Zostawiamy świat w takim samym stanie, w jakim go zastaliśmy. Próbujemy coś zrobić, zwłaszcza ze sobą w tym świecie. Tylko przy dobrym stosunku do ludzi jest to do przyjęcia – mówiła Julia Hartwig w rozmowie z Janiną Koźbiel.

Wywiad ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 2/2014.

Janina Koźbiel: Jest Pani kimś, komu ma się ochotę zadać pytania najważniejsze, choćby to: jak żyć. Niezależnie od tego, czy pisze Pani eseje o artystach czy poezję, trwa Pani przy swoim pojmowaniu świata. Poprzez opisywany los próbuje Pani dotknąć arché. Trafiam na Pani teksty zawsze, kiedy szukam sposobu, by pozostać przy twórczym i optymistycznym nurcie.

Julia Hartwig: Bardzo mnie krzepi to, co Pani mówi. Mojej postawy nie nazwałabym jednak optymizmem, tylko raczej trwałą nadzieją. To określenie bardziej odpowiada mojemu stosunkowi do życia, który jest daleki od łatwej akceptacji. Wydaje mi się, że taki rodzaj nadziei wytwarza się w ludziach, którzy uparli się przy tym, żeby móc w końcu coś zaakceptować, a jako pisarze mają na uwadze to, że – jak to mistrz Czesław formułował – nie wolno zasmucać.

Przywołuje Pani tytuł ostatniego wywiadu Miłosza?

– Bardzo mi to utkwiło w głowie, bo jestem tego samego zdania i nigdy nie próbowałam przenosić swoich trosk i kłopotów na odbiorców. Oczywiście, jest niebezpieczeństwo, z którego zdaję sobie sprawę: to nie może być sztuczne. Nie mogę powiedzieć, że nikogo nie zmartwię, bo byłoby to nieprawdziwe. Myślę, że jeśli ulegam jakimś załamaniom, to wolno zgodzić się na to, że tak jest, i tylko szukać możliwości, żeby osłabić ten pęd negatywny, którego doznajemy w życiu. To jest dosyć trudne.

Myśli Pani jednak o czytelniku?

– Oczywiście, nawet w momentach załamania obawiałabym się to przekazywać, dlatego że to jest bardzo zaraźliwe, wszyscy od razu temu ulegają. Bo najłatwiej się temu poddać, najtrudniej się przeciwstawić. Sama nie mogę twierdzić, że się temu negatywnemu pędowi przeciwstawiłam, ale dobrze widzę, co jest, nie zamykam oczu nawet na własne postępki, a to rzecz trochę poprawia. Mam w sobie rodzaj instynktu samozachowawczego, jakąś odrobinę dobra, której chciałabym się nie pozbywać, a to przychodzi łatwo. Jest tyle okoliczności, które człowiekowi mówią: „czego ty chcesz, i tak się nie da”.

Przychodzi mi do głowy wiersz „To”. Miłosz mówi tam o ciemnym pierwiastku w sobie i o tym, że próbował nie dopuścić go do głosu. Taka postawa nie jest popularna we współczesnej sztuce.

– Bo ten ciemny pierwiastek jest fotogeniczny.

W wierszu „Głosy” mówi Pani: „potrzeba nam pieśni dostojnej, dołem ciemnej górą rozwidnionej”. Nawet kiedy Pani pisze o codzienności – a często tak jest – to zachowuje Pani odświętność w pisaniu. Czy nie?

– Ja po prostu bardzo stronię od wszelkich sytuacji wulgarnych, obniżających poziom myślenia i czucia; nie ma tam barbaryzmów, które są bardzo modne teraz. Niewątpliwie na tym poprzestanę. Taką drogą szłam od wczesnej młodości; dobrze sobie z tego sprawy nie zdawałam, natomiast zawsze miałam takie poczucie, że jest jakaś odpowiedzialność za to, co się pisze. Od młodości towarzyszy mi przekonanie, że ludzie chcą się czegoś dowiedzieć z poezji, czegoś nauczyć. Żeby ich umocniła. A nawet jeśli zobaczą, że ktoś ma trudności, to też się w jakiś sposób uspokoją, że wszyscy je mamy, czyli nie można załamywać się z tego powodu.

Wymaga to powagi, refleksji od czytelnika. A to nie jest skłonność powszechna.

– Bo do tego trzeba dojść wysiłkiem, to wymaga pewnej pracy. I trudno jest upowszechniać taką postawę. Wielu jest takich, którzy w ogóle nie zrozumieją, o co nam chodzi. Że jest ważne, aby – zanim się umrze – zrozumieć swój stosunek do świata. Że to życie zostało nam dane, i od nas zależy, czy coś z nim zrobimy, czy nie zrobimy nic. To pytanie trudne, bolesne i na ogół ludzie od niego uciekają. Jedni, bo są leniwi, bo im to w ogóle nie przychodzi do głowy. Ale rozumiem też, że człowiek czasem nie może podźwignąć własnych błędów. Znam takie własne chwile, kiedy nie można było nic zaradzić, bo coś się zdarzyło w życiu z tego powodu, że tak a nie inaczej myślałam.

Kiedy Pani mówi, że człowiek powinien zdać sobie sprawę z tego, jaki jest jego stosunek do życia, to zakłada Pani, że każdy osobiście podejmuje decyzję, jak żyć?

– Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi nie podejmuje takich decyzji. Żyją, bo taki jest przyjęty styl, bo tak żyli rodzice, bo moda…Czasem nie chcą się wyosobniać. Jest w człowieku taka potrzeba podwójna. Z jednej strony naprawdę chce wiedzieć, co się wokół niego dzieje. Z drugiej chce, aby jego słowa i czyny spotkały się z akceptacją. Mówię to, co mówię zawsze, mówię, co się mówi w podobnych sytuacjach. W podobnych. Łatwo odzwyczajamy się od tego, aby określać sytuacje wyraziście. Mało kto to umie. Teoretycznie powinien to umieć pisarz. I w końcu chyba tak jest.

Nigdy nie próbowałam przenosić swoich trosk i kłopotów na odbiorców

W teorii literatury są tendencje nazywane, m.in. przez Barthesa, jako śmierć autora. Interpretuję to jako podporządkowanie temu, czego – jak mniemamy – chce czytelnik. Współczesny pisarz często pisze pod czytelnika. W efekcie nie ma potrzeby określania własnego stosunku do życia.

– Nie wiem, jak to określić, jeśli tak jest. Mnie się zdaje, że każdy chce zostawić własny ślad. To, co robi, to będzie mu przyznane. I chyba to jest słuszne, nawet ewangeliczne, bo jak dostajesz dary, to ich nie zakopuj, tylko coś z nimi zrób, udoskonal je.

W Pani twórczości jest zadziwiająca spójność między tym, co Pani tłumaczyła, o czym Pani pisała jako eseistka i co Pani tworzyła jako poetka. Artur Międzyrzecki nazwał Panią uosobioną poezją. Na ile ta spójność była świadoma?

– Była na tyle świadoma, że związana z tym, czego ja właściwie szukałam w poezji. Nie dlatego, że sobie postanowiłam szukać, tylko tak się ujawniały moje prawdziwe upodobania, które sprawiały, że nad czymś się zastanawiałam, zatrzymywałam, a coś omijałam. Poezja francuska czy amerykańska, z którą miałam do czynienia, pociągała mnie tym, że jest jednak inna niż polska. Szukałam pewnej szlachetnej odmiany, to mnie ciekawiło.To było dosyć powierzchowne jako motywacja. Tam było coś, co mnie dziwiło, co mi dawało nowe przeżycie poetyckie. Bo to jest na końcu, co nie znaczy, że ja żyję dla poezji, ale wiem, czego szukam, i kiedy trafię, to jestem szczęśliwa. Poeci, których tłumaczyłam, to ci, których uznaję za kogoś bliskiego, mimo że tkwili daleko, w innej sytuacji kulturowej, tak jak Max Jacob czy Henri Michaux. Oni mieli swój wyrazisty świat i – jak patrzę dziś, bo nigdy tak o tym nie myślałam – był to dla mnie pewien rodzaj ucieczki od tego, co mi się wydawało zbyt dostępne, zbyt przyziemne. Szukałam innych wcieleń poprzez tę poezję. Myślę, że to jest naturalne dla wszystkich dobrych czytelników, że chcą się odnaleźć w czytanej poezji tak, by uzupełniała ogląd świata. Jestem osobą, która lubi poszukiwać, jestem ciekawa wszystkiego, łatwo mnie zachęcić do nowych rzeczy. Tylko to mnie zadowala, że przetłumaczyłam kogoś, kto ma stosunek do świata zupełnie inny, ale bliski mi, bo on nie jest sztuczny, tylko wynika z osobowości autora. Jeszcze dzisiaj, gdybym trafiła na coś takiego, byłabym skłonna tłumaczyć, choć jestem bardzo zajęta swoim „Dziennikiem”. I czekam na chwilę, żeby napisać wiersz. Bo pisanie wierszy to jest czekanie na taką dobrą chwilę.

Wspomniała Pani Jacoba. Jego definicja poezji jest niezwykle przekonująca: sytuacja plus styl. Mam tu wiersz Julii Hartwig „Pierwszy stopień szaleństwa”. Czy mogłaby Pani określić sytuację?

– To jest wiersz zbuntowany, jest już jak gdyby rezygnacją. I na końcu: „i jak tu można mówić o tożsamości”. A przecież można. Pani bardzo ciekawie wyjęła ten akurat wiersz, bo u mnie takich wierszy, gdzie ujawniam wyraźnie emocje, nie ma wiele; one zawsze coś mówią o autorze. A tu mocno się rozgniewałam.

Nie pamięta Pani okoliczności?

– To musiał być wynik jakichś ponurych myśli. Jeśli się mówi: „rzucić to wszystko”, to znaczy, że życie nas naprawdę nie szczędziło. Chciałoby się, żeby trochę zwolniło, dało trochę spokoju.

Mam inny: „Getsemane”…

– „Bunt budzi w nas skazanie na śmierć Izaaka”. Tu jest świadectwo bezsilności człowieka wobec tego, co się dzieje. Trudno nazwać ten wiersz religijnym, choć posługuje się on pewną sytuacją, atmosferą i postaciami z Biblii. To jest raczej wiersz bluźnierczy.

Czy można pisać taką poezję, która by zastąpiła religię? Czy sztuka może mieć takie ambicje?

– Nie, to jest niemożliwe, chociaż niektórzy trochę tak traktują poezję. I to przychodzi pokoleniami co jakiś czas zdarza się poeta, który tak uważa, tylko że ten, kto uważa poezję za religię, zaświadcza w najmocniejszy sposób właśnie coś przeciwnego. Poezja nie może być religią, to jest nie do osiągnięcia. Nawet jak wykorzystuje motywy religijne, a miewaliśmy takich poetów jak Liebert, to nie zawsze można uznać ich za poetów religijnych. Tu jest pułapka, taka poezja jest często trudna do przyjęcia. Czasem jest pochwałą, co przy małym talencie i dążności do zgody ze wszystkim sprawia, że nie dostajemy wybitnego dzieła sztuki. Ale często wyciąga się z tego wniosek, że świat prowadzony jest niesprawiedliwie, że ludziom nie została dana szansa, że dozwala się na szerzenie się zła. Ma się o to wszystko pretensję do sił najwyższych. I wskutek tego ta poezja niby religijna w końcu przestaje nią być. Tak jest dlatego, że dzieło sztuki coś na nas wymusza – co nie znaczy, że zmieniamy poglądy – ale wydobywa z nas to, czego nam brakuje. I to jest duża zaleta poezji, że ona otwiera ludziom oczy: wydaje im się, że są syci, a tymczasem brakuje im podstawowych elementów wspomagających w życiu.

To ciekawe określenie: „poezja wydobywa z nas to, czego nam brakuje”. Nie do końca zrozumiałe, bo poetyckie. Mogłaby Pani je rozwinąć?

– Poezja nas odsłania, a religia tego od nas nie oczekuje.Taki jest układ między tymi, którzy religię tworzyli, i tymi, którzy ją wyznają – zgodność. Ale w życiu jest nieuniknione, że budzą się w nas pytania, choćby to podstawowe: unde malum, skąd zło? To jest stałe pytanie i nie ma na nie odpowiedzi. Bo jak można odpowiedzieć? Od Pana Boga? Od szatana? Wszystko to są jakby mitologie dla współczesnego człowieka, który chciałby znaleźć prawdziwe źródło, a źródło zła jest prawdopodobnie w samym człowieku. Nie można go szukać poza nim. Oczywiście poza nami jest też masa zła, krzywd, są wojny, ohydne zachowania międzynarodowe, traktowanie ludzi w nieludzki sposób. Żyjąc, wiemy o tym wszystkim – choć staramy się nie mieć tego w pamięci, bo to by nam uniemożliwiło jakiekolwiek działanie – ale mamy równocześnie przekonanie, że w naszym działaniu niewiele tego prawdziwego dobra możemy wprowadzić.

Jak Pani radzi sobie z tymi pytaniami najważniejszymi, gdzie szuka Pani odpowiedzi?

– Czytam Biblię, Nowy Testament, i zawsze coś tam znajduję. To moje poszukiwanie ma właściwie charakter pseudoreligijny, choć nie chcę obniżać jego wartości, bo bardzo szanuję tę moją potrzebę. Znajduję wielką satysfakcję w tym czytaniu. I sam tok biblijny jest uspokajający, i ten sposób myślenia, który nam Chrystus przekazuje; żebyśmy nie szaleli, żebyśmy zrozumieli, jak to wszystko w życiu idzie. Głosił to spokojnie. Ale był taki moment, kiedy się rozgniewał, wypędzając przekupniów ze światyni. I to jest chyba dla nas wskazówka, że także mamy prawo ostro protestować przeciw temu, co jest antyludzkie. A tego jest bardzo dużo, coraz więcej. Człowiek chlubi się tym, że może interweniować w cudze życie, stwarza sobie w ten sposób prawo do samowoli…

Jest i inne zło: symboliczna łza dziecka, którą Dostojewski tak mocno przeciwstawiał Bogu. Jak Pani usprawiedliwia cierpienie niezawinione? Miała Pani w życiu takie momenty?

– Miałam je tylko kilkakrotnie w życiu – w sytuacjach utraty. I z tym naprawdę nie można się pogodzić. Jeśli zostaliśmy pozbawieni kogoś bliskiego, a ta osoba bliska była bardzo wartościowa… Bardzo dobrze znam ten rodzaj przeżycia. I ono nie jest przemijające, ono jest trwałe. Nie znika. I trzeba dać sobie do niego prawo. Inna postawa byłaby nieludzka. Trzeba – jak to mówią – opłakać coś. To taka ofiara. Nie myślimy o tym, że to jest ofiara, ale to jest uświęcenie.

Jak w wierszu „NIEOD- NIEWY- NIEDO-“ wpisującym się na pozór w nurt lingwistyczny?

– Tak, bo to jest jednocześnie wyrzut w stosunku do rzeczywistości, że nie możemy czemuś sprostać. W momentach utraty ludzie sobie przypominają, że czegoś nie zrobili albo nie powiedzieli czegoś, co by pomogło; że na pewno byłoby lepiej. To jest wstrząsające i piękne uczucie. I zarazem pozwala na uprzytomnienie sobie, jaka jest nasza postawa, jak patrzymy na to, co się dzieje i jak temu można próbować zaradzić. A w ogóle nie mam zdecydowanej nadziei, że zaradzić się da. Umrzemy z naszymi wahaniami, tylko próbujemy się z nimi mierzyć i staramy się, żeby nie one kierowały naszym życiem, żeby były traktowane jako nieuniknione – śmierci, choroby, fałsze – wszystko, co przeciw nam pracuje. Na to zamykać oczu nie można, ale nie można mieć nadziei, że to wszystko zwalczymy. Bo to niemożliwe. I to jest dosyć smutne. Zostawiamy świat w takim samym stanie, w jakim go zastaliśmy. Próbujemy coś zrobić, zwłaszcza ze sobą w tym świecie. To dosyć depresyjne, ale tak jest. Myślę, że tylko przy dobrym stosunku do ludzi, przy otwarciu na nich, jest to do przyjęcia.

Mając taką świadomość, zawsze była Pani osobą aktywną, bywała na kierowniczych stanowiskach. Działała Pani w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, należała do Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie… Czuła Pani, że i to jest powinność? Mimo że Pani tak pięknie kontempluje świat – przez pisanie?

– To nie wynikało z przemyślenia, tylko z pewnej potrzeby. Mnie to zawsze wciągało i dalej wciąga. Jak jest do zrobienia coś dobrego, co wiąże się z walką z przeszkodami, ja chętnie się przyłączam. Żal mi ludzi, którzy nigdy się nie przyczynili do tego, żeby coś wspomóc. Nie znaczy zaraz, że w takiej sytuacji czegoś wielkiego dokonamy. Bo często albo nie starcza nam siły, albo ludzie, w których wierzyliśmy, nie spełniają nadziei. Ale gdybyśmy tak myśleli od początku, nie zrobilibyśmy nic. A na to nie można sobie pozwolić.

Nie mogę nie wykorzystać szansy, by poznać Pani opinię o Lechu Wałęsie, zanim oceni go historia.

– Mam dziwny stosunek do Wałęsy. Bardzo cenię wszystko to, co zrobił, a co wydawało się nie do zrobienia. Inną sprawą jest jego osobowość. Ta jego osobowość jest – z jednej strony – wspaniała; że się nie bał, że miał odwagę. Ale z drugiej strony – jakby mało ukształtowana. Brzmi to trochę dziwnie, bo trudno o kogoś bardziej wyrazistego niż Wałęsa. Na jego przykładzie sprawdzają się słowa, że duch wieje, gdzie chce. On został przez los wybrany. I był wybrańcem, poruszył ludzi, pomógł wielu, a potem okazało się, że umysł i ciało nie są w stanie sprostać wszystkiemu. Gdy już wykonał, co było mu przeznaczone, to właściwie powinien zniknąć. To okropne, co mówię, życzę Lechowi Wałęsie najdłuższego życia i powodzenia. Ale ten ogień w nim wygasa. Tymczasem on zostaje z rozbudzonymi ambicjami, z pragnieniami, które mogły mu dawać miejsce zajmowane w historii, a przestaje być ważny, bo już nic więcej nie może zdziałać. Kiedy próbował zrobić coś więcej, to jakby stracił siłę.

Przypomina mi się jeden z Pani wierszy – „Dusza” – tyle że zamiast słowa tytułowego trzeba by użyć słowa „Duch”.

– Tak, ale w wierszu jest zracjonalizowany obraz.

A jak Pani ocenia swoją aktywność w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich?

– Wtedy trzeba było ludzi z chęcią działania. Tamten okres to był czas wielkiej aktywności. Jak widzę siebie, jak tam siedzę, to widzę jednocześnie dookoła same znakomitości. Nie będę ich tu wszystkich wymienić, ale Pani z pewnością wie, o kim myślę. Oni wszyscy odeszli. Dziś mnie raczej smuci, że to jakby przestało istnieć, nastąpił upadek chęci działania, na rynku poginęły różne wartości. Nie wiadomo, na co stawiać, co powinno się obstawiać.

Mówi Pani teraz w imieniu innych? Bo Pani z pewnością wie, na co postawić.

– Tylko że nie stawiam. Jestem i tyle. I ta obecność jest zauważana, bo jak są jakieś ważne sprawy, to ludzie przychodzą do mnie i nawet wiedzą od razu, jak odpowiem na ich pytania. Ale jestem zasmucona, bo nie ma teraz takiej jak kiedyś wspólnoty.

Pisanie wierszy to czekanie dobrą chwilę

Rozmywa się odpowiedzialność intelektualistów?

– Tak, z całą pewnością tak. To jest bardzo bolesne. Tego głosu twórczych ludzi bardzo potrzebujemy.

Jak Pani radziła sobie z wyborami politycznymi w życiu?

– Nie pamiętam żadnego momentu wahania. Wszystko, co powstawało w latach osiemdziesiątych, wydawało się bezapelacyjnie dobre. Można się było w to włączyć bez żadnego wewnętrznego ryzyka. Wszystko było po naszej myśli. Pod tym względem udało mi się, bo przeżyłam wiele miesięcy aktywnego życia w Polsce. Poznałam wielu ludzi wartościowych, bez których nie może zaistnieć żaden ważny ruch społeczny. Jak jest dwóch-trzech takich, to potrafią dźwignąć…

Dziś najaktywniejsze są grupy kobiece. Wydała Pani m.in. antologię poetek amerykańskich, ale jednocześnie o feminizmie pisze Pani czasem w „Dzienniku…” pobłażliwie.

– Nie mogę chcieć okazać wyższości, bo takiego poczucia nie mam, wiem, jak rzeczy pozytywne czasem rozmywają się w działaniu. Nigdy w pełni nie rozumiałam, dlaczego akurat kobiety mają osobno działać. Sama unikam takich sytuacji. Oczywiście, kobiety mają trochę inne prawa w społeczności, to prawda, może rzeczywiście coś uzyskały dzięki swoim organizacjom, ale nie znoszę tej atmosfery między kobietami; tam się mówi tyle rzeczy błahych, nieważnych. Brakuje mi do tego cierpliwości; muszę się przyznać, że tak jest, nie jestem ideałem, żebym wszystko już rozumiała do końca; i akceptowała. Ale jak jest jakaś ważna akcja, gotowa jestem współdziałać.

A czy jest coś takiego, jak kobiecość?

– Pytanie jest ważne, ale też i kłopotliwe. Wypowiedzi i rozprawy na ten temat rozgrywają się niezbornie i na tak szerokim tle, że po prostu nie wiadomo, jak się tam usadowić.Temat jest zamulony, dyskusje łączą się z chórem zawiedzionych nadziei, obolałości i pretensji, temperamenty grają, powaga nierzadko sąsiaduje ze śmiesznością.

W tym, co Pani dostrzegała w Ameryce, jest wiele zjawisk, które teraz do nas dotarły, np. moda na wegeterianizm czy społeczna rola reklamy. Widać, że Pani lubi te nowe rzeczy, ale od razu zauważa drugą stronę – niebezpieczeństwo w przesadzie. To rzadki dar.

– Wiele lat spędziłam na Zachodzie i tam nauczyłam się rzeczowości. Kiedyś byłoby mnie łatwo skusić jakimiś nadziejami, teraz staram się zawsze twardo stać na ziemi. Jeśli mi ktoś coś proponuje, to zawsze chcę wiedzieć, co to naprawdę znaczy. Czasem jest ważna przykrywka.

W Ameryce uczyła Pani pisania. Wierzy Pani, że to możliwe?

– Jako wstęp to ma sens. Można nauczyć kompozycji, pokazać, jak ważna jest rzeczowość. Jak rozwijać temat; że trzeba iść po kolei aż do tezy. Można pokazywać to na przykładach – myślę o eseistyce i powieści. W to, żeby można było nauczyć pisania poezji, nie wierzę. Można tylko czytać dobrą poezję, to jedyne, co można robić wspólnie.

Zainteresowało mnie to, co pisze Pani o stosunku do języka – innym w USA niż we Francji. Czy powinniśmy któryś z tych narodów naśladować?

– U Francuzów stosunek do języka jest czymś świętym – może teraz trochę mniej, bo dyscyplina językowa wszędzie się rozluźnia, we Francji także, i to jest na pewno skutek dużej imigracji. Jest dobry francuski, jest doskonały i jest zły, czyli ten, którym obraca się na co dzień. Bardzo wysoki jest standard języka francuskiego, jakiego oczekuje się od pisarza, choć tam też pojawiła się w pewnym momencie moda, żeby pisać złą francuzczyzną, bo powieść tego wymagała. Ale mówimy o tendencji ogólnej…W tym wzorcowym francuskim najważniejsza jest jasność – clarté.

Z pozoru wydaje się, że jasność nie pasuje do poezji, ale Pani zawsze była tej jasności wierna.

– Było to dla mnie ważne, nawet jeśli pisałam o sprawach niejasnych. Zupełnie inaczej jest w Ameryce, gdzie sprawa języka nawet nie bywa publicznie dyskutowana. Nigdy nie słyszałam Amerykanów upominających się, aby ludzie mówili dobrą angielszczyzną czy amerykańszczyzną, która jako język imigrantów zawsze była zanieczyszczonym angielskim. Im chodzi o to, aby się porozumieć w najprostszych sprawach. Pod pewnymi względami przypomina to sytuację w Polsce, którą jestem bardzo przestraszona. Nikt nikomu nie wytyka tego, że coś napisze źle, okropne są skutki panoszenia się polszczyzny gazetowej, która jest nie tylko chuda, ale też po prostu podła w gatunku. Nawet nie wiem, czy jest celowe walczyć – może to jest naturalny proces? Ludzie coraz krócej mówią; to nie są już zdania, tylko odpowiedniki zdań, pojedyncze słowa. Wskutek tego słownik, którym dysponujemy, staje się coraz uboższy. Mnie się to nie podoba, ale nie mogę postulować czegoś, co będzie zawieszone w powietrzu. Nie widzę środków, aby odzyskać pewne obszary. To jest jak potop. Bardzo jestem zmartwiona, bo jest to mój środek pracy. Często uczestniczę w jakiejś rozmowie i aż mi wstyd, bo dokładnie słyszę, co ludzie źle mówią, a poprawić ich nie mogę. Nie dlatego, że czuję się wyższa…

Nigdy takiej postawy nie zauważyłam u Pani, choć u pisarzy jest ona częsta (i może niekiedy słusznie). U Pani jest współczucie albo próba wejścia w inny punkt widzenia.

– Bardzo się tego wystrzegam, powiem Pani szczerze, i staram się rozumieć okoliczności. Wydaje mi się, że poczucie wyższości jest mnie niegodne.

Dziękuję. I za rozmowę, i za twórczość jako świadectwo życia.

Julia Hartwig – ur. 1921, zm. 2017, polska poetka i eseistka, tłumaczka literatury pięknej z języka francuskiego i angielskiego. Swoje wiersze i artykuły ogłaszała między innymi w „Więzi”, „Odrodzeniu”, „Nowej Kulturze”, „Tygodniku Powszechnym”, „Twórczości” i „Zeszytach Literackich”. Autorka takich tomików jak „Pożegnania”, „Czułość”, „Błyski” i „Zapisane”.

Wywiad ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 2/2014.