Tekst „Wykluczenie, czyli rozeznanie po polsku” Cezarego Gawrysia wywołał ogromny odzew. Wybraliśmy najciekawsze komentarze.

W swoim tekście Cezary Gawryś dzieli się listem od przyjaciela, który napisał: „Okazuje się, że nie mogę być ojcem chrzestnym, bo jestem gejem. Będąc katolikiem, czuję się odtrącony przez katolików – w imię Boga”.

Cytowane poniżej opinie pochodzą ze strony Więź.pl i z naszego profilu na Facebooku. Wyjątek stanowią pierwszy i ostatni wpis – ukazały się na prywatnych facebookowych profilach ich autorów. Niebawem Cezary Gawryś odniesie się do poglądów przedstawionych w poniższych komentarzach.

Tomasz Terlikowski: Ta historia pokazuje, że to świeccy, a nie duchowni, bronią ostatnio prawdy o człowieku. Część zaś księży jest tak przerażonych czy uległych światu, że oszukuje ludzi.

Jeśli ktoś rani i okłamuje w tej sprawie biednego homoseksualistę to jest to jego kierownik duchowy i spowiednik. Akty homoseksualne są, co do materii, grzechem ciężkim, prowadzącym człowieka do piekła, a homoseksualny styl życia, taki zaś prowadzi bohater, jest grzeszny i pozostaje obiektywnym nieuporządkowaniem. Takie jest nauczanie Kościoła, takie jest nauczanie Pisma Świętego i zakonnik nie może go zmienić.

Sprawa wcale nie dotyczy spowiedzi, ale publicznego zgorszenia. Człowiek, o jakim mowa żyje w związku, jawnym, homoseksualnym. Jego przystępowanie do Komunii świętej, bycie ojcem chrzestnym, i to w sytuacji, gdy całe otoczenie o tym wie (a rodzina wie) byłoby narażeniem wiernych na wprowadzenie ich w błąd, co do nauczania Kościoła, a także jasnego nauczania Pisma Świętego.

To, że będziemy chórem powtarzać, że to jest dobre nie zmieni zła moralnego. Rolą Kościoła nie jest zaś mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć, ale tego, co pozostawił mu Bóg.

Maciej Tryburcy: „Chrzestni winni mieć ukończone 16 lat, przyjęty sakrament bierzmowania i być katolikami wyznającymi swą wiarę życiem zgodnym z nauką Kościoła. Rodzicami chrzestnymi nie mogą być osoby żyjące w małżeńskich sytuacjach nieregularnych” – czyli nie ma mowy o odtrąceniu, po prostu bohater tekstu nie może być ojcem chrzestnym. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w przyszłości uregulował swoją sytuację i pełnił tę funkcję.

Monika Justyna: To sprawa między nim a spowiednikiem i nikomu nic do tego. Myślałby ktoś, że chrzestnymi zostają same ideały. Takie zachowanie nikogo do Boga nie zaprowadzi.

Michał Baran: Rzeczywistość moralna (a duchowa tym bardziej) jest obiektywna i prawo kościelne przypomina nie tyle przepisy dot. tego kto po kim zabierze głos na przyjęciu, ile przepisy higieny w szpitalu polowym. Ich łamanie lub podważanie na własną rękę może skutkować wieloma życiowymi tragediami.

Dlatego ostrożna synodalna debata – TAK, ale beztroska prowokacja (przeprowadzana na dodatek z przekonaniem o własnej wyższości moralnej), którą tu zaserwowano w imię wolności – zdecydowanie NIE.

Daria Piątek: Wykluczenie ma wiele aspektów, ale są one niedostrzegalne dla tych, którzy trzymają się utartego modelu tylko z lęku przed jego zburzeniem, które to zawsze jest zagrożeniem czegoś…

Rafał Krysztofczyk: Możemy sobie pogadać, możemy współczuć z ludźmi zranionymi przez prostactwo i nieuctwo, ale póki wiara statystycznego katolika w naszym kraju będzie kształtowana przez „kościółkowate” katechezy i takowe czasopisma na stoliku kościelnym, wypychanie „nieregularnych” będzie powszechne. Skoro takim osobom nawet znaku pokoju nie można przekazać, by nie wzbudzić podejrzenia o herezję, to jak ich objąć miłością i życzliwością? A że Jezus do tych „nieregularnych” przede wszystkim przyszedł, to takie zwyczajne lewackie mówienie. To też jest kawałek prawdy o naszym Kościele – lepiej wywalić wszystko co „nieregularne”, aby tylko „pobożne” owieczki nie doznały zgorszenia, choćby słowami kochanego Franciszka.

Maciej: Ani Biblia, ani nauczanie Kościoła, ani zdrowy rozsądek nie są tu ważne. Ważny jest spowiednik, który z nauki Kościoła robi sobie pole swobodnych interpretacji prowadzących do zanegowania jej sensu. Ważny jest grzesznik, który lubi sobie pogrzeszyć i nie ma najmniejszej chęci z tym grzechem zerwać.

Wojciech: Jesteśmy świadkami jakiegoś wielkiego zamieszania. Przyjmowanie sakramentów w stanie grzechu ciężkiego to świętokradztwo. Krokodyle łzy nad „nietolerancyjnym” Kościołem proponuję zamienić na łzy nad sobą… Jeżeli spowiednik utwierdza penitenta w grzechu jest to zwykłym udziałem w złu. To nie ma nic wspólnego z duszpasterstwem, Boża łaska jest tu bezradna.

Widać jak na dłoni, jak opłakane skutki niesie już dzisiaj (!) recepcja papieskiej adhortacji „Amoris laetitia”.

Grzegorz: Ta historia przypomina wierzącym homoseksualistom, którzy uwierzyli w istnienie dobrego Kościoła, że rzeczywistość katolicka bywa czasem okrutna i niesprawiedliwa. Zarówno wspólnoty żydowskie jak również chrześcijańskie używały i nadal używają różnych metod wykluczania tych, którzy mają być czarnymi owcami. Osobnicy, którzy są wykluczani, których sposób życia można ocenić negatywnie, są obligatoryjnie potrzebni wszystkim religiom do zachowania integralności i tożsamości. Zapewne pojawia się u wierzących homoseksualnych katolików, którzy pokochali partnera tej samej płci ogromny konflikt i pytanie: w imię czego mam być poniżany i traktowany niesprawiedliwie, jeśli nie znajduje w sobie żadnej winy? Jeśli nie oceniam mojej miłości za grzeszną i niemiłą Bogu. Do takiego wniosku dochodzą geje czasem nawet po kilkunastu latach rozeznawania duchowego.

Ciekawi mnie jeszcze kwestia nierównego traktowania heteroseksualnych białych związków i homoseksualnych białych związków. Jak rozumiem, osoby żyjące w niesakramentalnych (dla wielu katolików grzesznych związkach) mogą być chrzestnymi. Natomiast gejom z białych związków odmawia się tego honoru z automatu. Pytam więc dlaczego? Na jakiej podstawie Kościół katolicki zakłada, że osoba żyjąca w związku hetero niesakramentalnym, która przystąpi w piątek do spowiedzi i postanowi poprawę – wzięcie ślubu jeśli to możliwe lub powstrzymywanie się od seksu, dotrzyma postanowienia po chrzcie, który odbędzie się w niedziele?

Michał: Ja sam jestem osobą homoseksualną, która zrezygnowała z wymarzonego związku z mężczyzną, właśnie ze względu na treść Ewangelii i naukę Kościoła. Przepłaciłem to (i dalej płacę) m.in. silną depresją i olbrzymim cierpieniem. Wysiłek ten nie wpływa również dobrze na stan mojej wiary, gdyż okazał się zbyt wielki i niszczący, a niestety powrotu już nie mam. Kiedy jednak czytam takie teksty, czuję się jeszcze gorzej. W tym momencie czuję, że mój (i osób w podobnej sytuacji) wysiłek jest wręcz ośmieszany. „Niestety” Panie Redaktorze, ale są na świecie katolicy, którzy poszli całkowicie za Ewangelią i teraz promowanie pod przykrywką „rozeznania” jakiejś dziwnej dyspensy jest upokorzeniem właśnie dla tych, którzy byli wierni najbardziej. Naprawdę, błagam wszystkie osoby lobbujące za otwieraniem się na rozwodników, gejów – pamiętajcie, że są w Kościele osoby, będące po tej drugiej stronie, cierpiące niewiarygodnie ze względu na wierność Ewangelii! I chyba pewne promowane zmiany są niestety nie do pogodzenia z ich wysiłkiem i dalszą obecnością w Kościele.

Łukasz: Jako homoseksualny młody człowiek wychowany w duchu głębokiej religijności, przyswoiłem sobie naukę Kościoła w tej kwestii i głęboko zinternalizowałem ją. Stało się to źródłem mojej udręki na cztery dekady. W pewnym momencie omal nie przypłaciłem tego życiem, które chciałem zakończyć na własną rękę (ale się nie udało). Niech głębiej pomyślą ci wszyscy, którzy naukę Kościoła podają głośno i z tupetem „word by word”. Bo być może właśnie zakładają komuś pętlę na szyję.

Każda depresja jest jednak inna. Mnie, w mojej depresji, nie pomogły ani rady księży, ani lektura Pisma. Wręcz musiałem Pismo odstawić. Pomogła mi jedna rada spowiednika: abym poszedł do psychiatry. To była jedyna mądra rada księdza – i jestem mu niezmiernie wdzięczny za to. Naprawdę mądry facet. Potem było długie leczenie antydepresantami i psychoterapia. Nie rezygnowałem z życia sakramentalnego, ale z dosłownego przyjmowania nauki Kościoła i z odnoszenia jej skrupulatnie do siebie – trochę tak. Psychoterapia odniosła pozytywny skutek. Żyję. Nie odszedłem od Kościoła i na pewno nie odejdę. Ale mogę w nim wytrzymać tylko dlatego, że w pewnych rzeczach trochę sobie poluzowałem. Wcześniej traciłem mnóstwo energii na toczenie nierównej walki z sobą.

Marek Blaza SJ: Na podstawie samego Pisma Świętego można wszystko udowodnić i wszystko obalić. Można nawet udowodnić, że Boga nie ma, a w księdze proroka Ezechiela jest opis statku kosmicznego. Dlatego oprócz Pisma Świętego jest w Kościele katolickim Tradycja, która wyjaśnia Pismo. A co do homoseksualistów, to w Katechizmie Kościoła Katolickiego stoi: „2358. Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Osoby takie nie wybierają swej kondycji homoseksualnej; Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie. Powinno się traktować je te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. Osoby te są wezwane do wypełniania woli Bożej w swoim życiu i – jeśli są chrześcijanami – do złączenia z ofiarą krzyża Pana trudności, jakie mogą napotykać z powodu swojej kondycji. 2359. Osoby homoseksualne są wezwane do czystości. Dzięki cnotom panowania nad sobą, które uczą wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one – stopniowo i zdecydowanie – do doskonałości chrześcijańskiej”.

Bardzo chętnie skupiamy się na tym, że to grzech, ale to, że takie osoby należy traktować z szacunkiem, współczuciem i delikatnością, to nie. Od razu: pójdą do piekła. A kto mi dał mandat na orzekanie takich rzeczy? Kto mi dał mandat na wyrzucanie tych ludzi z Kościoła? A czy kiedykolwiek pomyślałem o tym, że jak ja ich wyrzucę z Kościoła, to będę miał ich na sumieniu? Nie mówiąc już o tym, że sam się przyczyniam wtedy czynnie do wzrostu liczby wojujących z Bogiem, Kościołem, antyklerykałów itd. Jakie to łatwe – ferowanie wyroków.

Nawet sądy świeckie dają prawo do obrony. A my wydajemy wyroki jak za czasów stalinizmu. To się nazywa barbarzyństwo. Nazwijmy to po imieniu. Wychodzi, że świecki sąd bardziej kieruje się Ewangelią niż niejeden tzw. chrześcijanin.

Wyb. DJ. Poprawiono pisownię.