W „Twarzy” Małgorzaty Szumowskiej nie widzę szumnie zapowiadanej słodko-gorzkiej czułości w portretowaniu „wyobrażonej prowincji”, podobnie jak nie widzę żadnego „antypolonizmu”. Raczej – klasowe poczucie wyższości i grożenie palcem prostaczkom znad lampki wina i kotleta z awokado.

Ile sposobów doświadczania świata, tyle znaczeń niesie ze sobą twarz. Czytamy z niej, stajemy naprzeciwko niej, wstydzimy się w nią spojrzeć, tracimy ją lub zachowujemy. „Twarz nie daje się posiąść, wymyka się mojej władzy” – pisał francuski filozof Emmanuel Levinas. W Levinasowskiej fenomenologii etycznej obecność twarzy Innego zmusza nas do wykroczenia poza siebie, rozbija samolubne poczucie bycia zadomowionym w świecie, wiedzie ku wzajemnemu, pełnemu szacunku poznaniu. Ludzka twarz stale przegląda się w zwierciadłach fikcji, jest obecna w niezliczonych tekstach literackich, obrazach, przedstawieniach – jako oś dzieła albo jeden z wątków pobocznych. Reprezentuje zmianę lub utratę tożsamości, ale jeszcze częściej – maskę społeczną, podporządkowanie normie, bitwę toczoną o jej przekroczenie.

W nowym filmie Małgorzaty Szumowskiej – głośnym na długo przed krajową premierą, bo uhonorowanym drugim co do ważności laurem Berlinale, Wielką Nagrodą Jury – twarz wiąże się ze swego rodzaju podwójnością, przywołuje zagmatwaną rzeczywistość Polski podzielonej, janusowej: zachodniej/wschodniej, nowoczesnej/zacofanej, inteligenckiej/ludowej, świeckiej/katolickiej. Oryginalny tytuł – przez swoją jednoznaczność – nie oddaje tego pęknięcia, widać je dopiero w zestawieniu z tytułem angielskim. „Mug” znaczy bowiem tyle, co „ryj”, „morda” – chodzi więc o twarz obarczoną jakimś naddatkiem „twarzowości”, oblicze w jakiś sposób zniekształcone, groteskowo wyolbrzymione. „Ryj idzie!” – woła za Jackiem, głównym bohaterem Szumowskiej, wiejska dzieciarnia. Bieszczadzki nonkonformista – długie włosy, koszulki metalowych zespołów, dżinsowe kurtki z ćwiekami – już wcześniej bywał nazywany „piz…”, „brudasem” i „szatanem”. Teraz – po wypadku i przeszczepie twarzy – stał się najprawdziwszym Obcym: zniekształcone rysy i cudze, „pożyczone” oblicze stawiają pod znakiem zapytania nie tylko jego indywidualną tożsamość (to w ogóle ten sam facet?), ale także przynależność narodowo-etniczną (to Polak?) czy nawet gatunkową (to jeszcze człowiek?).

Jacka boi się i brzydzi cała wieś, piętnuje jako „przeszczep” z innego, nieswojego świata: wielkiego miasta (operacja odbywa się „gdzieś tam”, między szklanymi biurowcami), medialnego symulakru (telewizyjne relacje ze szpitala), zachodniej nowoczesności (pierwszy tego typu udany zabieg w regionie). Twarz/morda służy Szumowskiej jako użyteczna metafora, na tyle pojemna, żeby pomieścić i uniwersalną tematyczną „drobnicę” (jednostka kontra zbiorowość), i głośne spory publiczne: o Polskę dwóch plemion, korzenie naszego społeczeństwa, skutki transformacji. I zdaje się, że reżyserkę najbardziej interesują te ostatnie – w filmowym „przyswajaniu” nowej twarzy da się zobaczyć symboliczną opowieść o modernizującym się kraju i ludowej reakcji na ową modernizację.

Czego u Szumowskiej nie ma: Metallica, Gigi D’Agostino, spowiedź, wigilia, islam, Romowie, dresiarze, łeb świni, Kargul i Pawlak, Krzysztof Ibisz, mały fiat, pierwsza komunia, krzyże, dyskoteki w remizie

Przemiana w (neo)liberalną demokrację – powiada Szumowska – być może nie odbyła się zupełnie gładko, a polska twarz wyszła spod wolnorynkowego skalpela nieco bardziej pokiereszowana, ale przynajmniej pacjent wciąż dycha, gada, żyje. Tymczasem „ciemnogród” na tę dziejową konieczność reaguje gestem Kozakiewicza i odpaleniem rac – skokowym wzrostem postaw ksenofobicznych, oddaniem pola narodowo-katolickim ekstremizmom. W „Twarzy” rodzona matka nasyła na syna egzorcystów, tłumacząc księdzu proboszczowi, że „chłopak patrzy jak tamten drugi, ten od twarzy wciąż w nim siedzi; nie wiadomo kim on był, skąd on był, to diabeł”. Scena wypadku także nie pozostawia żadnych wątpliwości co do kół napędowych współczesnej ludowej reakcji. Jacek pada ofiarą powierzchownego narodowego katolicyzmu, sojuszu Kościoła z bankomatem, ponurej manii wielkości à la Ojciec Dyrektor.

Na wzgórzu za wsią rośnie największy na świecie pomnik Chrystusa (ten sam, co w Świebodzinie, ale w filmowej rzeczywistości przeniesiony w Bieszczady), a miejscowi mężczyźni pracują przy jego budowie. W centrum fikcyjnej Polski-makiety – niczym axis mundi – wznosi się symbol kato-kapitalizmu, wykwit estetyki licheńskiej. Ale żelbetowy, szkaradny Chrystus to także zmyślna zabawka kontrolowana przez o wiele starszych mocarzy – koń trojański obskurantyzmu i zabobonu, wciągnięty za mury miasta przez niczego nieświadomych prostaczków. Zasadzka na spojrzenia i umysły – nęci przesadą, obiecuje panowanie nad światem, a ostatecznie przynosi pustkę. I Jacek, zupełnie dosłownie, prosto w tę pustkę wpada: leci na łeb, na szyję w czeluście jezusowego wnętrza, w trzewia gigantycznego, pozbawionego twarzy posągu, który – niczym Moby Dick – wsysa w siebie cały świat. Pożera Polskę i polskiego człowieka.

U Szumowskiej Polska dzieli się na dwa kontynenty także w inny sposób – możliwy do odczytania, patrząc po zagranicznych recenzjach filmu, chyba wyłącznie przez polskich widzów, opatrzonych i osłuchanych z lokalnym kontekstem. Jej twarz publiczna – ta realna, publicystyczno-dokumentalna – pojawia się w znajomych obrazach prowincji (bieszczadzka wieś), powszechnych praktykach religijnych (msze, wigilie, komunie święte) i wielkich tematach polityczno-społecznych (ksenofobia, emigracja zarobkowa, brak perspektyw na awans). Z kolei podskórna „morda” – uzależniona od perspektywy klasowej, od spojrzenia „zaniepokojonego inteligenta” – istnieje raczej na poziomie formy filmowej, w zamknięciu swojskich realiów w ramy „czarnej baśni dla dorosłych”, która usprawiedliwia grubą przesadę, niewybredny humor, z gruntu wielkomiejską ironię.

Czy da się w ogóle jeszcze pokazać „prawdziwe oblicze” Polski i jej człowieka – bez uogólnień i wyolbrzymień?

Sama reżyserka stawia się w roli pierwszej obrończyni umownego charakteru świata przedstawionego. „Twarz”/„Mug” – podkreśla w wywiadach Szumowska – jest przede wszystkim humorystyczną przypowieścią, Polską podniesioną do potęgi n-tej, narodem w pigułce, miksem stereotypów, przywar, lęków. Nie chodziłoby więc – jak u Levinasa – o spotkanie i porozumienie dwóch plemion, lecz o doprawienie jednemu z nich karnawałowego „ryja”, który można bezkarnie obśmiać, wymierzyć kopa w zbyt wielki zad, utopić – jak marzannę – w pobliskiej rzece.

Osobiście karnawałowa konwencja w ogóle mi nie przeszkadza. Wywodzące się z tej tradycji taktyki estetyczne – satyry, humoreski, ironiczne hiperbole w duchu austriackich mistrzów: Ulricha Seidla i Michaela Hanekego – często niosą ze sobą zbawienne oczyszczenie, ustanawiają kulturowe wentyle bezpieczeństwa. Tyle że u Szumowskiej śmiech szybko wyzwala się z pęt umowności i przeistacza we władczy, zimny rechot – grożenie palcem prostaczkom znad lampki wina i kotleta z awokado. Ironizowanie z bieda-społeczeństwa, które nie potrafi wyciągać wniosków z własnych błędów i dokonać krytycznej autorefleksji; z polskiej nowoczesności, która sama siebie nie akceptuje, ścigając się z wyobrażonym Zachodem na pieniądze i pozłacane fasady; z nieestetycznych, małych figurek „wsioka” z obowiązkową butelką wódki w brudnych łapskach i „kur…” międloną w ustach razem z hektolitrami śliny.

Nie widzę tutaj tej szumnie zapowiadanej słodko-gorzkiej czułości w portretowaniu „wyobrażonej prowincji”, podobnie jak nie widzę – to druga strona naszej krajowej piaskownicy – żadnego „antypolonizmu”. Już bardziej – klasowe poczucie wyższości. Protekcjonalizm, w dodatku niezdecydowany i nieumiarkowany, żonglujący bez opamiętania medialną sensacją, obrazkami z memów, publicystycznymi kliszami z ostatnich kilku lat.

Czego u Szumowskiej nie ma: Metallica, Gigi D’Agostino, spowiedź, wigilia, islam, Romowie, dresiarze, łeb świni, Kargul i Pawlak, Krzysztof Ibisz, mały fiat, pierwsza komunia, krzyże, dyskoteki w remizie. To teledysk, gonitwa, wyrazista sytuacja pożerająca kolejną wyrazistą sytuację, sparing narodowych (stereo)typów – mniej Hanekego, a więcej polsatowskich kabaretonów. W tym chaosie – szczególnie jeśli chodzi o drugą połowę filmu – ginie gdzieś cały sens wypowiedzi, zostają pojedyncze, wyrwane z kontekstu słowa, obijające się o siebie komediowe klisze. Ksiądz dopytuje kobietę w konfesjonale o fellatio, nad grobem dziadka faceci biją się o skrawek ziemi „tam pod laskiem”, na przystanki podjeżdżają malownicze pekaesy.

Nie wiadomo, co dokładnie Szumowska za pomocą tego kalejdoskopowego ciągu „polobrazów” chciałaby nam powiedzieć. Że napawa ją odrazą wdrukowana w post-peerelowskie umysły, a obecnie wyłażąca z piwnic, pogarda dla Obcości? Że boi się polskiego narcyzmu i prowincjonalnej mentalności? Że nasza droga ku modernizacji, ku emancypacji społeczno-obyczajowej – a więc wyfantazjowanej „normalności” – to w rzeczywistości orka na ugorze, bo „ludek” pragnie złotych pomników i widmowych znaków wielkości?

Jeśli rzeczywiście chodziłoby przede wszystkim o modernizację, to nowy film Szumowskiej wydaje się równie niekompletny, „prześniony”, co projekt Polski nowoczesnej – i można go uznać za jego najnowsze zwierciadlane odbicie. To nie tyle przyglądająca się samej sobie twarz autokrytyczna, ile maska skrywająca bardzo jednoznaczny punkt widzenia – perspektywę wielkomiejską, pedagogiczną. Baw się, nauczając – nauczaj, bawiąc. Robota w gruncie rzeczy prosta i szalenie satysfakcjonująca – zagarnąć cudzą twarz, przypiąć mordę – szczególnie, jeśli ogląda cię przede wszystkim twoja własna bańka środowiskowa – ciągle ta sama wierna, inteligenta, liberalna publiczność. O wiele trudniej wyjść tej koszmarnej mordzie na spotkanie, stanąć z nią twarzą w twarz. Bo przecież może się okazać, że ryj wcale nie jest taki świński. Że bajka nie musi być zawsze czarno-biało. Że mordy mówią i mają także odwagę mówić za siebie. „Twarz nie daje się posiąść” – przypomina Levinas. Tylko czy, idąc dalej tym tropem, w ogóle da się jeszcze pokazać „prawdziwe oblicze” Polski i jej człowieka – bez uogólnień i wyolbrzymień?

Szumowska przynajmniej spróbowała wygrzebać się z pieleszy własnej odrazy, rozejrzeć dookoła i na kanwie tego, co zobaczyła, wypracować jakiś rodzaj artystycznej syntezy. Inni zbyt często chowają głowę w piasek. A przecież PRAWDA – ta wielka machina uśredniająca rzeczywistość – tylko czeka, żeby pożreć cały swój kruchy miot. Wessać w pustkę narodowej gigantomanii. Obyśmy po przejściu nowej czyszczącej fali wciąż potrafili zachować twarz. A wraz z nią – umiejętność wykraczania poza siebie, wychodzenia naprzeciw Innemu. W końcu od tego zależy jakość naszych obrazów, wielkość kina. I nade wszystko – kondycja naszego człowieczeństwa.