Od wielu lat ustawodawca w Polsce zachowuje się tak, jakby chciał zastąpić ludzkie sumienia, a Kościół instytucjonalny tak, jakby nie wierzył w dojrzałość chrześcijan.

W niedawnym wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej prymas Polski abp Wojciech Polak stwierdził, że „tworzone rozwiązania prawne muszą w pewnym sensie odpowiadać ludzkiemu sumieniu i temu, co człowiek potrafi zrozumieć. Toteż rolą Kościoła nie jest upominanie się o prawo, które ma zabezpieczać taką czy inną rzeczywistość, co właśnie o ludzkie sumienie i jego przemianę”.

Słowa te są dla mnie, jako prawnika i katolika, jak opatrunek na rozgrzebywane rany, które powstały w naszym społeczeństwie na skutek pomieszania pewnych pojęć i radykalizacji sporu politycznego – porzucenia z jednej strony przez ustawodawcę troski o dobre prawo, odpowiadające potrzebom całego społeczeństwa, z drugiej strony pewnej nieumiejętności w głoszeniu Ewangelii przez Kościół instytucjonalny polegającej na dobraniu nieadekwatnych narzędzi.

Od wielu lat odnoszę wrażenie, że ustawodawca zachowuje się tak, jakby chciał zastąpić ludzkie sumienia, a Kościół instytucjonalny tak, jakby nie wierzył (bądź nie do końca wierzył) w siłę autentycznej wiary chrześcijan, którzy przecież w historii wielokrotnie wyróżniali się zwłaszcza krytyczną oceną prawa z perspektywy moralnej (podajmy choćby przykład opozycji antykomunistycznej w Polsce, której niewątpliwą siłą było oparcie na chrześcijańskich wartościach). Co więcej, postawa chrześcijan winna być przecież moralnością dążeń (drogą do świętości), nie powinna zaś sprowadzać się tylko do moralności obowiązków (zakazów i kar za ich nieprzestrzeganie).

W tym kontekście zasługują na najwyższe uznanie słowa prymasa, który zwraca uwagę na konieczność odejścia od traktowania prawa jako wszechmocnego narzędzia, mogącego zmieniać ludzkie sumienia i będącego najsilniejszą podstawą moralności, chociaż w istocie są przecież oczywistością. Niejednokrotnie bowiem mylnie formułujemy nasze oczekiwania wobec prawa i moralności.

W szczególności trzeba wskazać na dwie skrajne postawy, wynikające z niezrozumienia istoty norm prawnych i moralnych. Po pierwsze, od prawa oczekujemy, że zastąpi moralność. Po drugie sprowadzamy moralność wyłącznie do zbioru pewnych reguł, niemal tak precyzyjnych, jak rozkazy, często niezmiernie kazuistyczne, rozbudowane do granic możliwości i oczywiście represyjne. Obie postawy całkowicie lekceważą rozmaite możliwe pojęcia prawa i moralności, jak również zróżnicowane spojrzenia na możliwe relacje między prawem i moralnością.

Dopóki postawy te są na poziomie pewnych skrajności, dopóty zachowana zostaje właściwa proporcja. Gorzej, gdy stają się dominujące, a relację między prawem powszechnie obowiązującym w państwie a moralnością sprowadza się do podporządkowania prawa wybranym interpretacjom norm moralnych. Wówczas cierpi autorytet prawa, ale przede wszystkim cierpi moralność. Jeśli bowiem prawo pozbawia mnie jakiegokolwiek wyboru w sprawach moralnych, to gdzie przestrzeń na wolny wybór, gdzie miejsce na zmaganie sumienia? I odwrotnie, jeśli moralność ma działać tylko dzięki prawu, to jak bardzo musi być ona słaba, jak bardzo lekceważona, bądź jak bardzo zdeformowana przez tych, którzy jej siły upatrują w przymusie a nie w jej pięknie i osobistym wyborze?

Zdaję sobie sprawę z możliwych dylematów, przed którym staje katolik-legislator, mając do wyboru głosowanie w sprawie dotyczącej ochrony życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci. Trzeba w tym miejscu głośno powiedzieć, że z perspektywy chrześcijaństwa nie może i nie powinno być kompromisów moralnych, gdy idzie o ochronę nienarodzonych dzieci i troskę o godne życie ludzkie do samego końca. Jeśli jednak brak owych kompromisów sprowadza się w przeważającej mierze do przyjmowania regulacji prawa stanowionego, a pomija kształtowanie ludzkich sumień i postaw (wspaniałe przykłady do naśladowania wskazuje ksiądz prymas w dalszej części wywiadu dla KAI), to przyjęte prawo na nic zda się z perspektywy postaw moralnych społeczeństwa. Ono zaś, traktując rozwiązania prawne jako element nacisku i niepomiernej ingerencji w sferę moralną, znajdzie sposób, by je lekceważyć.

Narzucanie rozwiązań moralnych siłą jest na wskroś niechrześcijańskie, godzi bowiem w wolność osoby ludzkiej

Dlatego cieszy fakt, że ksiądz prymas dostrzegł problem nadmiernego skupienia się wielu ludzi Kościoła na trosce o powszechnie obowiązujące w Polsce prawo, które wręcz w karykaturalny sposób miałoby w swojej treści odzwierciedlać katolickie normy moralne. A przecież prawo demokratycznego społeczeństwa ma mieć inne funkcje i cele. Skupienie się tylko na prawie rodzi niebezpieczeństwo ogołocenia moralności z jej istoty, a narzucanie rozwiązań moralnych siłą jest na wskroś niechrześcijańskie, godzi bowiem w wolność osoby ludzkiej.

Co zrobimy, jeśli większość parlamentarna będzie chciała prawa do zabijania dzieci nienarodzonych czy eutanazji? Czy wówczas nie wrócimy do naszych ocen i norm moralnych, nadając im właściwy sens i krytycznie weryfikując prawo? Czy zatem nie warto w pierwszej kolejności skupić się na wychowaniu do dojrzałego chrześcijaństwa, zdolnego „pokonywać” złe prawo i akcentującego godność każdego człowieka niezależnie od aktualnej treści prawa stanowionego. Współżycie w demokratycznym państwie prawa i wielość możliwych postaw moralnych, które proponuje świat, winny skłaniać raczej do dbałości o swoje serce, a nie o prawo.

Często nie-prawnicy myślą, że wystarczy przyjąć konkretną treść ustawy i dany problem zostanie rozwiązany. Tymczasem prawo winno rozwiązywać ludzkie problemy w ostateczności, nie zastępując norm kulturowych, obyczajowych, zwyczajowych, czy wreszcie moralnych. To, że treść prawa w naturalny sposób pokrywa się z treścią norm moralnych społeczeństwa, jest prostą konsekwencją adaptacyjnej funkcji prawa, które przecież także tworzone jest przez społeczeństwo. Nim jednak ustawodawca zechce daną normę moralną bądź jej interpretację przekuć w normę prawną, obowiązującą niezależnie od podzielania określonej moralności, winien wpierw dokładnie przemyśleć, czy wprowadzenie konkretnej regulacji rozwiąże dany problem społeczny.

Profesor Marian Cieślak, mistrz wielu pokoleń karnistów, w zakresie prawa karnego (którego bardzo często dotyka ostry spór między prawem a moralnością) podkreślał, że „jest rzeczą ze wszech miar pożądaną takie ukształtowanie prawa karnego, aby w możliwie najszerszym zakresie odpowiadało ono przyjętym w danym społeczeństwie normom moralnym. Nie chodzi o to, rzecz jasna, aby prawo karne obejmowało swymi zakazami i sankcjami wszystko, co moralnie naganne; ale jedynie o to, aby normy prawa karnego, zarówno w zakresie swych zakazów, jak i stosowanych sankcji, w miarę możności nie wchodziły w kolizję z ocenami moralnymi i aby sfera zakazów karnych obojętnych moralnie nie była nadmiernie szeroka”.

Niezależnie od uproszczenia omawianej problematyki (same pojęcia prawa i moralności oraz relacje między nimi mogą być przecież rozmaicie rozumiane), wydaje się niebudzące wątpliwości, że tam, gdzie normy moralne i prawne przenikają się treściowo, tam obserwujemy większy posłuch prawa bez szkody dla moralności. W kwestiach kontrowersyjnych, budzących wątpliwości i spory w społeczeństwie, siłą narzucone prawo nie zyska jednak należnego mu autorytetu, choćby jego normy pokrywały się z obiektywnie najlepszymi rozstrzygnięciami moralnymi. Co gorsza, utożsamienie prawa z moralnością może całkowicie uśpić naszą troskę o kształtowanie sumień, czyniąc nas bezbronnymi wobec dowolnej treści stanowionego prawa.