Konstytucja Demokratycznej Republiki Konga przewiduje dla głowy państwa pięcioletnią kadencję z jedyną możliwością odnowienia. Prezydent Joseph Kabila powinien zatem odejść z urzędu 19 grudnia 2016 roku.

W kraju, który liczy na swoim kontynencie największą liczbę katolików – około 35 milionów – Kościół wyprowadza ludzi na ulice w obronie Konstytucji. Od grudnia zeszłego roku zorganizował dwa pokojowe marsze, które za każdym razem przyciągnęły kilka milionów ludzi. Władze odpowiadały siłą, zabijając co najmniej kilkanaście osób i raniąc kilkadziesiąt. Ponadto używały gazu łzawiącego i aresztowały przeszło sto manifestujących.

Kościół nie usiłował destabilizować kraju ani bezmyślnie rzucać wiernych pod ostrzał. Dokładnie rok przed pierwszym marszem mediował z powodzeniem między prezydentem, partiami opozycyjnymi oraz prokonstytucyjnymi organizacjami pozarządowymi. Spotkania zaowocowały „kompleksowym i inkluzywnym porozumieniem politycznym” zawartym przez wszystkie znaczące siły polityczne w kraju i określającym mapę drogową na wyjście z kryzysu.

Dopiero po stwierdzeniu naruszenia porozumienia przez partię rządzącą Kościół postanowił uruchomić „plan B” w postaci manifestacji ulicznych. Ich jedynym celem jest zmuszenie władz do pełnej realizacji zobowiązań, które same podjęły rok wcześniej. Wobec ich nieustępliwości sekretarz generalny Konferencji Episkopatu wziął udział w zeszłym miesiącu w posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Zaapelował do społeczności międzynarodowej o zwiększenie zaangażowania i presji na rząd.

Poparcia biskupom udzielił nuncjusz apostolski, który przypominał, że „promowanie sprawiedliwości społecznej i obrona praw obywatelskich są integralną częścią społecznej doktryny Kościoła”

Powyższa historia rozgrywa się w Demokratycznej Republice Konga, drugim największym kraju Afryki pod względem powierzchni i czwartym pod względem ludności. Kościół katolicki odgrywa w społeczeństwie kongijskim bardzo ważną rolę. Już w dekadach 70-90 ubiegłego wieku walczył z dyktaturą Mobutu i ostatecznie przyczynił się do zniesienia jednopartyjnego monopolu władzy.

Szczególnie zasłużone miejsce w tym krajobrazie zajmuje kardynał Laurent Monsengwo, nazywany czasem „kongijskim Wojtyłą”. Urodzony w 1939 r., przyjął święcenia kapłańskie w 1963 r., a następnie biskupie w 1980 r. z rąk… właśnie Jana Pawła II. Na początku lat dziewięćdziesiątych, jako osoba ciesząca się powszechnym zaufaniem, przewodniczył organom tymczasowym mającym na celu przekazanie władzy między Mobutu a demokratycznie wybranymi partiami. Dziś według ankiet znowu byłby najchętniej wybrany przez Kongijczyków do tego, by przejąć stery na okres przejściowy.

Obecny kryzys polityczny w Kongo ma bowiem dużo wspólnych cech z tym sprzed 30 lat. Prezydent Joseph Kabila (jego ojcem był Laurent-Désiré Kabila, który rządził po Mobutu) stoi na czele kraju od… roku 2001. Przez pierwsze 5 lat piastował to stanowisko tymczasowo, ponieważ jego ojciec został zamordowany i z powodu wojny nie było możliwości przeprowadzenia wyborów. Dopiero w 2006 r. został wybrany na prezydenta w sposób „w miarę” uczciwy, natomiast jego reelekcja w 2011 r. była skutkiem „nierzetelnych wyników”, jak twierdzili obserwatorzy Unii Europejskiej.

Konstytucja Demokratycznej Republiki Konga – uchwalona w 2006 r., czyli już za czasów prezydenta Josepha Kabili – przewiduje dla głowy państwa pięcioletnią kadencję z jedyną możliwością odnowienia. Teoretycznie Kabila powinien odejść 19 grudnia 2016 r. Odwlekając cały czas przeprowadzenie wyborów, przedłuża de facto własną kadencję w oparciu o wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że dopóty urzędujący prezydent ma prawo zachować władzę, dopóki jego następca nie został wybrany.

Jeszcze w pierwszych tygodniach bezprawia widniała nadzieja, że udałoby się szybko zażegnać kryzys. 31 grudnia pod egidą Kościoła zostało zawarte tzw. porozumienie sylwestrowe, które przewidywało m.in. mianowanie polityka z opozycji na premiera i przeprowadzenie wyborów najpóźniej w grudniu 2017 r. Czas minął, a Kongijczycy wciąż nie dostali możliwości wyboru prezydenta. Stąd wezwanie Konferencji Episkopatu, aby obywatele wyrazili „swoją niezgodę, zgodnie z Konstytucją i odrzucając wszelkie formy przemocy”.

Joseph Kabila skrytykował ingerencję Kościoła, mówiąc: „Jezus Chrystus nigdy nie przewodniczył komisji wyborczej – oddajcie więc, co cesarskie cesarzowi, a co Bożego Bogu”. Episkopat wciąż broni jednak swojego prawa do „zaangażowania się na rzecz powstania państwa prawa w Demokratycznej Republice Konga”.

Kto by się zdziwił, gdyby Kongijczycy zaczęli starać się o azyl w Europie?

Poparcia biskupom udzielił nuncjusz apostolski Luis Mariano Montemayor, który przypomniał, że „promowanie sprawiedliwości społecznej, obrona praw obywatelskich i politycznych są integralną częścią społecznej doktryny Kościoła”, choć to nie znaczy, że „Stolica Święta aprobuje albo dezaprobuje marsze”, to bowiem „leży w kompetencjach biskupów diecezjalnych”.

Kwestia praworządności w Demokratycznej Republice Konga nie jest zresztą tylko teoretycznym zagadnieniem dla prawników i ekspertów. Pod koniec zeszłego roku agencja ONZ ds. uchodźców UNHCR podniosła dla tego kraju alarm do poziomu 3, czyli najwyższego. W ten sposób kraj dołączył do grupy obejmującej Syrię, Irak i Jemen. Wskutek braku politycznej stabilności cholera rozprzestrzenia się tu jak nigdy wcześniej, a 4 miliony osób – na 77 milionów mieszkańców ogółem – zostały przesiedlone. Kto by się zdziwił, gdyby Kongijczycy zaczęli starać się o azyl w Europie?

Dobrze znamy stanowisko polskiego rządu, który utrzymuje, że pomagać należy tylko „na miejscu”. Pamiętamy też ambicje, z jakimi prezydent Andrzej Duda i ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski starali się o pozyskanie dla Polski niestałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na dwuletni okres. Rozpoczął się on 1 stycznia 2018 roku. Czy ktoś słyszał, by polski rząd zajął jakieś stanowisko lub podjął jakieś działanie w sprawie Demokratycznej Republiki Konga? Ciekawe, co miałaby na ten temat do powiedzenia Polska. A polski Kościół?