Kardynał Reinhard Marx zarzucił premierowi Bawarii, że tak zwanym dekretem o krzyżu dzieli społeczeństwo i wywołuje niepokój. Czy tak ostra reakcja była słuszna?

Przyznaję, byłem sceptyczny co do rozporządzenia bawarskiego rządu, by przy wejściu do każdego urzędu wieszać krzyż. Od razu skojarzyłem, że w październiku w tym niemieckim kraju związkowym odbędą się wybory do parlamentu, a rządzący chadecy z CSU boją się utraty głosów na rzecz Alternatywy dla Niemiec. To właśnie ta populistyczna w swoich wystąpieniach partia wypisała na sztandary rygorystyczną politykę wobec migrantów, szczególnie migrantów z krajów muzułmańskich. W najnowszych sondażach wspiera ją aż 13 procent Bawarczyków. Gdyby takim wynikiem zakończyły się jesienne wybory do landtagu, mogłoby to znacznie zaburzyć porządek partyjny, wedle którego od 1946 roku na prawo od rządzących tam zawsze chadeków nie było żadnej siły politycznej. Rozporządzenie bawarskiego rządu wyglądało więc dla mnie na zwykłą „grę pod publikę”, choć premier Markus Söder tłumaczył je faktem, że „krzyż jest podstawowym symbolem kulturowej tożsamości chrześcijańsko-zachodniego nurtu”.

Po takiej akcji było do przewidzenia, że odezwą się Zieloni i Lewica, przypominający, jak zwykle w takich momentach, o rozdziale państwa od Kościoła. Nie zdziwiło mnie też, że „dekret Södera” nie spodoba się wielu kolegom dziennikarzom, doszukującym się w nim „zamykania przed innymi kulturami”. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie reakcja niektórych środowisk chrześcijańskich. Głos zabrali teologowie, duszpasterze akademiccy, a w końcu biskupi (ewangeliccy i katoliccy), przestrzegając przed „upolitycznieniem krzyża”. Aż w końcu doszło do trzęsienia ziemi: na łamach dziennika „Süddeutsche Zeitung” przewodniczący niemieckiego episkopatu kard. Reinhard Marx zarzucił premierowi Bawarii, że jego decyzja wręcz „wywołuje niepokoje i dzieli społeczeństwo” oraz że „krzyż to znak sprzeciwu wobec przemocy, niesprawiedliwości, grzechu i śmierci, ale nie znak sprzeciwu wobec innych ludzi”.

Mam nieodparte wrażenie, że kard. Marx – by zacytować francuskiego klasyka – nie skorzystał ze sposobności, by siedzieć cicho. A jeśli zapytany przez dziennikarzy musiał się odnieść do sprawy, mógł to zrobić jak inni bawarscy biskupi, a wśród nich ordynariusz Bambergu abp Ludwig Schick, który powiedział, że dobrze jest wieszać krzyż „jako znak jedności, pojednania, pokoju, braterstwa i solidarności, ale wszyscy ludzie, którzy na niego patrzą, zobowiązują się do życia wartościami, które krzyż reprezentuje”. Tymczasem Westfalczyk Marx stanął w chórze czołowych polityków i wpływowych publicystów, którzy wszelkie konserwatywne ruchy bawarskich chadeków zawsze traktują z wyższością, a przynajmniej z pobłażliwym uśmiechem. Jego reakcja była o tyle zaskakująca, że jeszcze w 2006 roku jako ordynariusz Trewiru publicznie bronił krzyża, kiedy ten nie został ponownie zawieszony po remoncie w tamtejszych salach sądowych. I mimo że kard. Marx w międzyczasie już zrelatywizował swoje ostre wypowiedzi, mleko się rozlało. W ten sam weekend docenił on publicznie Karola Marksa i skrytykował wieszanie krzyży w urzędach. Niemcy zapamiętali jedynie, że „Marx jest przeciwny krzyżom”. Tyle, że chodziło o kardynała, a nie o autora komunistycznego Manifestu.

Krzyż jest elementarną częścią Bawarii zarówno w wymiarze społeczno-politycznym, jak i w jego krajobrazie, znacząco różniącym się od pozostałych niemieckich krajów związkowych

Czy tak ostra reakcja na „dekret o krzyżu” (jak go Niemcy tu nazwali) była słuszna? Przyjrzyjmy się Bawarii. Konstytucja tego kraju związkowego z 8 grudnia 1946 roku – czyli tuż po koszmarze II wojny światowej – w swojej strukturze opiera się na najważniejszych filarach katolickiej nauki społecznej, jak personalizm i godność każdego człowieka, szacunek dla słabszych, zasada pomocniczości i solidarności. Pierwsze słowa preambuły brzmią: „Wobec spustoszenia, do którego ocalałych po II wojnie światowej doprowadził państwowy i społeczny porządek bez Boga, bez sumienia i bez poszanowania godności człowieka (…) Naród Bawarski, pomny na swoją ponad tysiącletnią historię, nadaje sobie niniejszą demokratyczną Konstytucję”.

Zawarte w dalszych rozdziałach zdanie „Godność człowieka jest nienaruszalna. Jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem wszelkich władz państwowych” znajdzie się trzy lata później w konstytucji Republiki Federalnej Niemiec.

Krzyż w bawarskiej przestrzeni publicznej obecny jest prawie wszędzie. Pomijając setki barokowych kościołów zdobiących krajobraz tego regionu, spotkać go można na rozstajach dróg, na polnych kapliczkach i na ulicach miast, w restauracjach i kawiarniach, klubach sportowych i na alpejskich szczytach. Stawiany jako wyraz wiary bądź symbol kulturowy, przez wieki nie miał społeczeństwa dzielić, ale je scalać i wskazywać na jego fundamenty, wspomniane w konstytucji. Krzyż jest elementarną częścią Bawarii zarówno w wymiarze społeczno-politycznym, jak i w jego krajobrazie, znacząco różniącym się od pozostałych niemieckich krajów związkowych.

Pozostaje jeszcze upolitycznienie krzyża. Tyle, że zarzucać politykowi polityczne decyzje, to jakby zarzucać piekarzowi, że piecze chleb. Wszystko, co robi polityk, jest upolitycznione. Jego zadaniem jest pozyskiwać wyborców, a później wywiązywać się z wyborczych obietnic. A osobiste intencje premiera Bawarii? Tych pewnie nigdy nie poznamy. Wiemy natomiast, że Markus Söder jest praktykującym luteraninem, który przyznaje, że uczestniczy w grupie modlitewnej, w samochodzie słucha Biblii, a czasem wygłasza nawet kazania. Owszem, można mu zarzucić populistyczny ton w kwestii uchodźców, ale to właśnie Bawaria – po Nadrenii-Północnej Westfalii – przyjęła w ostatnich trzech latach największą ich liczbę.

Kard. Marx zarzucił Söderowi, że „dzieli społeczeństwo i wywołuje niepokój”. Tyle, że aż 56 procent Bawarczyków poparło swojego premiera. Abstrahując od krytycznych, głównie spoza Bawarii, głosów oraz faktu, że niechrześcijańskich migrantów ta sprawa pewnie mało obchodzi, Söder wywołał debatę o tożsamości. Już dawno Niemcy nie dyskutowali tak wiele o krzyżu. Gdyby jeszcze zaczęli mówić o Ukrzyżowanym, byłaby to całkiem niezła pożyteczna debata.