W porównaniu z analogicznymi dokumentami na Zachodzie, w polskim konkordacie uderza duży stopień jego ogólności, to że stawia sprawy naprawdę zasadnicze, nie stara się rozwiązywać wszystkiego, zakreśla ramy wzajemnej niezależności i autonomii.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 10/1993.

Uroczystość podpisania konkordatu, jaka odbyła się 28 lipca 1993 roku w Urzędzie Rady Ministrów, była niewątpliwie wydarzeniem historycznym. Przede wszystkim w oczach tej ogromnej części polskiego społeczeństwa, która pamięta o bezcennej roli Kościoła w historii, kulturze i utrwalaniu tożsamości narodu, a także rozumie niezastąpioną rolę, jaką może on odegrać w trudnych początkach nowego państwa i społeczeństwa obywa­telskiego: w odbudowywaniu zdewastowanej moralności, w rozbudzaniu postaw prospołecznych, w uczeniu myślenia państwowego, w wychowywa­niu do sprawiedliwości i pokoju. Tę szczególną w polskich warunkach rolę podkreśla obszerniejsza niż w innych tego rodzaju dokumentach pre­ambuła, która jednakże nie posiada charakteru normatywnego czy choćby sugestii ustawodawczej, nie oznacza uprzywilejowania Kościoła katolic­kiego, ale oddaje mu elementarną sprawiedliwość.

Podpisanie konkordatu skłaniało do refleksji nad całym powojennym rozdziałem w relacjach Kościół – państwo w Polsce. Między innymi nad trudną dro­gą kompromisów i realizmu Prymasa Stefana Wyszyńskiego, który w 1950 roku zdecydował się podpisać porozumienie pomiędzy Kościołem a komunistami, skazując siebie na bolesne niezrozumienie w Watykanie; i który też, już w połowie lat siedemdziesiątych, potrafił przeciwstawić się wspólnemu dążeniu rządu warszawskiego i watykańskiej dyplomacji do wypracowania wzajemnego porozumienia za plecami hierarchii i bez uwzględnienia podstawowych aspiracji narodu. Można by powiedzieć, że idea konkordatu rodziła się niejako razem z odzyskaniem przed czterema laty niepodległości. Przygotowaniem były tu choćby prace nad ustawą o stosunku państwa do Kościoła z 23 maja 1989 r.; doświadczenia wyniesio­ne z działalności Komisji Wspólnej przedstawicieli rządu i Episkopatu; wznowienie stosunków dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską 17 lipca 1989 r. i przyjazd do Warszawy Nuncjusza – Polaka, abpa Józefa Kowalczyka; ustanowienie także w Polsce Ordynariatu Polowego; wprowadze­nie lekcji religii do szkół; dostosowanie 5 czerwca 1991 r. kształtu naszych wschodnich diecezji do granic państwa polskiego.

Trwające od października 1991 roku prace nad przygotowaniem pań­stwowej odpowiedzi na projekt przedstawiony przez stronę watykańską odbywały się w zgodzie z przyjętą w takich przypadkach procedurą. Waż­nym elementem tych prac było skrupulatne wysondowanie opinii szeregu zainteresowanych resortów w sprawach tyczących ich kompetencji. Znamienne, że najostrzejsze zastrzeżenia zgłaszali czasem politycy znani ze swej katolickości. Nieodzowne było też porównanie tekstu przedsta­wionego projektu nie tylko z konkordatem z roku 1925, ale z układami Stolicy Apostolskiej zawartymi przez nią po Soborze Watykańskim II: m.in. z Argentyną (1967), Portugalią (1970), Hiszpanią (1976), Peru (1980), Włochami (1984) i Dolną Saksonią (1989). We wszystkich tych pracach poprzedzających negocjacje dała o sobie znać konsekwentna troska o to, by unikać zapisów, które mogłyby sugerować chęć wprowa­dzenia kryterium wyznaniowego do polskiego systemu prawnego; by wy­strzegać się wszystkiego, co mogłoby naruszać konstytucyjny zapis o świeckim charakterze państwa; by nie stworzyć w jakikolwiek sposób podejrzeń, że neguje się zasadę równouprawnienia wszystkich Kościołów i związków wyznaniowych.

Idea konkordatu rodziła się razem z odzyskaniem niepodległości w 1989 roku

W ostatecznej redakcji dokumentu uderzać musi częste odwoływanie się do ustawodawstwa państwowego, co – ze względu na międzynarodową wymowę konkordatu – stanowi pewnego rodzaju podniesienie rangi polskiego prawa.

Konkordat nie wprowadza zasadniczych korekt do istniejącego obecnie w Polsce systemu stosunków pomiędzy Kościołem i państwem. Stwierdzeniem zasadniczym, określającym charakter relacji Kościół – państwo, jest zawarta w pierwszym artykule soborowa formuła, że Kościół i państwo są w swoich dziedzinach niezależne i autonomiczne, i że na tej zasadzie winna się opierać ich przyszła współpraca. Usankcjonowanie tej zasady w dokumencie o takim znaczeniu winno położyć kres tak częstym u nas ostatnio fobiom antykościelnym i ciągotom teokratycznym nie­których polityków oraz kontrowersjom wokół roli Kościoła w demokratycznym i pluralistycznym społeczeństwie. Winno uzmysłowić fakt obowiązywania tej zasady w obydwie strony.

W porównaniu z analogicznymi dokumentami na Zachodzie, w pol­skim konkordacie uderza duży stopień jego ogólności, to że stawia sprawy naprawdę zasadnicze, nie stara się rozwiązywać wszystkiego, zakreśla ramy wzajemnej niezależności i autonomii. Tę powściągliwość co do roz­wiązań szczegółowych, np. w zakresie spraw majątkowo-finansowych, trzeba uznać za wartość dokumentu, który naśladuje mądrość prawa rzymskiego poprzez wyeksponowanie trwałych zasad ogólnych, otwiera wielką przestrzeń dla ustawodawstwa polskiego i takich regulacji praw­nych, które podyktuje zmieniające się życie.

Ostateczny kształt konkordatu jest oczywiście rezultatem wzajemnych kompromisów i dobrej woli obu stron. Ci, którzy mogli z bliska obserwo­wać proces negocjowania dokumentu, wiedzą, z jaką powagą przedstawi­ciele władz podchodzili do obowiązku obrony interesów państwa, takiego dalekowzrocznego formułowania poszczególnych konkordatowych zapisów, które by stanowiło gwarancję przestrzegania owych interesów w nie dającej się przewidzieć przyszłości. Z kolei strona watykańsko-kościelna dawała dowody nowoczesnego, soborowego myślenia o relacjach pomię­dzy demokratycznym państwem a Kościołem. Na podkreślenie zasługuje postawa watykańskiego Sekretariatu Stanu, który ujawnił znaczną elas­tyczność i maksimum dobrej woli w zrozumieniu trudnej polskiej specyfi­ki, jaką naznaczone są początki budowania państwa.

W różnych okresach PRL dawały o sobie znać tęsknoty komunistów za konkordatowym uregulowaniem stosunków z Kościołem i Stolicą Apostolską. Zdawały one sobie sprawę z międzynarodowego znaczenia tego rodzaju regulacji prawnej, z faktu, że konkordat stanowiłby cenną legitymację w oczach międzynarodowej opinii. Powrót do tej wypróbowa­nej i szanowanej formy prawnej stał się jednak możliwy dopiero z chwilą odzyskania niepodległości, za pontyfikatu Papieża Polaka, który jak nikt z jego poprzedników rozumie najżywotniejsze racje państwa polskiego i wziął na siebie zasadniczą odpowiedzialność za treść konkordatu. Doku­ment ten broni polskiej racji stanu, wykracza daleko poza wciąż płynną i niepewną sytuację polityczno-prawną w kraju i jego geograficznym oto­czeniu.

Podczas podpisywania konkordatu główny negocjator ze strony rządo­wej, minister Krzysztof Skubiszewski, postawił narzucające się przy okazji pytanie: „Czy pochłonięci najbliższą rzeczywistością nadal rozumiemy, czym stał się i jest pontyfikat Jana Pawła II dla nas jako narodu, państwa i członka społeczności międzynarodowej?”. Długa droga do konkordatu 1993 to zarazem długa droga do niepodległości. I o tym, niezależnie od osobistego stosunku do religii i Kościoła, też należy pamiętać w wartoś­ciowaniu nowego układu.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 10/1993.