Środowiska narodowe próbują leczyć własne urojone lęki za pomocą Boga. Ale ich widowiskowy wizerunek Boga nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Przypominanie o tym – choćby codziennie – jest kwestią kluczową dla przyszłości chrześcijaństwa w Polsce.

„[…] przychodzę z kraju, gdzie Twoje sanktuaria służą / umacnianiu narodowej ułudy i uciekaniu się pod / Twoją obronę, pogańskiej bogini, przed najazdem / nieprzyjaciela” – ten cytat z pięknego wiersza Czesława Miłosza przyszedł mi do głowy, gdy w sobotę oglądałem transmisję z piątej pielgrzymki środowisk narodowych na Jasną Górę.

Szybko można było wyczuć tam atmosferę straszenia „zgniłym Zachodem”, a także – co jeszcze ciekawsze – otwartego dystansowania się od kościelnej hierarchii. Powołując się na kardynała Stefana Wyszyńskiego, narodowcy bez żenady (i z pochwałą kaznodziei) prezentowali swój nacjonalizm – wbrew wyraźnemu i wielokrotnie powtarzanemu stanowisku Konferencji Episkopatu Polski. Ojcowie paulini tego nie przewidzieli albo raczej – nie chcieli przewidzieć.

Powołując się na kardynała Wyszyńskiego, narodowcy na Jasnej Górze bez żadnej żenady (i z pochwałą kaznodziei) prezentowali swój nacjonalizm – wbrew wyraźnemu stanowisku Konferencji Episkopatu Polski

Ks. Roman Kneblewski, kontrowersyjny duchowny z Bydgoszczy, w homilii podczas Mszy w sanktuarium krążył wokół rozróżnienia między patriotyzmem a nacjonalizmem, próbując pokazać, że „to dwie bliźniacze, wzajemnie przenikające się cnoty”, nacjonalizm zaś z natury – jak przekonywał – nie może być skrajny, bo „miłość przecież nie potrafi taka być”, więc „każdy polski katolik powinien być nacjonalistą i patriotą”. Jego wątpliwej jakości argumentacja to oczywista chęć odcięcia się od treści dokumentu „Chrześcijański kształt patriotyzmu”, wydanego w maju ubiegłego roku przez episkopat. „Kościół w swoim nauczaniu zdecydowanie rozróżnia szlachetny i godny propagowania patriotyzm oraz będący formą egoizmu nacjonalizm. (…) dla uczniów Chrystusa miłość ojczyzny, będąc wielką wartością, nie jest jednak wartością absolutną” – pisali wówczas polscy biskupi.

Kolejnym przejawem dystansowania się od obecnego episkopatu podczas pielgrzymki były liczne odwołania do postaci prymasa Stefana Wyszyńskiego (a także do… Henryka Sienkiewicza). Ks. Kneblewski po raz kolejny przypomniał wyrwany z kontekstu cytat z pism kardynała o tym, „aby nie ulec pokusie zbawiania świata kosztem własnej ojczyzny” (o zawrotnej popularności tego fragmentu i manipulacjom z nim związanych pisał w zimowej „Więzi” Zbigniew Nosowski), zaś działacze z pochodniami w rękach skandowali: „Cześć i chwała Prymasowi”…

Trudno w tym okrzyku nie słyszeć przeciwstawienia kardynała Wyszyńskiego dzisiejszym hierarchom. Biskupi chyba zbyt późno przestali pobłażać narodowo-katolickiej młodzieży i przespali moment na jej formację. Teraz ona odwróciła się do nich plecami. „Niestety dziś Episkopat Polski zamiast zgodnie z nauczaniem katolickim krytykować szowinizm czy faszyzm, wypisuje głupoty o rzekomej szkodliwości nacjonalizmu, co jest wodą na młyn środowisk nienawidzących Kościoła katolickiego i Polaków” – czytamy na (promującym wartości narodowe i katolickie”) portalu prawy.pl. Nota bene, redaktorem naczelnym tego portalu jest… duchowny katolicki, pallotyn ks. Ryszard Halwa.

Choć w tym roku zabrakło drastycznych przyśpiewek o liściach i komunistach oraz okrzyków jawnie antymuzułmańskich, na jasnogórskich błoniach i tak można było wyczuć ksenofobiczne nastawienie uczestników oraz ich wciąż niezrealizowane sny o potędze. „Nie tęczowa, nie laicka, tylko Polska katolicka” (ciekawe co w tej wizji stanie się z nie-katolikami: protestantami, Żydami, muzułmanami, Romami, ateistami czy agnostykami). „Europa tylko chrześcijańska”, „Młodość, wiara, nacjonalizm”, „Czołem wielkiej Polsce” – krzyczano, a wręcz przekrzykiwano się.

Biskupi chyba zbyt późno przestali pobłażać narodowo-katolickiej młodzieży i przespali moment na jej formację. Teraz ona odwróciła się do nich plecami

Jeden z liderów narodowców przeczytał „Odezwę do Europy wolnych narodów”. – Proces autodestrukcji naszej cywilizacji rozpoczęty w 1968 roku wkracza właśnie w decydującą fazę. Coraz więcej Europejczyków staje się obcymi we własnym kraju. Nihilizm, konsumpcjonizm i hedonizm wyżerają duszę naszych ludzi. Liberalizm stał się nową ideologią totalitarną – mówił. Gorzkiej pikanterii całej sytuacji dodała sceneria: płomienne przemówienie zostało wygłoszone przed transparentem „Defend Europe” – tzw. straży obywatelskiej międzynarodowych organizacji prawicowych, która chciała lokalizować łodzie z uchodźcami i zawracać je do Libii.

Wszystko to byłoby nawet śmieszne (na przykład narodowcy męczyli się, wykrzykując „Prymas, prymas Wyszyński” na znaną, stadionową nutę), gdyby nie było straszne i smutne. Straszne – bo środowiska narodowe zyskują zwolenników głównie wśród przedstawicieli mojego pokolenia; smutne – bo próbują leczyć własne urojone lęki za pomocą Boga. Jako praktykujący katolik nie mogę nie zauważyć (i powtórzyć, być może po raz setny), że widowiskowy wizerunek Boga, który tak pewnie i agresywnie prezentują środowiska narodowe, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Przypominanie o tym – choćby codziennie – jest kwestią kluczową dla przyszłości chrześcijaństwa w Polsce.

Narodowcy – kolejny już raz – przedstawili na Jasnej Górze Boga jako tego, który pomoże im pokonać wrogów katolicyzmu i polskości (w ich rozumieniu). – Bój, który przyjdzie nam stoczyć nie będzie łatwy, ale zwycięstwo jest pewne. Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?! – zakończył swoje przemówienie lider Ruchu Narodowego. Zapomniany przez sympatyków tej organizacji problem polega na tym, że to w sercu wygrywamy największe bitwy, zaś chrześcijańska walka rozgrywa się przede wszystkim we wnętrzu człowieka, jej efektem jest ciągłe własne nawrócenie, czyli metanoia.

Osoba niepewna swojej wiary (i ulegająca myśleniu magicznemu) wciąż będzie szukać wrogów na zewnątrz siebie. Może wówczas pojawić się frustracja, gdy nagle okaże się, że niezbędni prześladowcy nie nadchodzą, jak w zakończeniu słynnego wiersza Konstandinosa Kawafisa: „Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz? / Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem”.

Nie ma takiego Boga, który będzie nam kołysał dzieci do snu, żeby nie płakały – jak pisał przed laty Karl Rahner. „Kościół jest przestrzenią bezpieczeństwa, tyle że niekoniecznie doczesnego. A może nawet koniecznie nie doczesnego. Celem Kościoła nie jest ani dbanie o własne przetrwanie, ani też zapewnianie świętego spokoju poszczególnym swoim członkom” – zauważa ks. Grzegorz Strzelczyk, zaś o. Wacław Oszajca konsekwentnie przypomina, że nie ma Boga doczesnego bezpieczeństwa. Szkoda, że narodowcy nie czytają teologów.

Chrześcijański Bóg, w którego wierzę, jest kruchy i bliski, objawia się zaś w prozie codzienności

To oczywistość powtarzana od lat przez ludzi zatroskanych o chrześcijaństwo (nie tylko w Polsce) – Jezus na kartach Ewangelii uczył o miłości do nieprzyjaciół, a nie zachęcał do zemsty, zamiast obrony i zamknięcia zalecał łagodność i „schowanie miecza do pochwy”, w miejsce snów o potędze „chrześcijańskiej Europy” proponował uczniom drogę krzyża, samouniżenie i nadstawianie drugiego policzka.

„Mój Bóg jest głodny / ma chude ciało i żebra / nie ma pieniędzy / wysokich katedr ze srebra / Nie pomagają mu / długie pieśni i świece / ma pierś zapadłą / nie chce lekarstwa w aptece, […] tylko miłością mój Bóg się daje nakarmić” – pisał ksiądz Jan Twardowski. Chrześcijański Bóg, w którego wierzę, jest kruchy i bliski, objawia się zaś w prozie codzienności. Ma twarz dzieci umysłowo chorych mieszkających w jednym z ośrodków na Dolnym Śląsku (gdzie miałem szczęście być wolontariuszem). Widziałem Go w bezradnych oczach niepełnosprawnego chłopca, który zgubił się w wielkim mieście i pytał o drogę do domu. Mój Bóg mieszka w uśmiechu pięknej kobiety, którą widuję co rano. Bożek na usługach „wielkiej Polski katolickiej” pozostaje jedynie Jego karykaturą.