Nie zawsze lud ma rację. Nie zawsze większość, gotowa popierać przywódców rozdających chleb i różne obietnice, kieruje się trafnym rozeznaniem dobra wspólnego.

Ewangelista Jan w rozdziale 6 opowiada dziś o cudzie rozmnożenia chleba nad Jeziorem Galilejskim. Jezus, głosząc naukę o bliskim królestwie Bożym i wzywając ludzi do nawrócenia, czyli do przemiany „serc z kamienia w serca z ciała”, jednocześnie czyni znaki potwierdzające jego misję mesjańską: wypędza złe duchy, dotknięciem uzdrawia chorych, przywraca wzrok niewidomym. Nic dziwnego, że gdziekolwiek się uda, „ciągną za nim liczne tłumy”, nawet wtedy, gdy wraz z uczniami wyraźnie szuka odosobnienia.

Tym razem, widząc rzesze zgromadzone nad jeziorem, z dala od swoich siedzib, Jezus pomyślał także o zaspokojeniu elementarnej ludzkiej potrzeby posilenia się. I oto z pięciu chlebów i dwóch ryb, które miał ze sobą jeden chłopiec, nakarmiono pięć tysięcy osób, a potem zebrano jeszcze dwnaście koszów ułomków. Cud był spektakularny.

Zwróćmy jednak uwagę na to, co się stało potem. „Kiedy ludzie spostrzegli, jaki znak uczynił Jezus, mówili: «Ten prawdziwie jest prorokiem, który ma przyjść na świat»”. Oczekiwali jednak proroka na swoje wyobrażenie – Mesjasza politycznego, który przywróci wolność i wielkość ich narodu. „Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę”.

Chrystus, dokonując cudów, kieruje się przede wszystkim empatią i współczuciem dla ludzi, których spotyka na swojej drodze, dostrzega ich biedy i cierpienie, odpowiada na autentyczne potrzeby. Nie unika tłumów, które na jego widok popadają w entuzjazm, ulegając doraźnym emocjom, raczej krótkowzrocznie i płytko patrząc na rzeczywistość. Tym razem jednak entuzjazm tłumu, chcącego obwołać Jezusa królem, zagroził wręcz jego misji. Chrystus – można powiedzieć – studzi rozgrzane nastroje. Sam z najbliższymi uczniami „usuwa się na górę”. Szuka samotności, milczenia i skupienia, by dalej konsekwentnie realizować swój prowadzący przez śmierć na krzyżu dalekosiężny plan, który ma zaskoczyć wszystkich, łącznie z uczniami.

Chrystus, dokonując cudów, kieruje się przede wszystkim empatią i współczuciem dla ludzi, dostrzega ich biedy i cierpienie, odpowiada na autentyczne potrzeby

Okazuje się więc, że nie zawsze vox populi oznacza vox Dei, jak głosi znane łacińskie powiedzenie. Nie zawsze lud ma rację. Nie zawsze większość, gotowa popierać przywódców rozdających chleb i różne obietnice, kieruje się trafnym rozeznaniem dobra wspólnego.

Warto, byśmy pamiętali o tym przesłaniu Ewangelii, zwłaszcza obecnie, kiedy w wielu społeczeństwach świata demokratycznego, także w naszym, dochodzi do głosu populizm, czyli schlebianie ludziom, granie na ich „pobożnych życzeniach”, chorych emocjach czy lękach.

Jezus, jak pokazuje Ewangelia, karmił chlebem głodnych, ale tłumom nie schlebiał.

Tekst emitowany 13 kwietnia jako „Słowo na dzień” w poranku radiowej Dwójki.