyby je traktować na zimno, wydawały się realizowaniem poleceń, które otrzymywała, ale tak, żeby szkody były ostatecznie jak najmniejsze (np. odsunięcie Marcina Zaborskiego od porannych rozmów z politykami, ale nie od anteny w ogóle). W epoce PRL-u pewnie byśmy ją ozłocili, bo w tamtych czasach byłoby to najlepsze, co mogłoby nas spotkać. Ale myśmy mieli za sobą ćwierć wieku wolności. I codziennie trafiał nas szlag.

Jakoś w tym okresie doszło do groteskowej sytuacji: Rada Programowa Polskiego Radia przyznała mi nagrodę za osiągnięcia na niwie publicystyki kulturalnej. Od wielu lat te nagrody miały charakter finansowy. Ja dostałem kwiatki i dyplom; Zarząd odmówił wypłacenia pieniędzy. Przypomniało mi się, jak w okresie konfliktu z panem Sobalą miałem zaszczyt zostać nominowany do Złotego Mikrofonu i skreślony osobiście przez ówczesnego pana prezesa, co w dziejach tej nagrody nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Mogę dołożyć sobie drugie imię: Precedens.

Chyba na początku lutego 2016 roku w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł o sytuacji w Trójce, zawierający relację z zamkniętego spotkania pani dyrektor z częścią zespołu, czyli coś, co powinno zostać poufne. Domyślam się, kto odpowiada za przeciek; jest to osoba, którą lubię i cenię, więc nie ujawnię nigdy jej nazwiska (zresztą nie mam pewności). Ale uważałem i uważam, że był to błąd, traktujący panią Stolarek tak, jak się traktowało pana Sobalę w najgorętszym okresie naszego konfliktu. Oczywiście był to koniec szans na dogadanie się z nową dyrekcją. Co stanowiło dla mnie osobisty kłopot, to że sprawa poszła na moje konto (choć nikt otwarcie mi niedyskrecji nie zarzucił). Ponieważ wydawało mi się, że z racji rozmaitych zaszłości mógłbym wciąż próbować mediować między dyrekcją a zespołem, było mi to – pomijając wszystko inne – cholernie nie na rękę. We wspomnianym zamkniętym spotkaniu nie uczestniczyłem, o zamiarze poinformowania o jego przebiegu dziennikarki „GW” nie wiedziałem; po prostu w sobotę przy śniadaniu otworzyłem gazetę i podczas lektury powiedziałem: „O, k…a”. Tyle miałem z tym wspólnego. Po namyśle poszedłem do pani Pauliny i, zdając sobie sprawę, że brzmi to kretyńsko, powiedziałem jej najspokojniej, jak umiałem, że rozumiem jej rozgoryczenie i że nie ja za tym stoję. Gdyby znała mnie dłużej, wiedziałaby (mam nadzieję), że mówiąc tak kategorycznie i patrząc jej w oczy – nie kłamię i że robię to nie z obawy o stanowisko. Ale znaliśmy się raptem kilka tygodni, więc nie przypuszczam, żeby mi uwierzyła.

Rada Programowa Polskiego Radia przyznała mi nagrodę za osiągnięcia na niwie publicystyki kulturalnej. Od wielu lat te nagrody miały charakter finansowy. Ja dostałem kwiatki i dyplom

Minęło może dziesięć, może piętnaście dni i po południu zostałem wezwany do dyrekcji na rozmowę. Pani Paulina, widocznie skrępowana, zapytała mnie, czy nie mógłbym złożyć wymówienia. „Dla dobra Trójki” – wyjaśniła. Szymon oczywiście milczał. Logika wydarzeń wydawała się czytelna: po zdymisjonowanej Magdzie i odsuniętych od zespołu obu Anek przyszła kolej na mnie; ktoś „na górze” starannie przeanalizował listę osób, reprezentujących Trójkę w konflikcie z panem Sobalą w 2010 roku (była dłuższa i większość znajdujących się na niej ludzi też miała później kłopoty). Zapytałem ironicznie, czy Paulina naprawdę wierzy, że to ja jestem największym problemem Trójki w tej chwili. Usłyszałem, że cała sytuacja jest dla niej żenująca, że zadała mi proste pytanie i liczy na prostą odpowiedź. Co nagle, to po diable; odparłem, że zastanowię się przez noc i odpowiem rano. Tylko że rano nie miałem już komu odpowiedzieć (że nie), bo to pani Paulina złożyła wymówienie.

Nie widziałem się z nią od tamtej pory; nie wiem zresztą, czy po tak niedobrym początku znajomości da się coś poprawić, mimo upływu lat. Ale kolejność wydarzeń skłania mnie do przypuszczenia, że kazano pani Paulinie mnie wyrzucić, ona swoim zwyczajem zmiękczyła to polecenie do postaci prośby, żebym się wyrzucił sam, ale w trakcie naszej rozmowy uświadomiła sobie, że przekracza właśnie linię, za którą jest już tylko świństwo. I postanowiła się wycofać. Mam ją za osobę, która z niezrozumiałych dla mnie powodów przyjęła na siebie misję bez widoków na powodzenie: ale wyczuła, kiedy trzeba zrezygnować, żeby móc patrzeć spokojnie w lustro.

Szymon, jak wyjaśnił nazajutrz, też złożył dymisję, ale ta nie została przyjęta. Trwał zatem w roli p.o. dyrektora, pogłębiając, jeśli to w ogóle możliwe, swoją dotychczasową strategię pt. „ja tu jedynie organizuję bieżącą pracę, od decyzji jest kto inny”. Kiedy na kolegiach ktoś próbował z nim polemizować, cały czas miałem wrażenie, że padnie w końcu znana z minionej epoki fraza: „chyba wiecie, jakie są realia”. Przyznaję, że wprost tego nie usłyszałem. Usłyszałem za to – po kolejnych dwóch, czy trzech tygodniach – że mam rano stawić się w gabinecie Szymona. Doprawdy, trudno było mieć wątpliwości, po co.

Aha, dwa dni przed tą finałową rozmową zespół Trójki zażądał jeszcze rozmowy z panią prezes. Przyjechała tego samego dnia, późnym popołudniem. Postanowiłem, że nie będę się odzywał. Po pierwsze dlatego, że byłem ewidentnie na wylocie i chciałem, żeby zespół przypomniał sobie, że ma przecież także innych liderów. Po drugie dlatego, żeby okazało się jasne, że to nie pojedynczy redaktor prowadzi prywatną wojnę, tylko zespół nie akceptuje sytuacji, w jakiej się znalazł.

Pani prezes mówiła tak długo, jakby w ogóle nie planowała odpowiedzi na konkretne pytania. Brzmiało to trochę jak monolog wychowawczyni na koloniach, tłumaczącej krnąbrnej grupie, że nie ma zgody na jedzenie lodów. Frazy wydawały się doskonale znane: dałbym głowę, że podobnych używał w swoim czasie pan dyrektor Sobala. Jest dobrze, ale może być lepiej; należy poszerzyć target; i tak dalej. Najlepiej zapamiętałem sobie drobny epizod, który wzbudził we mnie wątpliwości, czy pani prezes kiedykolwiek miała włączony w radiu Program III, bodaj podczas mycia włosów. Otóż w pewnej chwili zaczęły padać pytania z sali. Jedno z nich, bardzo uprzejme i zarazem niezwykle ironiczne, zadał Jan Chojnacki. Na co pani prezes odparła, że pytający chyba się nie zna na radiu.

Tu przypis, żeby wyjaśnić wstrząs, którym to dla nas było. Zespół, poza swoją formalną strukturą zarządzania, wytworzył – jak każda dobrze zintegrowana grupa – pewną nieformalną hierarchię. Na samej górze było w niej kilka osób, zwanych przez nas żartobliwie „Ojcami Założycielami”: dziennikarze o największym autorytecie, którzy albo naprawdę pracowali od samego początku (byliśmy za młodzi, żeby mieć pewność), albo w każdym razie od bardzo dawna, a ich profesjonalne umiejętności, styl, osiągnięcia czyniły z nich Mistrzów. Niewątpliwie do tej grupy należeli m.in. Piotr Kaczkowski, Wojciech Mann… a także Jan Chojnacki. Zwrócenie się do niego słowami, że chyba się nie zna na radiu, to było coś takiego, jakby w polemice ze Zbigniewem Bońkiem powiedzieć mu, że chyba się nie zna na piłce. Albo i mocniej: jakby w sporze z Benedyktem XVI zasugerować, że chyba nie zna się na teologii. Do dziś nie jestem pewien, czy pani prezes nie wiedziała, do kogo mówi, czy wiedziała i miała to w nosie.

W pewnej chwili ktoś zapytał o mnie (wiedziano już o piśmie do związku, czy jestem przez związek chroniony, co zwykle zapowiada zwolnienie). W odpowiedzi pani prezes odparła, że nie będzie rozmawiała o personaliach, ale każdy może się do niej zapisać na rozmowę i ona pana Sosnowskiego, rzecz jasna, też zaprasza. Nie zamierzałem skorzystać, bo na podstawie tego, co usłyszałem, nie wydawało mi się, żebyśmy mieli O CZYM ze sobą rozmawiać. Zresztą dwa dni później wręczono mi wymówienie. Wątpię, żeby tego rodzaju dokumenty powstawały w radiu krócej, niż w ciągu dwóch dni, zwłaszcza, że wspomniane pismo, czy jestem chroniony (nie byłem, bo nie chciałem) już przecież istniało…

Wracam do gabinetu Szymona, dwa dni po tamtej wizycie pani prezes. Przyjął mnie razem z jakąś panią z biura prawnego. Wręczył mi wymówienie, podkreślając jak zwykle, że to decyzja Zarządu, a nie jego, bo jemu tak w ogóle jest przykro. Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale prawie się roześmiałem. Również z rozbawieniem odnotowałem, pakując swoje rzeczy, że w ciągu godziny odcięto mnie od konta w intranecie, a w ciągu może dwóch przestała działać moja służbowa komórka (choć formalnie pozostawałem pracownikiem Polskiego Radia jeszcze przez trzy miesiące; wkrótce też okazało się, że mimo przepustki nie mogę wchodzić do budynku). Pozbywali się mnie jak zadżumionego.

Aha, Szymon mnie jeszcze zaprosił na krótki spacer po ogrodzie i parkingu; staram się nie domyślać, dlaczego nie chciał tej rozmowy prowadzić we własnym pokoju na Myśliwieckiej. Jej przebiegu zresztą nie pamiętam dokładnie; a gdybym nawet pamiętał, miała jednak charakter dyskrecjonalny. Wiem, że małodusznie mu wytknąłem dziwną zależność: co on trafia do Trójki, to ja ją opuszczam. Ale pożegnaliśmy się uściskiem dłoni i życzeniami wszystkiego najlepszego. On naprawdę nie podejmował żadnej decyzji, tylko je przekazywał. Nie jestem pewien, czy to nie gorzej. Z drugiej strony – podczas mojego procesu mówił przed sądem prawdę i to po jego zeznaniach pojawił się nagle wniosek, żeby przesłuchać także byłą panią prezes Stanisławczyk. No, a ona spełniła moje wyobrażenia, co może powiedzieć, i to z nawiązką. A jednak bezowocnie.

W ciągu godziny odcięto mnie od konta w intranecie, a w ciągu może dwóch przestała działać służbowa komórka. Pozbywali się mnie jak zadżumionego

Pora wyjaśnić komediowy nastrój, z którym przyjąłem wymówienie (potem zresztą się ten nastrój pogorszył i dzisiaj mnie to wszystko raczej złości, niż śmieszy). Od dymisji Magdy zastanawiałem się nie: czy, tylko: kiedy mnie wyrzucą. Propozycja pani Stolarek pozbawiłaby mnie resztek wątpliwości, gdybym je miał. Co najważniejsze jednak: praca w Trójce, której przez lata oddawałem się z przyjemnością, nigdy nie licząc godzin, przesiedzianych w radiu czy przed komputerem w domu, zmieniła się z początkiem 2016 roku w ponury koszmar. Ja nie bez powodu pracę w mediach publicznych podjąłem dopiero sześć lat po dyplomie, w 1992 roku, kiedy już nie było PRLu, cenzury, ani politruków takich, jak przedstawieni w „Człowieku z marmuru” Wajdy. Tymczasem zacząłem mieć wrażenie, że uczestniczę w grupie rekonstrukcyjnej, odtwarzającej sytuacje jak z kina moralnego niepokoju lat 70. Nie chciałem w tym brać udziału.

Ale z drugiej strony – byłem nie tylko kierownikiem redakcji, lecz także przewodniczącym naszego związku zawodowego. Widziałem, jak pod presją pękają więzi między nami; jak ludzie, o co trudno zgłaszać pretensję, zaczynają myśleć bardziej o sobie i swoich kredytach niż o tym, co razem stworzyliśmy. Nie mogłem jednak sam dawać złego przykładu i pewnego dnia powiedzieć: „wiecie co, znudziło mi się, nic z tego nie będzie, idę zająć się własnym życiem, a wy radźcie sobie, jak umiecie”. Codziennie, kiedy wjeżdżałem na parking przy Myśliwieckiej, bolał mnie żołądek. Zastanawiałem się wspólnie z Ukochaną, ile dla mnie znaczy Trójka i czy aż tyle, żeby akceptować perspektywę wrzodów albo zawału jako cenę za mój niegdysiejszy entuzjazm. Uradziliśmy, że wytrzymam do Wielkanocy (to chyba oznaczało w 2016 roku połowę kwietnia): jeśli do tego czasu mnie nie wyrzucą, spróbuję jakoś się usprawiedliwić przed kolegami ze związku i sam złożę wymówienie – mając trzy miesiące wypowiedzenia mógłbym wtedy doprowadzić do końca szósty sezon mojego ukochanego Trójkowego Wehikułu Czasu (gdyby mi na to pozwolono, w co dzisiaj wątpię) i zniknąć z anteny w czasie wakacji. Niecierpliwość pani prezes pozwoliła mi uniknąć tego posunięcia, moralnie bardzo wątpliwego. Nawet tego nie umiała: wyczekać mnie. Dlatego chciało mi się śmiać – z ulgą.

A do tego jeszcze treść wymówienia… Nie trzeba było mieć za sobą studiów prawniczych, żeby przeczuwać, że zostało sformułowane równie fachowo, jak wszystko, co robiły i robią władze tzw. „mediów narodowych”. Dopiero przed sądem Polskie Radio przypomniało sobie, że „utratę zaufania” trzeba jakoś uzasadnić i wyciągnęło mi wspomniany artykuł z „TP”, dotyczący nie Polskiego Radia, tylko nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, oraz dwa wpisy na blogu, w których dziękowałem Magdzie i Ance za to, co zrobiły dla Polskiego Radia (to nie ja powinienem im dziękować) i dziwiłem się, że tak je potraktowano. Ale pracownika obowiązuje lojalność wobec firmy, a nie wobec jakichś ludzi, którzy zaczęli ją… przerabiać, tak to nazwijmy.

Kolejni trzej przewodniczący naszego związku, moi następcy, zostali potem wyrzuceni dyscyplinarnie – jeśli się nie mylę, stanowi to rekord na skalę kontynentu. Wszyscy wygrali procesy z Polskim Radiem i wrócili do pracy (choć nie wszyscy się w niej utrzymali).

O ile wiem, żadna z osób zaangażowanych w wyrzucenie mnie, łącznie z nieznaną mi z nazwiska panią z biura prawnego, już w Polskim Radiu nie pracuje. Sprzątający też zostali posprzątani.

Koleżankom i Kolegom, z którymi tak świetnie się przez lata pracowało, a także wspaniałym słuchaczom Trójki – szacunek i serdeczność.

Tekst ukazał się 12 maja na blogu Jerzego Sosnowskiego