„Ojciec Święty zatrzymał się przy nas i zaprosił mnie do Castel Gandolfo. Powiedziałem, że nie mogę, bo jutro rano odlatuję. Pobłogosławił nas i odszedł dalej. Ja zacząłem się wycofywać z tłumu, ale usłyszałem od moich młodych: «wuju, wuju ». Odwróciłem się i zobaczyłem, że papież wrócił i powiedział mi, żebym poszedł do helikoptera, że polecę z nim, a jutro odeśle mnie do samolotu” – wspominał ks. Tadeusz Fedorowicz.

Fragment książki Izabeli Broszkowskiej, „Szczęśliwe życie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu”, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2018.

Bliskie relacje ks. Tadeusza Fedorowicza najpierw z biskupem, arcybiskupem, kardynałem Karolem Wojtyłą, a potem z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, które trwały od roku 1959 do 1997, a więc niemal czterdzieści lat, były znane wielu osobom, ale nie wszyscy mieli o nich właściwe pojęcie, dlatego ksiądz Tadeusz postanowił w pewnym momencie sam o tym napisać. Być może zresztą zrobił to na wyraźne polecenie samego Papieża? Posłuchajmy więc, jak on rzecz całą przedstawia w swoim pokornym świadectwie spisanym w roku 1996.

„† Capodacqua di Assisi – Laski                                                         [3 XI 1993 – 15 I 1996]

Moja znajomość z Ojcem Świętym Janem Pawłem II

Zamierzam napisać o mojej, tak bardzo dziwnej i niepojętej, znajomości z Ojcem Świętym. Pierwszy raz zobaczyłem ks. Karola Wojtyłę w roku 1950 wiosną, w pierwszą niedzielę Postu. Wszedłem do kościoła św. Floriana w Krakowie, gdy Msza św. już się zaczęła i właśnie na ambonę wchodził młody szczupły ksiądz. Zaczął mówić; nie lubiłem słuchać kazań, ale tym razem tak mi się podobało, że wysłuchałem do końca; było doskonałe, krótkie, jasne, treściwe. Poszedłem do zakrystii. Zapytałem kościelnego: kto to jest? Powiedział: to ks. wikary Wojtyła. Do dziś nie mogę sobie darować, że wtedy nie podszedłem do niego.

W latach 1957 i 1958 s. Katarzyna Steinberg urządzała w Laskach dwudniowe spotkania psychiatrów i psychologów, by im pokazać człowieka z różnych stron. I tak: prof. Stefan Swieżawski mówił o człowieku w ujęciu filozoficznym, dr Maria Dąmbska – o człowieku w świetle neurologii, ks. prof. Karol Wojtyła – o człowieku wobec teologii. Ale i wtedy z ks. Wojtyłą osobiście się nie spotkałem.

W roku 1958 Stefanowie Swieżawscy obchodzili 25-lecie ślubu. Z tej okazji była Msza św. i jakiś posiłek u Swieżawskich, i na obydwu był ks. Karol Wojtyła. Ja też tam byłem. Ale i wtedy z ks. Wojtyłą nie rozmawiałem. Mam tylko małe dwie fotografie robione przez Małą Siostrę Marie Germaine, która wtedy mieszkała u Swieżawskich. Na tych fotografiach przy stole siedzi ks. Wojtyła wśród innych osób.

Bliżej poznałem już ks. biskupa Wojtyłę w czasie rekolekcji Episkopatu na Jasnej Górze w pierwszych dniach września 1959 r. Ks. Prymas Wyszyński polecił mi głosić tam nauki. Bardzo się bałem tych rekolekcji; poszedłem do mego brata ks. Alego po radę. On, jak to on, powiedział mi spokojnie: «pamiętaj, że księża biskupi są takimi ludźmi jak i inni». W czasie tych rekolekcji ks. bp. Wojtyła poprosił mnie o rozmowę, która odbyła się w czasie spaceru w ogrodzie klasztoru. Chodziliśmy w ogrodzie Jasnej Góry tam i z powrotem dość długo. Ja milczałem i słuchałem. Od tego czasu – najpierw po dwóch latach, potem co roku kazał mi się pokazywać.

Ks. biskup Wojtyła był przewodniczącym komisji Episkopatu dla spraw apostolstwa świeckich. Do tej komisji należał też Stefan Swieżawski i mnie do niej ks. Biskup powołał. Zebrania były dwa razy w roku. Gdy odbywały się w Krakowie, ks. Biskup zapraszał mnie do mieszkania u niego. Najpierw przez kilka lat przy ul. Kanoniczej 25, później, gdy został ordynariuszem krakowskim, w domu arcybiskupim przy ul. Franciszkańskiej 3. Tak parę razy do roku tam mieszkałem. Przy tych okazjach kilka razy ks. biskup Wojtyła brał mnie do samochodu, wyjeżdżaliśmy za miasto – raz do Lasu Bielańskiego, parę razy szosą na Zakopane i gdzieś tam po drodze robiliśmy spacer w pobliski teren. Ks. Biskup mówił, a ja słuchałem. Raz, gdy «ukrywał się» u sióstr Albertynek na Prądniku, przysłał po mnie samochód na Franciszkańską, by porozmawiać. Gdy ks. Biskup przyjeżdżał do Warszawy, zatrzymywał się zawsze u sióstr Szarych Urszulanek przy ul. Wiślanej, telefonowano po mnie do Lasek, bym tam przyjeżdżał. Przy złej pogodzie siedzieliśmy w mieszkaniu, przy dobrej szliśmy na spacer nad Wisłę lub gdzieś bliżej.

Dwa razy ks. biskup Wojtyła przyjeżdżał do Lasek; raz było to w zimie, przy złej pogodzie, wyciągnięto mnie z jakiegoś domu, gdy chodziłem po kolędzie, drugi raz poszliśmy na spacer do lasu, poza ogrodzeniem Zakładu – było to popołudniu i nagle ks. Biskup przypomniał sobie, że umówił się z kardynałem Rubinem w Laskach na godzinę, która już dobrze minęła. Natychmiast wróciliśmy do domu, ale kard. Rubin już odjechał.

Ksiądz Tadeusz powiedział siostrom, że nie muszą się spieszyć, bo przecież wśród wielu gości i tak nikt nie zauważy jego nieobecności. Tymczasem, jak się okazało, był na kolacji z papieżem jedynym gościem

Gdy Karol Wojtyła już jako Ojciec Święty przybył po raz pierwszy w roku 1979 do Polski, otrzymałem telefon, że mam się stawić w pałacu arcybiskupim przy ul. Miodowej. Zaraz pojechałem autobusem i jakąś taksówką w okolicę Miodowej (dalej nie można było dojechać) i poszedłem piechotą do pałacu – jakoś mnie nie zatrzymano. Wszedłem do sieni, było tam wielu biskupów i innych dostojników, którzy czekali na Ojca Świętego, gdyż ten zatrzymał się trochę dłużej [na] spotkaniu z młodzieżą akademicką przed kościołem Św. Anny. Ktoś wprowadził mnie do saloniku zaraz za sienią. Po dobrej chwili wszedł Ojciec Święty, który wziął mnie za rękę (przy wszystkich tych dostojnikach), zaprowadził mnie do windy w sąsiednim pomieszczeniu, wyjechaliśmy na drugie piętro na krótką rozmowę; kazał mi pojechać na Jasną Górę, gdzie miał nazajutrz jechać, mówiąc, że tam będzie więcej czasu.

Pojechałem – ale Jasna Góra była oblężona przez tłum ludzi (jak za czasów Jana Kazimierza przez Szwedów) i nie można się było dostać bez jakiegoś biletu, którego nie miałem. Sporo czasu chodziłem to tu, to tam, szukając jakiejś możliwości. Na takiego byle jakiego księżynę nie zwracano uwagi. Wreszcie spotkałem jakiegoś paulina i wyjaśniłem mu swoją sytuację. Ten poczciwiec wprowadził mnie na teren klasztoru. Jakoś wszedłem do wnętrza i znalazłem się przed drzwiami apartamentu dla godniejszych osób, gdzie mieszkał Ojciec Święty. Tam na korytarzu było kilku księży i kilku panów (Włochów) z obstawy Ojca Świętego. Ci panowie patrzyli podejrzliwie na każdego przybysza. Widziałem, że tak patrzyli i na mnie. Po chwili przyszedł ks. Prymas Wyszyński i gdy zobaczył tę sytuację, powiedział mi, żebym jednak odszedł, a on wytłumaczy to Ojcu Świętemu. Poczułem się jak między młotem a kowadłem – a jedno i drugie potężne. Posłuchałem ks. Prymasa i na podwórzu klasztoru usiadłem na ławce, by jakoś oprzytomnieć w tej dziwnej sytuacji – w sprzeczności między Papieżem a Prymasem! Po dobrej chwili przyszedł do mnie sekretarz ks. Prymasa (ks. Piasecki) i zaprowadził mnie z powrotem do klasztoru. Posadził mnie na kanapie w sionce pokoju Ojca Świętego i kazał czekać.

Była już blisko godz. 21, godzina Apelu Jasnogórskiego, który miał prowadzić Ojciec Święty, ale przyjechał spóźniony kardynał Król (Polak z Ameryki) i właśnie zaczął Mszę św. «na szczycie». To opóźniło Apel wieczorny o jakieś 20 minut. W tym czasie Ojciec Święty wziął mnie do swego pokoju i mieliśmy sporo czasu na rozmowę. Zapraszał mnie do Watykanu, prosił, bym przyjeżdżał raz na rok. Odtąd co roku tam jeździłem.

Zawsze przyjmowali mnie w Polskim Domu przy via Pfeiffer, gdzie gospodarzem był bardzo gościnny i miły o. Konrad Hejmo – dominikanin. Dom ten znajduje się tuż przy placu Św. Piotra. Sekretarz Ojca Świętego (ks. Stanisław Dziwisz) płacił za mój pobyt, wyznaczał dzień i godzinę stawienia się u Ojca Świętego. U Papieża bywałem (zawsze na zaproszenie) albo rano o siódmej na Mszy św. – zawsze w koncelebrze – i na śniadaniu, albo na obiedzie, albo na kolacji i po niej na spacerze na dachu.

Ojciec Święty brał mnie windą na dach Watykanu, gdzie papież Pius VI urządził chodnik w kwadrat tego budynku. Są tam partie kryte sklepieniem, ale większość jest otwarta. Ten chodnik jest ogrodzony niewysokim murem z kilkoma schodami, by móc spojrzeć na plac Św. Piotra i na miasto. Jest tam sporo roślin w donicach, miejsca do siedzenia. Tam spacerowaliśmy dookoła (w kwadracie), pod gwiazdami, wieczorem po kolacji. Około godz. 21 Ojciec Święty wypuszczał mnie i wracałem na via Pfeiffer. Gdy była zła pogoda (rzadko), spacerowaliśmy dookoła dużego stołu w jednej z wielkich sal, gdzie odbywają się audiencje.

Kiedyś poprosiłem Papieża, gdy moja siostra Olga była jeszcze w Rzymie, bym mógł z nią przyjść rano na Mszę św. Byliśmy 10 minut przed siódmą na dole przy Porta Angelica, ale jak zaczęli nas prowadzić okólną drogą, to spóźniliśmy się do kaplicy 15 minut. Było nam bardzo przykro i głupio, ale… Papież czekał na nas ze Mszą św.! A potem byliśmy oboje na śniadaniu. Wszystko to wydaje się jak z bajki!

W jednym wypadku była szczególna sytuacja. Pojechałem do Rzymu autokarem jako kapelan pielgrzymki młodzieży z Klubu Inteligencji Katolickiej z Warszawy. W tym czasie ciężko zachorowała moja siostra Maria Meissnerowa [był to rok 1980 – dopisek I.B.]. Umówiłem się z siostrą Klarą Jaroszyńską, że gdyby już było bardzo źle, to mi zadepeszuje do Rzymu. I rzeczywiście dojechaliśmy do Rzymu i otrzymałem depeszę od s. Klary, że już jest bardzo źle. Kupiłem bilet do samolotu na czwartek rano. W środę popołudniu byliśmy na audiencji ogólnej na placu Św. Piotra. Gdy Ojciec Święty na zakończenie już odchodził środkiem i szedł prawą stroną, gdzie z moją młodzieżą byliśmy przy barierze, zatrzymał się przy nas i zaprosił mnie do Castel Gandolfo. Powiedziałem, że nie mogę, bo mam tę złą wiadomość i jutro rano odlatuję. Ojciec Święty pobłogosławił nas i odszedł dalej. Ja zacząłem się wycofywać z tłumu, by wyjść, ale po ok. dziesięciu krokach usłyszałem od moich młodych: «wuju, wuju ». Odwróciłem się i zobaczyłem, że Ojciec Święty wrócił na to miejsce – od razu i ja tam wróciłem – a Ojciec Święty powiedział mi, żebym poszedł do helikoptera, że polecę z nim, a jutro odeśle mnie do samolotu. Nie wiedziałem, jak mam się tam dostać, do tego helikoptera – i nagle na czyjeś polecenie moi młodzi przerzucili mnie przez barierę na wolne przejście; jeden z obstawy wziął mnie za rękę, zaprowadził pod schody Bazyliki, potem do Bramy św. Anny, gdzie stał duży samochód. Zawieźli mnie na koniec Ogrodów Watykańskich na lądowisko helikoptera. Chwilę tam poczekałem, nadszedł Ojciec Święty, wziął mnie za rękę i wprowadził po mostku do przedziału w helikopterze; ten wzniósł się i tak, we dwóch w kajucie, lecieliśmy dziesięć minut nad oświetlonym Rzymem do Castel Gandolfo. Tam czekał duży samochód, po poprzednich papieżach. Tak był urządzony, że tylne siedzenie miało tylko jeden duży fotel z poręczami. Ktoś wziął mnie za rękę, podprowadził na lewy bok wozu i otworzył drzwiczki; zobaczyłem naprzeciw fotela Ojca Świętego dwa niskie (białawe) siedzenia. Byłem tym wszystkim oszołomiony i niezdecydowany. Widząc to, Ojciec Święty wyszeptał: «przepraszam, że to tak». Jechaliśmy ok. dziesięciu minut, po drodze samochód stawał parę razy, bo stały tam rodziny, to ogrodnika, to piekarza i innych, które witały wracającego Ojca! W szczególności małe dzieci były podawane do okna wozu. To było wzruszające. Po przyjeździe była skromna kolacja, patrzenie w telewizor, krótka rozmowa i… nocleg w pokoju ks. Dziwisza, który miał urlop. Rano, po śniadaniu, samochód papieski odwiózł mnie na lotnisko (po drodze wstąpiliśmy po mój mały bagaż). Byłem tym wszystkim oszołomiony. To była chyba najdziwniejsza przygoda mego życia!

W roku 1988, jak od kilku lat co roku, na życzenie Papieża byłem w Rzymie w październiku. Szesnastego była dziesiąta rocznica wyboru papieża. Nie chcąc robić «swojej» uroczystości, naznaczył na ten dzień beatyfikację o. Honorata Koźmińskiego, kapucyna i jakichś dwóch pasjonistów, obcokrajowców. Był duży zjazd świeckich, księży i biskupów. Nie chciałem być na tym, bo to męczące. Pojechałem do naszych sióstr z Lasek pod Asyż, gdzie od kilku lat cztery siostry mają swój dom zakonny na dawnej plebanii przy kościele Św. Apolinarego, we wsi Capodacqua d’Assisi, 5 km na południe od Asyżu, w ślicznym miejscu, wysoko na stoku góry Subasio. Cudowny stamtąd widok na południe, zachód i północ!

W tym dniu w Asyżu były śluby sześciu Małych Sióstr u św. Rufina. Byłem tam zaproszony i potem na posiłek w ślicznym i cudownie położonym opactwie benedyktyńskim (XII–XIV w.), na górze wśród lasu. Benedyktynów już dawno tam nie ma, gospodarują tu Mali Bracia. Około 16. ktoś mnie odwiózł do moich sióstr w Capodacqua. A one mi mówią, że miały telefon z Watykanu, że mam tam być na 19. na audiencji dla Polaków i potem na kolacji. Nie było już pociągu, więc siostry swoim samochodem zawiozły mnie do Rzymu”.

Musiała być jakaś przyczyna, dla której arcybiskup Wojtyła ściągał księdza Tadeusza do Krakowa, odbywał z nim długie rozmowy. To samo miało miejsce, gdy kardynał Wojtyła został Biskupem Rzymu i zapraszał księdza Tadeusza na rozmowy „pod gwiazdami”

Tu pozwolę sobie na małe wtrącenie. Otóż siostry opowiadają, że wtedy bardzo się spieszyły, żeby dojechać do Watykanu na czas, co było utrudnione przez popołudniowe rzymskie korki. Ksiądz Tadeusz, widząc ich zdenerwowanie, powiedział, że nie muszą się spieszyć, bo przecież wśród wielu gości i tak nikt nie zauważy jego nieobecności. Tymczasem, jak się okazało, był na tej kolacji jedynym gościem! Dalej ks. Tadeusz pisze:

„Dojechaliśmy na 19.30 na plac Św. Piotra i doszedłem do Watykanu na 19.45. Papież przyszedł na kolację dopiero na 20. Przed południem miał uroczystości beatyfikacyjne, trwające dwie i pół godziny. Obiad z biskupami też męczący. Po południu przyjął dwóch polskich ministrów, wieczorem audiencja dla Polaków, znów z biskupami. Kolacja była tylko we trzech z ks. Dziwiszem, sekretarzem. Papież był pogodny, uśmiechnięty – jakby cały dzień nic męczącego nie robił! Niezwykła jest jego siła.

W 1989 roku znów byłem w Rzymie. Powiedziano mi, że Papież będzie miał dla mnie czas dopiero po 15 listopada, a byłem tam od 5 października. 30. miałem jechać do Pescary i Asyżu, by 12. być w Rzymie. Ale 29. dostałem telefon, że 1 listopada mam być w Watykanie na kolacji. Znów byliśmy tylko we trzech. Przed południem była kanonizacja bł. Brata Alberta Chmielowskiego i bł. Agnieszki z Pragi. Było moc ludzi, bo i Czesi przybyli autokarami w liczbie ogromnej. Znów był męczący obiad z biskupami i audiencja dla Polaków, a na kolacji o dwudziestej Papież znów niezmęczony, pogodny, wesół. Po spacerze na dachu do 20.45 odesłano mnie do domu. W dniu mego odlotu 17 listopada byłem jeszcze raz na Mszy św. u Papieża, na śniadaniu i pożegnaniu, w południe odlot, a wieczorem w Laskach ponowna koncelebra!

Uprzednio byłem w Castel Gandolfo z ks. Marianem Jaworskim (później arcybiskupem Lwowa), który od czasów, gdy był w Krakowie, blisko przyjaźnił się z ks. Wojtyłą i następnie z Janem Pawłem.

Na Święta Wielkanocne i na Boże Narodzenie zawsze dostaję życzenia, nieraz poza tym otrzymuję listy. Trudno pojąć, że ten Człowiek przy ogromie swoich zajęć ma czas i głowę na taką korespondencję

Często słyszę od ludzi, że Papież jest «taki słaby». Myślę, że to nieraz wynika stąd, że ludzie przeważnie widzą Papieża przy ołtarzu. A wtedy [On] jest tak «zajęty» spotkaniem «na szczycie», że nie dba o swoją postawę i wygląda na słabego albo chorego. Po Mszy św. już się tej «słabości» nie widzi.

Jedną z cech tej osobowości jest zdumiewająca pamięć ludzi i zdarzeń. Gdy przejeżdża swoim papamobile wśród tłumów, patrzy nie na tłum, ale w oczy pojedynczym ludziom – i dlatego ci ludzie mają wrażenie osobistego spotkania z Papieżem. Przy tym Papież ma zdumiewającą pamięć. I jeszcze to, że pozostał tym samym człowiekiem, jakim był przed wielu laty (przed biskupstwem).

Izabela Broszkowska z Żółtowskich, „Szczęśliwe życie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu”, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2018.

Izabela Broszkowska z Żółtowskich, „Szczęśliwe życie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu”, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2018.

W tych moich «spotkaniach» ja nic nie mówię, albo mało. Papież potrzebuje uważnego, a dyskretnego słuchacza. Czasem o coś zapyta, ale to rzadko.

Wszystko to razem jest dla mnie niepojęte, dlaczego to tak? Może to, że umiem słuchać i nie przeszkadzam. A Papież, werbalizując swoje myśli, kontroluje sam siebie – nie wiem, czy słusznie tak myślę, ale innej racji nie widzę. Może moje rekolekcje na Jasnej Górze były bardzo «obiektywne» i to go zachęciło do rozmowy, i nadal jestem jak najbardziej obiektywny – tak jakby mnie nie było. Zresztą niczego w tym nie rozumiem. Sam prawie nic nie mówię – bo i nie mam nic do mówienia. A Papież jakoś ufa mojej dyskrecji.

Wszystko to jest zdumiewającą historią, której w istocie zupełnie nie rozumiem.

Laski, 15 I 1996                                                                          X.T.F”.

*

W swojej skromności ksiądz Tadeusz w tej opowieści bagatelizuje swoją rolę w relacji z biskupem, kardynałem, a w końcu papieżem Karolem Wojtyłą. Musiała być przecież jakaś przyczyna, dla której arcybiskup Wojtyła w trudnych momentach swojej działalności ściągał księdza Tadeusza do Krakowa, odbywał z nim długie rozmowy na Franciszkańskiej lub w czasie wyjazdów poza miasto. Po coś to było. To samo miało miejsce, gdy kardynał Wojtyła został Biskupem Rzymu i zapraszał księdza Tadeusza na rozmowy „pod gwiazdami”. Nawet z tej jego pełnej pokory opowieści wynika, że Ojciec Święty miał dla księdza Tadeusza specjalne względy – czekał na niego z kolacją, zapraszał do swego helikoptera i do Castel Gandolfo, zależało mu wyraźnie na tych spotkaniach. Tego wszystkiego by nie było, gdyby ks. Tadeusz był po prostu takim nic nie rozumiejącym słuchaczem, jakim się przedstawia.

O relacji ks. Tadeusza z Ojcem Świętym Janem Pawłem II mówi też rozległa korespondencja, którą prowadzili przez lata. W archiwum laskowym przechowywana jest teczka z tą korespondencją. Na ten temat oddaję głos Maciejowi Jakubowskiemu.

„Zaglądam do teczki z korespondencją od Ojca Świętego. Uważaliśmy, że nie ma tam nic ważnego, bo jak wieść niesie, ważniejsze listy ks. Tadeusz w pewnym momencie zebrał i przez osobę zaufaną odesłał do Rzymu, by przypadkiem po jego śmierci nie wpadły w czyjeś  niepowołane ręce. Rzeczywiście, w teczce są tylko kartki, listy i liściki z życzeniami, pozdrowieniami i podziękowaniami za życzenia, za różne informacje i za kolejne spotkania, ale te krótkie listy i liściki są bardzo ciepłe, z różnymi osobistymi uwagami świadczącymi o bliskich i serdecznych relacjach i zaufaniu do ks. Tadeusza. Natrafiam na uwagi czy aluzje do pewnych trosk Papieża oraz prośby o modlitwę w trudnych papieskich przedsięwzięciach, np. w kolejnych pielgrzymkach do «trudnych» krajów. Znajduję też uwagi żartobliwe, na przykład: «Kochany Ojciec [Tadeusz – I.B.] widzi dobro nawet tam, gdzie trzeba by go szukać ze szkłem powiększającym». Ale nie są to na pewno słowa przygany, lecz sympatii i akceptacji. Bardzo interesujący jest też odręczny list z listopada 1978 r., w którym Ojciec Święty dziękuje za gratulacje i życzenia związane z jego wyborem, a jednocześnie dziękuje za całe dobro otrzymane dotychczas od Księdza, który – jak pisze Papież – «był mi ostoją w tylu sprawach trudnych i delikatnych». I te wszystkie sprawy – pisze dalej Papież – «nadal składam w sercu Ojca, znając jego charyzmat stanu i dar rady» [podkreślenie moje – M.J.].

A zatem skromny kapłan z Lasek miał w sobie nie tylko dobroć, mądrość i życzliwy stosunek do ludzi, ale nadto charyzmat stanu i dar rady, jak to określa Papież. I dlatego mógł być tak poszukiwanym spowiednikiem, kierownikiem duchowym i doradcą bardzo wielu ludzi zwyczajnych i niezwyczajnych, młodych i starych, duchownych i świeckich”.

Fragment książki Izabeli Broszkowskiej, „Szczęśliwe życie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu”, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2018.

16 maja o godz. 17 w Przystanku Historia Centrum Edukacyjne IPN w Warszawie odbędzie się spotkanie Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, którego gościem będzie Izabela Broszkowska. Zapraszamy!