Dlaczego Donald Tusk wyraża zadowolenie z reelekcji autorytarnego przywódcy, a europosłowie Ryszard Czarnecki i Kosma Złotowski uznają wybory za demokratyczne i uczciwe?

W połowie kwietnia w Azerbejdżanie odbyły się wybory prezydenckie. Z 86-procentowym poparciem wygrał je Ilham Alijew, który w pałacu prezydenckim zasiada od 15 lat (w 2003 roku przejął władzę od swojego ojca Hejdara Alijewa po jego 10-letniej prezydenturze).

Zgodnie z konstytucją Azerbejdżanu kompetencje prezydenta są bardzo szerokie, co daje mu praktycznie władzę absolutną. W 2016 roku Ilham Alijew zmienił ustawę zasadniczą, umożliwiając sobie reelekcje bez ograniczeń. W pełni kontroluje władze wykonawczą, ustawodawczą (bezwzględną większość Medżlisu tworzą członkowie jego partii) i sądowniczą. 

Indeks poziomu demokracji przygotowywany przez organizację Freedom House od lat wskazuje, że Azerbejdżan nie jest krajem wolnym, a rządy Alijewa należy traktować jako autorytarne. Dynastia Alijewów odpowiada za masowe naruszenia praw człowieka i jest zaangażowana w międzynarodowe skandale korupcyjne.

W tej chwili w kraju nie ma prawdziwej opozycji – jej członkowie zostali pod fałszywymi zarzutami umieszczeni na długie lata w więzieniu albo zmuszeni do ucieczki za granicę. W rękach władzy są również media. Niezależnych dziennikarzy spotkał ten sam los co opozycjonistów. Organizacje pozarządowe, które niegdyś czuwały nad skrawkami gwarancji poszanowania praw człowieka, musiały zejść do podziemia.

Sumienie Tuska zostało skutecznie uśpione przez azerski gaz i ropę, które Unia Europejska traktuje jako alternatywę dla zasobów rosyjskich

Nie byłoby w wygranej Alijewa nic dziwnego, gdyby nie jej legitymizacja przez czołowych polityków europejskich. Dwóch polskich europosłów, Ryszard Czarnecki i Kosma Złotowski, wybrało się do Baku na obserwację wyborów prezydenckich wbrew woli Parlamentu Europejskiego. Posłowie ci należą do parlamentarnej komisji współpracy między Unią Europejską i Azerbejdżanem. Misja, w której wzięli udział, została jednak zorganizowana przez ich ugrupowanie parlamentarne. Sam Parlament zadecydował, że w akcie protestu przeciwko rządom Alijewa nie będzie organizował misji obserwacyjnej do Azerbejdżanu.

Według raportu podsumowującego wizytę dwóch posłów wybory były demokratyczne i uczciwe. Tymczasem konkluzje z monitoringu przeprowadzonego w tym czasie przez Organizację Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie mówią coś zgoła odmiennego. OBWE – która specjalizuje się w obserwacji wyborów – uznała je za niedemokratyczne i sfałszowane. Za samowolną obserwację wyborów na europosłów został nałożony zakaz udziału w misjach obserwacyjnych do końca kadencji Parlamentu Europejskiego. Szkoda, że posłowie nie pomyśleli, iż misja obserwacyjna, jak również wystawiona przez nich laurka, legitymizuje rządy jednego z najgorszych autorytarnych przywódców państw sąsiadujących z Europą.

Przypadek uśpionych sumień dwóch europosłów to niestety nie wszystko. List gratulacyjny do Alijewa skierował bowiem sam przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. 

Przewodniczący RE nie tylko wyraża zadowolenie z reelekcji autorytarnego przywódcy, lecz także cieszy się na dalszą współpracę, między innymi w ramach Partnerstwa Wschodniego. Obok Tuska listy gratulacyjne do Alijewa skierowali prezydenci Rosji, Kazachstanu czy Iranu. Niestety podobnie jak przewodniczący RE zachował się Thorbjørn Jagland, sekretarz generalny Rady Europy – organizacji, która ma za zadanie stać na straży demokracji i praw człowieka. Sumienie Tuska zostało prawdopodobnie skutecznie uśpione przez azerski gaz i ropę, które Unia Europejska traktuje jako alternatywę dla zasobów rosyjskich.

Okazało się, że Unia w tym wypadku akceptuje podwójne standardy: z jednej strony karząc europosłów, z drugiej tolerując schlebianie Alijewowi przez swego czołowego przedstawiciela. Warto zauważyć, że schlebianie przywódcom autorytarnym staje się standardem działań przywódców UE. Listy gratulacyjne do wybranego ponownie prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina napisali Donald Tusk oraz przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Dwa przykłady związane z wyborami prezydenckimi w Azerbejdżanie pokazują, jak ekonomiczne i energetyczne interesy mogą wpływać na europejską politykę, niezależnie od barw partyjnych. Nie takich wartości należałoby się spodziewać od czołowych polityków europejskich.

Współpraca: Iuliia Cheromukhina, koordynatorka projektów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka