Przebijam się przez dziesięć godzin nagrań przesłuchania Marka Zuckerberga w Kongresie. Pierwsza, całkiem odruchowa emocja, to satysfakcja.

Satysfakcja, bo mu zazdroszczę. Niekoniecznie pieniędzy, ale władzy i ponadludzkiego statusu osoby wystrzelonej w stratosferę przez zakres rzeczy, na które ma wpływ. Na ekranie widzę zwykłego gościa, niewiele starszego ode mnie, znacznie bardziej piegowatego. Ale już po chwili pod ludzką powłoką zaczynam dostrzegać przyczajonego reptilianina (w zgodzie z autorami powodzi memów powstałych po przesłuchaniach).

I dlatego bardzo chcę go widzieć w pozycji besztanego uczniaka. Bo w moich oczach Mark Zuckerberg na przesłuchaniu to arogancki Jesse Eisenberg z „The Social Network” przed harvardzką komisją („czasy się zmieniają, a pan wciąż staje przed komisjami”), który nic sobie nie robi z groźby wyrzucenia z uczelni. Chciałbym, żeby teraz było inaczej i z radością czepiam się każdego momentu nagrań, w którym poniesiony retorycznym zapałem senator/senatorka miesza Facebooka i jego twórcę z błotem. Jak na przykład senator Kennedy, który stwierdził, że „wasza umowa z użytkownikiem jest do kitu”. Chciałbym, żeby Zuckerberg kulił się, gdy senator daje mu pracę domową i każe „po powrocie do domu” napisać ten dokument od nowa w bardziej zrozumiały sposób. Jeszcze bardziej chciałbym wierzyć, że niemal zerowa mimika Zuckerberga to dowód przerażenia, a nie wyćwiczonej próby zapanowania nad twarzą.

Kulminacją tej farsy było pytanie senatora Hatcha: „jak spina wam się model biznesowy, w którym użytkownicy nie płacą za usługę?”

Satysfakcja też dlatego, że się go boję. Jak narazie jego imperium sprawia wrażenie, jakby było poza zasięgiem jakichkolwiek regulacji, a senatorowie wypadli tak blado (trzeba oddać kongresmenom, że przygotowali się odrobinę lepiej), że niektórzy komentatorzy nazwali przesłuchanie wielogodzinną rozmową z obsługą klienta, w której grupa starzejących się zamożnych ludzi próbowała zrozumieć, jak działa ten cały Facebook i kto może obejrzeć ich zdjęcia z wakacji. Kulminacją tej farsy było pytanie senatora Hatcha: „jak spina wam się model biznesowy, w którym użytkownicy nie płacą za usługę?”, na które Zuckerberg po trzech sekundach przepełnionej niedowierzaniem pauzy odpowiedział „senatorze, wyświetlamy reklamy”. Chciałbym, żeby chociaż przez chwilę to on się bał, że jednak przyprą go do muru, że jego ukochane dziecko –władza – zacznie mu się wyślizgiwać z rąk, że do nieprzytomności obiją go regulacjami.

Czuję satysfakcję, że przynajmniej musi się odrobinę napocić, choć widać, że nic z tego, przynajmniej nie teraz, kiedy jedyne państwo, które mogłoby mu cokolwiek zrobić, jest bezradne i nie zdecydowało nawet (a może nie zrozumiało), czy ma do czynienia z firmą technologiczną, wydawcą (bo decyduje jakie treści zobaczymy na naszych ekranach), instytucją finansową (bo umożliwia płatności), e-commercem (bo daje przestrzeń do sprzedaży towarów), firmą lotniczą (bo produkuje samolot Aquila z myślą o dostarczaniu internetu w programie Free Basics), czy jeszcze czymś innym.

Czuję satysfakcję, bo sądzę, że nie ma alternatywy. Zawsze będzie jakiś Facebook, a nawet jeśli sam się z niego wypiszę, to może moje życie będzie lepsze, ale Zuckerberg i tak mnie dosięgnie, bo sięga wszędzie. Pozwalam sobie więc na chwilę pozornej satysfakcji, bo tylko tyle mogę.

Zamawiałem w Kongresie spektakl zmieszania Zuckerberga z błotem. Tym razem nic z tego.