Ks. Tadeusz Fedorowicz łączył w sobie bezgraniczne zawierzenie Bogu i oddanie ludziom. Był blisko Boga, a jednocześnie pozostawał dostępny dla każdego potrzebującego człowieka.

Ksiądz Tadeusz Fedorowicz miał życie długie – przeżył 95 lat – i szczęśliwe, co podkreśla tytuł książki Izabeli Broszkowskiej, wydanej niedawno przez „Więź”. Sam o sobie mówił: „Miałem szczęśliwe życie”. A przecież doświadczył wywózki do Kazachstanu, sowieckiego więzienia, trudów i wyrzeczeń kapłańskiego życia, wielu dolegliwości na starość. W czym tkwi więc tajemnica tego szczęśliwego życia?

Tadeusz Fedorowicz urodził się w roku 1907 w rodzinie ziemiańskiej na Podolu galicyjskim, nieopodal Zbrucza, stanowiącego wówczas granicę między cesarstwem austriackim a imperium rosyjskim. Po szczęśliwym i sielskim dzieciństwie, spędzonym w majątku ziemskim, wśród cudownej przyrody, pod opieką mądrych rodziców, w gronie ośmiorga kochających się braci i sióstr, odbył solidną edukację we Lwowie, już w odrodzonej Polsce. Najpierw było to dobre gimnazjum, potem studia prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Dopiero wtedy, już jako dojrzały młody człowiek, odkrywa w sobie powołanie kapłańskie i wstępuje do seminarium. Co ciekawe, wykładów teologii klerycy słuchali wtedy na uniwersytecie – zapewne to również, obok wychowania domowego, tłumaczy wysoki poziom kultury ogólnej, jaką wyróżniał się ksiądz Tadeusz. Jeszcze w okresie studiów zaangażowany był w działalność społeczną w ramach Stowarzyszenia Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Tu poznał wielu wybitnych chrześcijan tamtego czasu, wśród nich księdza Władysława Korniłowicza, współtwórcę Dzieła Lasek, charyzmatycznego duszpasterza inteligencji, a także Stefana Swieżawskiego, z czasem wybitnego profesora filozofii, z którym połączyła go serdeczna przyjaźń trwająca do końca życia.

Umiał słuchać, podczas spowiedzi zwykle niewiele mówił, dużo milczał, a mimo to ludzie po spotkaniu z nim odchodzili umocnieni, czuli światło i pokój

Młody ksiądz Fedorowicz od razu został skierowany przez lwowskiego arcybiskupa do organizowania służby charytatywnej. Przełomowym wydarzeniem jego kapłańskiej drogi okazała się jednak decyzja, aby dobrowolnie dołączyć do transportu Polaków wywożonych w roku 1940 przez sowieckich okupantów ze Lwowa w głąb ZSRR. W ten sposób znalazł się najpierw w autonomicznej Republice Maryjskiej pod Uralem, gdzie pracował przy wyrębie lasu, w ukryciu pełniąc posługę kapłańską. Po „amnestii” dla Polaków trafił do Kazachstanu, gdzie z ramienia tworzącej się armii Andersa był oficjalnie duszpasterzem rodzin polskich żołnierzy. Nie objęła go ewakuacja do Persji. Został na posterunku, pełniąc dalej swą służbę już nielegalnie, co skończyło się aresztowaniem przez NKWD i uwięzieniem w Semipałatyńsku – w tym samym Semipałatyńsku, gdzie w roku 1853 po odbyciu katorgi na Syberii trzydziestokilkuletni Fiodor Dostojewski został umieszczony jako szeregowiec w jednostce wojskowej. Tymczasem w niecałe sto lat później 36-letni ks. Tadeusz Fedorowicz też zostaje przez władze sowieckie „powołany” do służby wojskowej i przydzielony jako kapelan do armii Berlinga, z którą przejdzie szlak bojowy aż na przedpola Warszawy, konającej w Powstaniu. Odprawia msze polowe, nawet z udziałem sowieckich generałów (tak było!), ale też niesie duchową pociechę żołnierzom, opatruje sakramentami umierających. Szczęśliwym trafem udaje mu się uniknąć prowokacji NKWD, a zwolniony z dalszej służby w wojsku ukrywa się w Żułowie, u sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Tak zaczęła się długa przygoda z Laskami, gdzie do końca życia będzie kapelanem sióstr i niewidomych.

Jego nowy biskup, kardynał Stefan Wyszyński, szybko rozpoznał wyjątkowy charyzmat księdza Fedorowicza i powierzył mu funkcję spowiednika kleryków w warszawskim seminarium. Poprosił go też w roku 1959 o wygłoszenie rekolekcji dla biskupów zebranych na Jasnej Górze. W ten sposób zaczęła się jeszcze jedna niezwykła przygoda księdza Tadeusza. O rozmowę poprosił go młody, 39-letni biskup pomocniczy z Krakowa, Karol Wojtyła. Od tego czasu przez niemal czterdzieści lat ksiądz Fedorowicz będzie duchowym powiernikiem Wojtyły – biskupa, kardynała, papieża. Przez pierwsze dwadzieścia lat jeździ do Krakowa, kilka razy w roku, potem zapraszany jest do Rzymu. Ich niezwykłe rozmowy odbywają się na dachu pałacu apostolskiego, w Ogrodach Watykańskich lub w Castel Gandolfo.

Ks. Tadeusz tak o tym pisze, z charakterystyczną dla siebie skromnością i dyskrecją: „W tych moich «spotkaniach» ja nic nie mówię, albo mało. Papież potrzebuje uważnego, a dyskretnego słuchacza. Czasem o coś zapyta, ale to rzadko. Wszystko to razem jest dla mnie niepojęte, dlaczego to tak? Może to, że umiem słuchać i nie przeszkadzam. A Papież, werbalizując swoje myśli, kontroluje sam siebie – nie wiem, czy słusznie tak myślę, ale innej racji nie widzę. Może moje rekolekcje na Jasnej Górze były bardzo «obiektywne» i to go zachęciło do rozmowy, i nadal jestem jak najbardziej obiektywny – tak jakby mnie nie było. (…) Wszystko to jest zdumiewającą historią, której w istocie zupełnie nie rozumiem”.

Izabela Broszkowska z Żółtowskich, „Szczęśliwe życie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu”, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2018.

Izabela Broszkowska z Żółtowskich, „Szczęśliwe życie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu”, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2018.

Myślę, że właśnie tutaj, w tym pokornym wyznaniu, dotykamy samego sedna charyzmatu księdza Tadeusza Fedorowicza i tajemnicy jego „szczęśliwego życia”. Był wyjątkowym spowiednikiem – podkreśla to wiele osób. Umiał słuchać, podczas spowiedzi zwykle niewiele mówił, dużo milczał, a mimo to ludzie po spotkaniu z nim odchodzili umocnieni, czuli światło i pokój. Łączył w sobie – jestem o tym głęboko przekonany, a miałem szansę spotkać księdza Tadeusza osobiście – bezgraniczne zawierzenie Bogu i oddanie ludziom. Był blisko Boga, a jednocześnie pozostawał dostępny dla każdego potrzebującego człowieka. Sprawiało mu radość, że może służyć innym. Czuł się tylko narzędziem. Ale źródłem jego siły i radości wewnętrznej było mocne i najprostsze zarazem przekonanie, że Bóg jest.

Jak dowiadujemy się z książki Izabeli Broszkowskiej, to metafizyczne i religijne doświadczenie zaczęło się wcześnie, jeszcze w dzieciństwie, w zachwycie nad pięknem stworzonego świata, dostępnym w otaczającej go wspaniałej przyrodzie, w bezkresnym krajobrazie Podola. Potem, jako wygnaniec w Kazachstanie, żyjący przecież w poniewierce, niedostatku i stałym zagrożeniu, potrafił zachwycać się rozkwitającym na wiosnę stepem czy widokiem majestatycznych gór. Mało tego, będąc już z powrotem w Polsce, nieraz tęsknił za pięknem kazachskiego stepu…

Wymiana myśli ze Stefanem Swieżawskim, przyjacielem-filozofem, lektura świętego Tomasza, utrwaliły w nim z pewnością zdolność „przyrodzonej kontemplacji bytu”, rozumowe przekonanie, że Bóg JEST. Że jest blisko nawet wtedy, gdy Go w sobie nie czujemy i gdy cierpimy z tego powodu. Bóg jest zawsze – tak jak góry istnieją zawsze, choć czasami kryją się za mgłą.

Myślę, że w tej umiejętności zanurzenia się w kontemplacji, w poczuciu istnienia i bliskości Boga, a jednocześnie w oddaniu pokornej kapłańskiej służbie ludziom – w tym właśnie tkwi tajemnica „szczęśliwego życia” księdza Tadeusza Fedorowicza.

Cezary Gawryś wcześniej pisał o znaczeniu i niezwykłości Lasek. Tekst „Szpital polowy Laski” do przeczytania tutaj.