Ewentualny upadek cyfrowej dyktatury niesie ze sobą nadzieję na ustanowienie nowych, bardziej symetrycznych relacji między władcami Facebooka a zwykłymi użytkownikami.

Żaden porządny spektakl polityczny nie obejdzie się bez własnych ikonicznych obrazów. Dwa dni „grillowania” Marka Zuckerberga w amerykańskim Kongresie upłynęły pod znakiem szalonego wyścigu memów. W internetowym krzywym zwierciadle szef Facebooka – z wesołego nerda w dresowej bluzie – przeistoczył się w cyborga, człowieka-maszynę, ambasadora obcej cywilizacji. Ubrany w sztywny garnitur, z nieruchomym, pustym spojrzeniem, emanował chłodem i nienaturalnym opanowaniem. W moim ulubionym memie ktoś opatrzył zdjęcie Zucka – jak pieszczotliwie nazywają „cudowne dziecko” Doliny Krzemowej entuzjaści cyber-kapitalizmu – takim oto podpisem: „Pamiętaj, żeby napić się wody. Homo sapiens piją wodę”. Z kolei dla amerykańskich dziennikarzy wyjątkowo celną metaforą problemów z ochroną prywatności w mediach społecznościowych okazała się fotografia, na której stremowanego Zuckerberga oskrzydla rój błyskających fleszy i żądlących obiektywów. Zdjęcie, dodajmy, „chwytające” temat w sposób mimo wszystko dosyć anachroniczny, właściwy dla przebrzmiałej epoki tradycyjnej prasy i telewizji.

Bo i w kłopotach społeczeństwa z Facebookiem nie chodzi już wyłącznie o fakt, że życie wielu z nas zamieniło się w spektakl reżyserowany przez globalną korporację. Stawka jest o niebo wyższa i zasadza się na pytaniu, czy sama korporacja w ogóle zdaje sobie sprawę, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat wyrosła na bezprecedensowego cyber-molocha, a jej działania zaczęły generować skutki zdecydowanie bardziej dalekosiężne, niż tylko skokowy wzrost sprzedaży Coca-Coli.

Dla przypomnienia: bezpośrednim powodem wezwania Zuckerberga na Kapitol była afera Cambridge Analytica i wypłynięcie z Facebooka danych przynajmniej 87 mln użytkowników, które następnie wykorzystano do przygotowania specjalnie spersonalizowanych ogłoszeń politycznych dla potencjalnych wyborców Donalda Trumpa. Do tej pory nie jest do końca jasne, czy korporacja zrobiła coś bardzo, bardzo złego i złamała jakieś prawa – na przykład zatajając informację o wycieku przed użytkownikami FB – czy po prostu nadwątliła nasze i tak już wątłe zaufanie.

Skąd wziął się ten kardynalny błąd wizerunkowy? Czy Facebook nie był w pełni świadomy własnych „szarych stref”? Nie chciał siać paniki? A może model biznesowy giganta zwyczajnie faworyzuje półlegalny, niepodlegający ściślejszej kontroli obrót milionami prywatnych danych? Nie pytaj kto, z kim i po co, tylko bierz, póki płacą?

W zgodnej opinii większości obserwatorów, kongresowe przesłuchanie Zucka było nudnym festiwalem przeprosin i mętnych wykrętów. Senatorowie nie wykorzystali szansy, żeby prawdziwie docisnąć szefa Facebooka, przejść do ofensywy i zadać szczegółowe pytania. Internet grzmi, że „starsi biali panowie” popisali się wyjątkową ignorancją w kwestii reguł rządzących mediami społecznościowymi (pojawiły się nawet sugestie, że absolutnie „nie potrafią w internety”), a w najcięższych przypadkach, zamiast pytać, z automatu wystawiali Zuckerbergowi laurkę za udaną realizację American dream.

Pewnym – chociaż wciąż mocno umiarkowanym – przełomem okazał się dopiero drugi dzień przesłuchania – dostaliśmy mimo wszystko nieco mniej teatru, a więcej niewygodnych pytań. Ale już we wtorek niektórzy kongresmeni pytali o sprawy daleko wykraczające poza samą aferę CA – na przykład czy Facebook nie osiągnął przypadkiem pozycji rynkowego monopolisty? A jeśli tak, to jakimi regulacjami należałoby go objąć? I czy jest to jeszcze firma technologiczna, czy może już największy na świecie wydawca treści?

Kongresowe przesłuchanie Zucka było nudnym festiwalem przeprosin i mętnych wykrętów. Senatorowie nie wykorzystali szansy, żeby prawdziwie docisnąć szefa Facebooka, przejść do ofensywy i zadać szczegółowe pytania

Zuckerberg przepraszał, zapowiadał poprawę, przedstawiał się jako zwolennik regulacji i mówił o mechanizmach ochrony prywatności, które zostaną wdrożone w najbliższym czasie albo już zaczęły pracować. Kiedy pojawił się temat nikłej kontroli nad cyberpropagandą, fake newsami i handlem danymi, Mark przełączał się na algorytmy korporacyjne i wygłaszał okrągłe formułki o „łączeniu ludzi” i „platformie dla wszystkich idei”.

Z tej wymijającej, propagandowej magmy dało się wyłowić dwa słowa klucze: „kontrola” i „wiara”. Liczne pytania o gromadzenie danych bez wiedzy użytkowników – co dobitnie pokazała choćby afera z tak zwanymi „ukrytymi profilami” (shadow profile) – i etyczny wymiar modelu biznesowego firmy, opartego na maksymalizacji zysków kosztem prywatności, szef Facebooka kontrował zapewnieniami o „pełnej kontroli sprawowanej przez użytkowników” (niczym nie muszą się z nami dzielić, a jeśli już to robią, to dla własnego komfortu i lepszego „połączenia” z przyjaciółmi).

Jednocześnie – na drugą nóżkę – przyznawał, że firma zbiera dane nawet o tych osobach, które nie mają kont w serwisie, a także dane medyczne i dotyczące lokalizacji, a sam Zuckerberg padł ofiarą ostatniego „wycieku” do CA. I – rzecz znamienna – zdecydowanie więcej było w jego słownej szermierce rozmytego „I believe” niż twardego „I’m sure”: „Wierzę, że każdy użytkownik jest wyłącznym właścicielem swojego «kontentu online»”, wierzę, że dane wykorzystywane w celach reklamowych są odseparowane od danych dotyczących bezpieczeństwa” i tak dalej. Tak jakby Facebook nie był w pierwszej kolejności prywatną firmą i płatną platformą dla reklomadowców, ale spajała go jakaś tajemnicza umowa między właścicielami, użytkownikami i komputerowymi algorytmami, których intencji nikt do końca nie rozumie i nie kontroluje.

Z tego schizofrenicznego – pełnego luk i sprzeczności – spotkania tradycyjnej władzy z rozproszoną władzą kapitału, wyłaniają się dwa obrazy Zuckerberga i jego firmy, oba raczej średnio optymistyczne.

Z jednej strony Facebook może być po prostu kolejnym cynicznym graczem, który lawiruje, mataczy i zaciemnia, żeby uniknąć płacenia wysokich kar finansowych, odszkodowań i nowych podatków oraz utrzymać dotychczasowe, nieprzejrzyste zasady obrotu danymi. Z drugiej – jeśli uznamy niepewność czy nawet niewiedzę Zuckerberga co do istoty własnego produktu za szczery rachunek sumienia – platforma gromadząca prywatne informacje o dwóch miliardach ludzi na całym świecie powoli zamienia się w gigantyczne, udzielne państwo, nad którym nie da się sprawować pełnej odgórnej kontroli i gdzie nawet same algorytmy uczą się samodzielności i zyskują stopniową autonomię (a intensywne badania nad AI tylko ten stan pogłębią).

W słowach Zuckerberga zdecydowanie więcej było rozmytego „I believe” niż twardego „I’m sure”

Wbrew pozorom, anarchia – a w dalszej konsekwencji upadek cyfrowej dyktatury – niesie ze sobą pewną nadzieję na ustanowienie nowych, bardziej symetrycznych relacji między władcami Facebooka a zwykłymi użytkownikami. Innymi słowy – na przemianę wyzyskiwanych poddanych w demokratycznych obywateli.

Nie ulega wątpliwości, że tam, gdzie Facebook sprawuje dzisiaj realną władzę – gromadząc tysiące danych na nasz temat – dominują stosunki czysto feudalne. Nasza pozycja w państwie Zuckerberga – jak pisał niedawno profesor Mirosław Filiciak, cytując Bruce’a Sterlinga, speca od internetu rzeczy – przypomina pozycję chłopów pańszczyźnianych: produkujemy mnóstwo danych, nikt nam za tę pracę nie płaci, a nasze produkty non stop zasilają pański skarbiec, którego wielkości w żaden sposób nie jesteśmy w stanie oszacować. Mało tego – nie potrafią tego nawet sami włodarze Facebooka. Na razie trudno sobie wyobrazić, jak takie demokratyczne współzarządzanie gigantycznymi „zbiornikami” informacji – w zgodzie z ideą „sprawiedliwości danych” Linnet Taylor – miałoby w praktyce wyglądać.

Znawcy tematu gorąco zachęcają do myślenia utopijnego. W końcu jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie podejrzewał – może z wyjątkiem niektórych futurologów, pisarzy science-fiction i naukowców – że tak łatwo oddamy naszą prywatność w zamian za możliwość błyskawicznej społecznej gratyfikacji.

Jedno na pewno przestało już być utopią – przesłuchanie Zuckerberga, przy całej swojej fasadowości i teatralności, skierowało reflektor publicznej uwagi na machloje Facebooka. Teraz trzeba to ulotne źródło światła za wszelką cenę podtrzymywać, także na naszych rodzimych peryferiach. Nawet jeśli w głowach ciągle szumi nam Smoleńsk, a premier-bankier obiecuje już nie drugą Irlandię, lecz kolejną Dolinę Krzemową.