„Okazuje się, że nie mogę być ojcem chrzestnym, bo jestem gejem. Będąc katolikiem, czuję się odtrącony przez katolików – w imię Boga”, pisze mój przyjaciel.

„Rozeznanie musi pomóc w znalezieniu możliwych dróg odpowiedzenia Bogu i rozwoju pośród ograniczeń. Wierząc, że wszystko jest białe lub czarne, czasami zamykamy drogę łaski oraz zniechęcamy do wysiłków na rzecz świętości, które oddają chwałę Bogu” – pisze papież Franciszek w posynodalnej adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia. O miłości w rodzinie” (nr 305).

Rafał nie pasuje do żadnego ze stereotypów geja. Nie jest najmłodszym z braci – przeciwnie, jest pierworodnym, najstarszym z trzech synów. Nie doświadczył w dzieciństwie surowego, nieprzystępnego ani słabego czy nieliczącego się w domu ojca – wręcz przeciwnie, wzrastał w zdrowej, harmonijnej rodzinie. W szkole miał dobre relacje z rówieśnikami i grał w piłkę. W wieku młodzieńczym rozpoznał w sobie pociąg do własnej płci. Z czasem upewnił się, że to nie są jakieś przejściowe „lęki homoseksualne” okresu dojrzewania, lecz coś, co jest jego najgłębszą naturą. Kiedy wyznał swoją tajemnicę bliskim, zostało to ze zrozumieniem przyjęte przez rodziców i młodszych braci. Ojciec i matka okazują swemu synowi niezmiennie miłość i wsparcie, są dumni z jego zawodowych osiągnięć. Dziś ma trzydzieści pięć lat, prowadzi własną firmę. Mieszka w innym mieście. Na święta i rodzinne uroczystości przyjeżdża do domu ze swoim przyjacielem Markiem, który jest tu przyjmowany jak członek rodziny.

Poznałem go kilka lat temu, pracując nad książką „Wyzywająca miłość” – bardzo go z żoną polubiliśmy i od tego czasu został przyjacielem naszego domu. Jest człowiekiem o ujmującej osobowości, pogodnym, uśmiechniętym, pełnym radości życia, życzliwości dla innych, a także – co w historii, którą chcę opowiedzieć, bardzo istotne – autentycznie religijnym. W jego pokoju od razu przyciągnęła mój wzrok wisząca na ścianie wielka ikona Chrystusa. „Dziwi cię to? – zaśmiał się wesoło. – Kiedy rano wstaję z łóżka, przybijamy sobie piątkę”. Wiem, że od lat jest związany z miejscowym duszpasterstwem prowadzonym przez jeden z zakonów, że ma stałego spowiednika.

Tuż przed Wielkanocą dostałem od Rafała maila następującej treści:

„W połowie lutego znowu zostałem wujkiem. Mojemu bratu urodziło się drugie, bardzo wyczekiwane dziecko – syn. Co za radość! Czułem od razu, że zostanę jego ojcem chrzestnym – i rzeczywiście, już pod koniec miesiąca brat i jego żona w piękny sposób poprosili mnie w imieniu małego Łukaszka, abym go trzymał do chrztu. Byłem mega wzruszony i szczęśliwy – cieszyłem się, że będę miał nie tylko ukochanego bratanka, ale i chrzestnego syna, tym bardziej, że skoro natura zabrała mi taką możliwość, bym był ojcem, to przynajmniej w ten sposób będę miał rekompensatę, jeśli tak można powiedzieć. Niestety na tym miła historia się kończy. Od momentu, kiedy brat zgłosił się do biura parafialnego i rozpoczął przygotowania do chrztu, sprawa zaczęła się komplikować.

Zdumiewać musi butna ignorancja szeregowych katolików w delikatnej materii tajemnicy spowiedzi, kompetencji spowiednika i autonomii sumienia

Po oficjalnym zaproszeniu i ustaleniu terminu na początek maja zacząłem przygotowania. Miałem pomysł na prezent dla chrześniaka. Przede wszystkim jednak poszedłem do spowiedzi. Od mojego kierownika duchowego otrzymałem zaświadczenie o odbytym sakramencie pokuty i pojednania oraz byciu godnym podjęcia się roli ojca chrzestnego. Przekazałem je bratu. Ktoś (?) jednak wmówił mu, że on i jego żona, jako rodzice dziecka, wybierając mnie na ojca chrzestnego, «zaciągają mój grzech na swoje dziecko». Brata ogarnęły wątpliwości. Doprowadziłem więc do jego spotkania z jednym z zakonników, który wyjaśnił mu, że Marek i ja żyjemy w tak zwanej nieregularnej sytuacji, a towarzyszący mi od lat kierownik duchowy, znając tę naszą sytuację uznał, że nie jestem w stanie grzechu, tak więc zaświadczenie, które od niego dostałem, jest swego rodzaju przepustką – i koniec. Brat to zrozumiał i uspokoił się. Wydawało się już, że wszystko jest OK. Tymczasem jednak do akcji wkroczyli z kolei teściowie brata, ortodoksyjni katolicy, aktywni parafianie. Oświadczyli oni swojej córce i zięciowi ni mniej ni więcej, że «skoro gej ma być ojcem chrzestnym, to ten chrzest będzie nieważny» (!) i że oni na pewno na tę uroczystość nie przyjdą. Na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury. Brat i jego żona zostali postawieni w sytuacji emocjonalnego szantażu.

Po rozmowie z bratem i bratową postanowiliśmy chwycić się ostatniej deski ratunku – przedstawić dziadkom Łukasza dokument kościelny: moje zaświadczenie od spowiednika. Tak się też stało. No i wyobraź sobie, co zrobił teść mego brata! Podważył zasadność zaświadczenia od spowiednika i wysłał niegrzecznego w tonie maila do przełożonego klasztoru, zawierając w nim obcesowe sformułowania. W związku z tym, mając na uwadze dobro zakonu, a także pokój w rodzinie mego brata, muszę chyba zrezygnować z dalszej walki i wycofać się. Ale jestem na maksa wkurzony i nie kryję przed tobą, że mam w sobie chęć odwetu i czuję żal do brata, że uległ szantażowi.

Okazuje się więc, że nie mogę być ojcem chrzestnym, bo jestem gejem. W oczach gorliwych katolików gej, homoseksualista to jakiś straszny człowiek, napiętnowany… Swoje przepłakałem. Wiem, że nie mogę z tym nic zrobić. Teraz pewnie rzadziej będę odwiedzał Łukaszka.

Pytałeś mnie kiedyś, zbierając materiały do swojej książki, czy zaznałem w życiu dyskryminacji z tego powodu, że jestem odmieńcem. Odpowiedziałem ci wtedy, że nie. To, co mnie teraz spotyka, to jawna dyskryminacja – w imię Boga. Jestem rozgoryczony. Będąc katolikiem, czuję się odtrącony przez katolików”.

Do chrztu Łukaszka zostało kilka tygodni. Może coś się jeszcze zmieni? Wymagałoby to odwagi cywilnej od członków rodziny Rafała, podjęcia przez nich ryzyka zapłacenia emocjonalnej ceny za opowiedzenie się po jego stronie. Niezależnie od tego, jaki będzie ostatecznie epilog tej historii, już teraz budzi ona dwie refleksje.

Po pierwsze, zdumiewać musi butna ignorancja szeregowych katolików w delikatnej materii tajemnicy spowiedzi, kompetencji spowiednika i autonomii sumienia. Niestety, istnieje poważna obawa, że dużą winę ponosi tu Kościół w Polsce, niedostatecznie wypełniający swoją funkcję edukacyjną.

Po drugie, świadectwo Rafała powinno być dla nas wszystkich przestrogą, jak łatwo zranić drugiego człowieka i odtrącić go od wspólnoty Kościoła. Nie bez powodu Katechizm Kościoła Katolickiego wzywa wiernych, aby do osób homoseksualnych odnosić się zawsze z szacunkiem i delikatnością. A papież Franciszek w „Amoris laetitia”, w rozdziale zatytułowanym „Rozeznanie tak zwanych sytuacji «nieregularnych»” pisze: „Synod odniósł się do różnych sytuacji słabości i niedoskonałości. W związku z tym chcę przypomnieć to, co chciałem z jasnością przedstawić całemu Kościołowi, aby nam się nie przytrafiło pomylenie dróg: «Dwie logiki spotykamy w całych dziejach Kościoła: usuwanie na margines i włączanie (…). Drogą Kościoła, począwszy od Soboru Jerozolimskiego, jest zawsze droga Jezusa: droga miłosierdzia i integracji (…)»” (AL, nr 296).