Gdybym miała Hannę Chrzanowską do kogoś porównać, powiedziałabym, że to ks. Jan Kaczkowski w spódnicy. Całe dorosłe życie z pełnym oddaniem – jak on – poświęciła chorym oraz trosce o upowszechnianie wiedzy, jak należy się nimi opiekować.

Hanna Chrzanowska (1902-1973) była pionierką pielęgniarstwa społecznego, określanego również jako otwarte (dla odróżnienia od pracy pielęgniarek w szpitalach i innych zakładach zamkniętych), którego jedną z form była opieka domowa. Uważała, że przewlekle chorego człowieka, który z różnych powodów nie ma już szans być otoczony leczeniem szpitalnym, należy otoczyć wielowymiarową opieką. Stawiała więc pielęgniarce bardzo wysokie wymagania. Miała ona nie tylko zadbać o higienę osobistą chorego, opatrywać jego rany (odleżyny uważane były wówczas za klęskę pielęgniarki), lecz także – w miarę swoich możliwości – ulżyć jego różnorodnym dolegliwościom, a jeśli nie było to w jej gestii, postarać się, aby odwiedził go lekarz.

Pierwszym jednak zadaniem pielęgniarki domowej było spotkać w chorym człowieka, okazać mu szacunek i empatię, zainteresować się jego życiem, problemami i potrzebami, również tymi najbardziej podstawowymi, jak posiłki, czysta bielizna, uporządkowanie mieszkania. Zadaniem pielęgniarki było pomóc cierpiącemu w taki sposób, aby uszanować jego godność. I to w każdych warunkach, a może szczególnie wtedy, gdy pielęgniarka trafiała do obskurnego mieszkania, gdzie na przykład chora na raka kobieta leżała we własnych odchodach, zaatakowana przez wszy i pchły, które gnieździły się w jej ranach.

Kiedy nie mogła dostać się do domu chorego, bycie damą chowała do kieszeni i wchodziła przez… okno. Tak bardzo była nastrojona na drugiego człowieka, zwłaszcza cierpiącego i bezbronnego

Chorego widziała Chrzanowska – i tego samego wymagała od innych – w całej jego fizyczno-psychiczno-duchowej naturze. Dbała również o to, aby chorych odwiedzali księża, by odprawiano w domach Msze święte. Wyczulona była – i uwrażliwiała na to pielęgniarki – na psychiczne i duchowe cierpienie pacjentów. W tych swoich intuicjach bardzo była bliska idei opieki paliatywnej, a w organizowanym przez nią pielęgniarstwie domowym widzieć należy zaczyn realizowania w praktyce idei hospicjum domowego.

Zaprzyjaźniona z Hanną Wacława Bogdal – której wspomnienie przywołuje Marzena Florkowska w swojej arcyciekawej książce „Radość dawania. Hanna Chrzanowska we wspomnieniach, listach i anegdotach” – pamiętała, że Chrzanowska miała wzruszający stosunek do ludzi w podeszłym wieku, nieporadnych, wobec których nawet rodzina zajmowała postawę obojętną czy wręcz wrogą. Omawiała sprawy stosunku dorosłych dzieci do rodziców, ewentualne konflikty w środowiskach domowych. Uważała, że od tego w dużej mierze zależy szczęśliwe lub tragiczne życie starego człowieka. Podkreślała wagę tego bezpośredniego kontaktu pielęgniarki z chorym w domu.

Dama i posługaczka

Dla Hanny Chrzanowskiej pielęgniarstwo było powołaniem, a opiekę nad chorym uważała za zaszczyt (podobnie jak towarzyszenie mu w umieraniu). I uważała, że tak być powinno. Protestowała, kiedy dostrzegała w pielęgniarce kompleks niższości. Śmiała się wówczas, że jeśli sama ma jakiś kompleks, to chyba kompleks wyższości, że jest pielęgniarką. Twierdziła również, że pielęgniarka powinna być damą – powinna starać się chorego zainteresować rozmową, próbować odwrócić jego uwagę od choroby, dowartościować jako człowieka, choćby tym, że wysłucha, złoży życzenia imieninowe, przyniesie gałązki bzu.

Z zapisków Chrzanowskiej można wywnioskować, że niejeden z jej podopiecznych był dla niej duchowym nauczycielem

Ona sama była damą. Skromnie, ale zawsze elegancko ubrana (na „służbie” w wykrochmalonym nieskazitelnie białym fartuchu), wysławiająca się piękną polszczyzną, dystyngowana, ale też pełna poczucia humoru. Oto mała jego próbka – napisany przez nią u kresu życia (kiedy złożona już była ciężką chorobą nowotworową) żartobliwy życiorys.

„24. I. 73, wiek XX, godz. 21,03. Łobzowska 61 m. 6, II p. drzwi na prawo, tel. 331-39, 31-319 Kraków. Hanna Helena Chrzanowska, ur. 7. X. 1902 w Warszawie, Senatorska 38, II p. drzwi […]. Rysopis: gęba niegdyś piękna. Włosy niegdyś blond. Wykształcenie: niższe. Zawód: posługaczka oraz pośredniczka od wszystkiego. Charakter: pogodny skąpiec i dusigrosz. Zainteresowania: «kobra» i Synod”.

Była tak mocno nastrojona na drugiego człowieka, zwłaszcza tego cierpiącego i z różnych powodów bezbronnego, że kiedy na przykład nie mogła dostać się do domu chorego, bycie damą chowała do kieszeni i wchodziła przez… okno.

Bzik, zaszczyt i pasja

Los człowieka cierpiącego poruszał ją od samego dzieciństwa, ale o dziwo nigdy nie myślała o medycynie.

Duży wpływ na wybór jej drogi życiowej miała ukochana ciotka, Zofia Szlenkierówna – młodsza siostra matki Hanny. Zofia była m.in. pomysłodawczynią i fundatorką szpitala dziecięcego wybudowanego na Lesznie w Warszawie, któremu nadała imiona swoich rodziców Karola i Marii, wielkich filantropów. Dwunastoletnia Hanna trafiła do tego imponującego gmachu jako pacjentka z powodu czerwonki.

O tym pobycie w szpitalu tak pisała: „Cudowne wspomnienia! […] To był jakiś ziszczony sen dziecka o ludzkiej dobroci. Byłam wprawdzie chora, ale nie tyle, by nie móc się delektować opieką nawet pierwszego dnia i pierwszej nocy. […] W nocy pielęgnowała mnie pani Aniela. […] Gdybym miała pisać powieść, a nie pamiętnik, na pewno panna Aniela stanowiłaby w niej postać centralną. […] Czułam się naprawdę chora i troskę panny Anieli odczuwałam wtedy […] głęboko. Chodziło o jakąś cichość, miękkość jej obejścia, głosu, dotknięcia. O postać w półmroku nocnej lampki nieruchomą, a na moje wezwanie szybko, natychmiastowo działającą, uprzedzającą prośby. O tak, w powieści byłby wstęp taki: Ta noc zadecydowała o całym jej życiu. […] była to naprawdę moja pierwsza pielęgniarska noc”.

Dla Chrzanowskiej pielęgniarstwo było powołaniem, a opiekę nad chorym uważała za zaszczyt

W 1918 roku Hanna razem z przyjaciółką zapisuje się na sześciotygodniowy kurs pielęgniarski prowadzony przez przedstawicielki Amerykańskiego Czerwonego Krzyża. W swoim pamiętniku notuje: „Niektóre zabiegi wykonywałam potem w domu […] na mojej matce, cierpliwiej jak zawsze wobec moich pomysłów i na pewno zadowolonej, że mnie to bierze”. I dalej: „Rany, operacje, opatrunki, poszczególne indywidualności chorych – to wszystko przejęło nas tak dalece, że zupełnie o czym innym nie mówiłyśmy ani między sobą, ani w domu, ani wśród przyjaciół. Uważano, że mamy bzika”.

Po maturze, zdanej z wyróżnieniem w 1920 roku, trafia na… polonistykę. Lekarzem być, jak wiadomo, nie chciała, a szkoły pielęgniarskiej wówczas nie było. Kiedy jednak dowiaduje się, że jesienią następnego roku rusza w Warszawie taka szkoła, natychmiast postanawia przenieść się do niej. Rodzice – Wanda ze Szlenkierów i Ignacy Chrzanowski (znakomity, uwielbiany przez studentów oraz współpracowników historyk literatury, zmarły w obozie koncentracyjnym) – przyjęli decyzję córki z aprobatą. Ale w swoim pamiętniku Hanna zapisała: „Pewna pańcia tłumaczyła mi, że co innego pielęgnować żołnierzy podczas wojny, a co innego iść do zwykłego szpitala, gdzie właściwie nie ma co robić. (To znaczyło: nie ma co robić dla przyzwoitych osób)”.

O nauce w warszawskiej szkole, gdzie panował duży rygor, ale też wzajemna życzliwość studiujących i nauczycieli, wypowiadała się Chrzanowska w superlatywach. To właśnie w tej szkole wpajano przyszłym adeptkom pielęgniarstwa, że kiedy posługują chorym, spotyka je… zaszczyt. „Nie znałam jeszcze wtedy – zapisze Chrzanowska w pamiętniku – średniowiecznego określenia nos seigneurs les malades (nasi panowie chorzy). Ale o to właśnie chodziło. Byłyśmy nastawione na maksimum. Maksimum szalejące. […] chciałyśmy naprawdę jak najwięcej służyć. Oczywiście nie bez młodzieńczej egzaltacji”.

Była tak dobrą studentką, że wysłano ją na roczne stypendium do Paryża, gdzie przez rok nie tylko pogłębiała swoją wiedzę w dziedzinie pielęgniarstwa, ale również, jak to określiła, runęło tam na nią piękno Paryża. Potem było jeszcze stypendium w Belgii. I wreszcie praca instruktorki pielęgniarstwa społecznego w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. Praca dydaktyczna to ważna cześć jej życia zawodowego (pracowała również w szkole pielęgniarskiej w Warszawie). Chociaż bardzo wymagająca, była niezwykle cenioną, lubianą, często wręcz ukochaną wykładowczynią. Zawsze gotową do rady czy pomocy swoim uczennicom, wrażliwa na ich problemy czy potrzeby.

Pracę dydaktyczną łączyła z praktykowaniem służenia chorym. W odwiedzanie ich w domach angażowała swoje uczennice, co nie zawsze było dla nich oczywiste – „chodzenie na dziady”, jak to nazywały, było trudnym wyzwaniem. Ostatecznie jednak wdzięczne były profesorce za to fundamentalne w ich pracy pielęgniarki doświadczenie.

W czasie II wojny światowej Chrzanowska pracowała w Sekcji Pomocy Wysiedlonym Polskiego Komitetu Opiekuńczego. Pomagano tam pojedynczym osobom i całym transportom trafiającym do Krakowa, liczącym po kilkaset osób. W tamtym czasie pracowała również na oddziale noworodków krakowskiej Kliniki Położniczej. A także pomagała dzieciom żydowskim. Przekonywała zamożniejsze rodziny, aby przyjmowały na obiady potrzebujące dzieci. Dla tych, które straciły rodziców, szukała rodzin zastępczych. Była tu niezwykle wrażliwa i przezorna, zawsze zasięgała opinii o ewentualnych rodzicach, aby mieć pewność, że osierocone dziecko trafi do rodziny, która otoczy je czułą troską.

Tym, co Hanna Chrzanowska robiła w pracy zawodowej i społecznie, obdzielić można by kilka życiorysów. Kiedy w wyniku zlikwidowania przez władze w marcu 1958 roku Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego w Kobierzynie, w której w 1957 roku została dyrektorką, oznajmiła: „Długie lata byłam instruktorką, dyrektorką […]. Co za radość na stare lata dorwać się do chorych: myć, szorować, otrząsać pchły. Prostota, zwyczajność zabiegów – to najważniejsze dla chorego”.

Pielęgniarstwo parafialne, czyli Kościół naprawdę jako szpital

„Oprzeć opiekę nad chorym o Kościół. Odtąd zaczęłam w sobie i na zewnątrz domagać się i walczyć o urzeczywistnienie tej myśli”. Mogła zacząć wcielać ją w życie w 1957 roku. Już wcześniej próbowała zainteresować wybrane zgromadzenia zakonne, a także proboszczów opieką nad przewlekle chorymi w domach. Trudno jednak było zjednać jej kogoś z nich do tego pomysłu.

Z pomocą przyszłą jej Zofia Szlendak-Cholewińska, wówczas instruktorka pielęgniarstwa domowego. Umówiła siebie i Hannę z ks. Karolem Wojtyłą, którego wiele lat wcześniej poprosiła, by odwiedził jednego z chorych, a potem wielokrotnie korzystała z jego duszpasterskiej pomocy. Hanna tak opisała to spotkanie: „Rozmowa była krótka. We mnie się paliło: «musisz dopomóc»! Słuchał z tym swoim dowcipnym uśmiechem, jakby lekko drwiącym. Nie wiedziałam jeszcze, że mam przed sobą najwspanialszego słuchacza wielkich spraw”.

Ksiądz Wojtyła doprowadził do spotkania Hanny z ks. Ferdynandem Machayem, proboszczem katedry Mariackiej, osobą znaną i szanowaną w Krakowie. Hanna z pasją wyłożyła mu dramatyczną sytuację przewlekle chorych pozostawionych samym sobie w domach, często skazanych na ból, żyjących w urągających człowiekowi warunkach. Oświadczyła, że konieczne jest zatrudnienie przez proboszcza stałej płatnej opiekunki chorych. „1000 złotych miesięcznie wystarczy?” – zapytał.

„Cioteczka – tak nazywano Chrzanowską – miała bardzo jasno sprecyzowaną ideę, że pomoc chorym trzeba zorganizować nie charytatywnie, ale w oparciu o osoby całkowicie temu oddane, opłacane. Ludzie muszą z czegoś żyć. Ona była realistką” – wspomina Szlendak-Cholewińska.

Tym, co Hanna Chrzanowska robiła w pracy zawodowej i społecznie, obdzielić można by kilka życiorysów

Hanna Chrzanowska zabiegała o swoich chorych, gdzie tylko mogła – wielką pomoc okazywał Karol Wojtyła, z którym znakomicie się rozumieli i który widział ogromną potrzebę pielęgniarstwa domowego i parafialnego. Kiedy już był biskupem, ich wspólne odwiedziny u chorych w Wielkim Poście były stałym zwyczajem. Chrzanowska trafiła również do prowadzonego przez ks. Adama Bonieckiego przy parafii św. Anny duszpasterstwa akademickiego z nadzieją zwerbowania wolontariuszy. Na początku nie było odzewu, z czasem jednak wielu studentów zaangażowało się w ten wolontariat.

W ciągu kilkunastu lat udało się w pewnej części krakowskich parafii i wybranych parafiach w kilku innych miejscowościach stworzyć „oddziały” pielęgniarstwa parafialnego. Nad wszystkim czuwała Hanna Chrzanowska. W 1957 roku opieką objętych było 25 chorych, a w roku 1970 liczba ta wzrosła do 563 osób.

Chrzanowska marzyła, aby uwięzionych zazwyczaj przez chorobę w domach pacjentów, zabrać na wypoczynek w jakieś atrakcyjne miejsce. Udało się – w 1964 zorganizowano pierwszy taki wyjazd do domu rekolekcyjnego salwatorianów w Trzebini koło Krakowa. Były kolejne. Wspaniale wspominane przez chorych i opiekujących się nimi wolontariuszy. Jedni i drudzy na te wyjazdy bardzo czekali i cieszyli się nimi. Jeden z chorych wyznał: „odkąd zachorowałem, te rekolekcje to sól mojego życia”. Opiekę duszpasterską pełnili na nich m. in. benedyktyni o. Leon Knabit i o. Karol Meissner, a także chory ks. Piotr Jełowiecki z Warszawy, dla którego była to rzadka możliwość służenia swoją duchową posługą.

Z powodu i dla Boga?

Hanna była wprawdzie absolwentką krakowskiego Gimnazjum Sióstr urszulanek, ale we wczesnej młodości kwestie wiary były jej raczej obojętne. Zarówno jako uczennica warszawskiej szkoły pielęgniarskiej, jak i wykładowczyni w szkole krakowskiej była niechętna organizowaniu rekolekcji dla uczennic i innym praktykom religijnym. Ojciec Chrzanowskiej był katolikiem, a matka luteranką – nie byli jednak praktykujący.

Wspominała: „Nigdy nie słyszałam – ja, która wzrosłam w atmosferze dobroczynności i dobroci, że się ją pełni dla miłości Boga i z miłości do Boga. Nigdy nie powiedziano mi, że mam być dobra z powodu Boga i dla Boga”. Jak odnalazła Boga, jak nawiązała z Nim głęboką więź, i kiedy miało to swój początek?

Maria Strzembosz wspominała: „Przez wiele lat dojrzewała do głębokiej religijności. Na ten temat nie zwierzała się nawet najbliższym. W tej powściągliwości słyszało się najczęściej nutę czułości, gdy mówiła o Matce Bożej, którą chciała naśladować, zwłaszcza, kiedy szła […], aby usłużyć Elżbiecie. Właśnie „dlatego trudno ustalić – pisze w swojej książce Marzena Florkowska – kiedy prawdziwie odnalazła Boga i jaką drogę duchową musiała przejść, aby to osiągnąć”.

Istotne znaczenie w jej odkrywaniu Boga miał kontakt z ogromem ludzkiego cierpienia

Florkowska sugeruje, że być może udział w tym głębokim przebudzeniu Hanny do wiary miała Maria Starowieyska, jej przyjaciółka, z którą razem redagowały miesięcznik „Pielęgniarka polska” (Chrzanowska pełniła tu funkcję redaktor naczelnej). Obie znalazły się w grupie członkiń założycielek Katolickiego Związku Pielęgniarek Polskich. Istotną rolę odegrał tu zapewne także tyniecki klasztor, który odwiedzała i w którym przeżywała pięknie odprawiane Triduum Paschalne.

Można przypuszczać, że istotne znaczenie w jej odkrywaniu Boga miał kontakt z ogromem ludzkiego cierpienia. Z jej zapisków można wywnioskować, że niejeden z jej podopiecznych był dla niej duchowym nauczycielem. Niewątpliwe wydaje się, że do bliskości z Bogiem podprowadziła ją również autentyczna bezinteresowna miłość do drugiego człowieka, zwłaszcza tego cierpiącego i bezbronnego.

„Wycofać siebie – notowała – puścić się na szerokie wody miłości, nie z zaciśniętymi zębami, nie dla umartwienia, nie dla przymusu, nie traktować chorego jak drabiny do nieba. Chyba tylko wtedy, kiedy jesteśmy wolne od siebie, naprawdę służymy Chrystusowi w chorych”. A w innym miejscu: „Tak dobrze pamiętam moich chorych, bo naprawdę ich kochałam, sama sobie tego nie uświadamiając”.

Dbała nie tylko o własny rozwój duchowy – organizowała konferencje Msze św. i rekolekcje dla pielęgniarek. O. Leon Knabit nazwał ją „kontemplacyjną duszą”.

Magnificat

Odeszła 29 kwietnia 1973 r. w Białą Niedzielę. W dniu pogrzebu żegnały ją tłumy krakowian, wielu nie kryło łez, istotną ich część stanowiły osoby chore i z niepełnosprawnością, często na wózkach. Uroczystościom pogrzebowym na Cmentarzu Rakowickim przewodniczył kard. Wojtyła, który specjalnie przyjechał do Krakowa z obrad Konferencji Episkopatu Polski. W homilii pogrzebowej mówił: „Dziękujemy Ci, Pani Hanno, że byłaś wśród nas […] jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, zwłaszcza tego, które mówi: błogosławieni miłosierni”. Kiedy trumnę składano w grobie, kardynał zaintonował, wbrew pogrzebowym zwyczajom, Magnificat.