Nie znam chyba drugiej takiej osoby jak Krzysztof, która z równą delikatnością (ale bez cienia egzaltacji) odnosiłaby się do ludzi naznaczonych szczególną kruchością.

Był ciepły wieczór, 5 czerwca 2017 roku – pamiętam dokładnie, bo to było tak niedawno – siedzieliśmy w małym patio paryskiej kamienicy przy 25, rue Surcouf. Zmierzchało, byliśmy po dniu szwendania się we czwórkę po Paryżu: Krzysztof, mój brat Tomasz, jego żona Dominika i ja. Jedliśmy ser i piliśmy czerwone wino. Ni stąd, ni zowąd zaczęliśmy rozmawiać o śmierci – nie pamiętam już, kto podjął ten temat.

Krzysztof zwierzył się, że chciałby móc przed śmiercią uporządkować swoje notatki, a zwłaszcza zniszczyć te, które dotyczą jego pacjentów z poradni rodzinnej, w której pracował. Ja przyznałam się, że już sama myśl o śmierci tych, których kocham, paraliżuje mnie i wywołuje samolubne pragnienie, by umrzeć przed nimi. Krzysztof zażartował wtedy: „Umówmy się, że to ja wszystkich was pochowam”.

Zanim wyjechał do uroczej, położonej u stóp Alp wioski Bettmeralp w Szwajcarii, słyszeliśmy się jeszcze kilkakrotnie przez telefon. Raz dzwonił on, innym razem ja. Krzysztof częściej – wiedział, że źle się czuję, miałam bardzo ciężki rok. W takich sytuacjach nie miał w zwyczaju pocieszać. Rozumiał, że smutek i brak energii mają swój czas i dynamikę – trzeba pozwolić im wybrzmieć. Nie pocieszał więc, po prostu był – pełen przyjacielskiej tkliwości.

Podczas jednej z tamtych rozmów opowiadał o pięknym czasie w Tatrach, gdzie ruszył – niedługo po powrocie z Paryża – z grupą małżeństw i ich dzieci, którym od lat towarzyszył duchowo i z którymi wiązała go głęboka przyjaźń. Bardzo cieszył się na wspólną wyprawę z bratankami, Sebastianem i Mateuszem, również w Tatry. Odbyli ją, zanim wyjechał do Szwajcarii.

Ostatni raz rozmawialiśmy 25 lipca – w dniu imienin Krzysztofa. Szykował się już do Bettmeralp. Bardzo lubił to miejsce – nazywał je drugą, po ukochanym Opolu, ojczyzną. W jego opolskim mieszkaniu wisiała oprawiona w ramki fotografia białego kościółka w Bettmeralp na tle majestatycznych Alp.

Imieninowy prezent planowałam wysłać mu właśnie do Bettmeralp. To filiżanka do espresso, które miał zwyczaj pić po obiedzie. Właśnie w Paryżu skarżył się, że nie może w żadnym sklepie znaleźć takiej filiżanki, w jakiej zwykle podaje się espresso w kawiarniach – z grubymi ściankami, które dobrze utrzymują temperaturę napoju.

16 sierpnia miałam wolniejsze popołudnie, postanowiłam więc poszukać filiżanki do espresso dla Krzysztofa i wysłać ją do Bettmeralp – nigdzie nie mogłam jednak znaleźć takiej, jaką chciałam mu podarować.

17 sierpnia od rana byłam w podróży. Jechałam do przyjaciół w Bieszczady. Wiadomość o zaginięciu Krzysztofa dotarła do mnie właśnie tam – 18 sierpnia rano. Potem nastąpiły dni modlitwy o szczęśliwe odnalezienie Krzysztofa, nieustanne zaglądanie na stronę opolskiego „Gościa Niedzielnego”, gdzie umieszczano aktualne informacje o działaniach szwajcarskich ratowników. Mailowanie do Andrzeja Kernera, który znał Krzysztofa jeszcze z czasów licealnych, obecnie redaktora opolskiego „Gościa Niedzielnego”, by dowiedzieć się więcej, niż podawano w oficjalnych komunikatach. To był również czas szczególnej bliskości z tymi, którzy znali Krzysztofa: Dominiką i Tomaszem, Magdą i Kamilem z Londynu, Ewą i Beatą z Warszawy oraz Olą z Poznania (Krzysztof nazywał ją siostrą bliźniaczką – ich daty urodzin dzielił jeden dzień) oraz wieloma innymi jeszcze osobami.

Mijały kolejne, pełne nadziei dni, aż przyszedł ten, w którym poszukiwania zostały zakończone. Brat Krzysztofa, Adrian, powiedział mi w telefonicznej rozmowie, że szwajcarscy ratownicy szukali Krzysztofa z największym oddaniem, a ich szef, kończąc poszukiwania, miał łzy w oczach.

Krzysztof to ksiądz niosący Chrystusa w sposób niezwykle dyskretny, delikatny, pełen szacunku wobec inności drugiego człowieka. Ten rodzaj duszpasterstwa otwierał na spotkanie z Bogiem i spotkanie z samym sobą

Miesiąc później do Betten udała się grupa ratowników górskich z Polski – przeszli trasę, którą 17 sierpnia szedł Krzysztof, ale niczego nie znaleźli, nawet najmniejszego śladu. Do Bettmeralp w tym samym czasie dotarło również kilka osób z małżeńskiej grupy, której od lat Krzysztof towarzyszył. Kamil Krawiec, który był wśród nich, napisał w liście do mnie:

„To była krótka wizyta, mieliśmy tylko dwa pełne dni do dyspozycji, ale mogliśmy pójść ostatnim szlakiem Krzysztofa. Pogoda dopisała, wbrew zapowiadanym prognozom świeciło słońce i było ciepło. W tym samym czasie tę okolicę przeszukiwała ekipa z Opolskiej Grupy Poszukiwawczo­ Ratowniczej (19 osób). To doświadczeni ratownicy. Zakończyli poszukiwania, niestety, bez rezultatu. Znaleźli czapkę i kijek, ale po weryfikacji okazało się, że to nie były przedmioty należące do Krzysia. Zresztą sam mogłem na miejscu potwierdzić, że znaleziona czapka należała do kogoś innego. Czapka, którą przez ostatnie trzy lata nosił Krzysztof w górach, została mu podarowana przeze mnie i Madzię w Zakopanem. Ostatecznie doszliśmy do stawu na wysokości 2800 m n.p.m., ale nie było już czasu na zaatakowanie samego szczytu. Tak wyglądała sobota. Niedzielę spędziliśmy na spacerach po Bettmer i Bettmeralp (górna wioska, gdzie można dojechać tylko wyciągiem). To była parafia, w której pracował Krzysztof w sierpniu. Poznaliśmy przesympatycznego proboszcza, ks. Bruno. Wieczorem była msza w miesiąc po zaginięciu Krzysia, której przewodniczył biskup opolski Andrzej Czaja. Polsko­niemiecka msza.

Ta podróż była wszystkim nam bardzo potrzebna. Jakoś tak spokojniej teraz. Jakbyśmy się w jakiś przedziwny sposób spotkali tam z Krzysztofem. Wciąż ciężko, ale inaczej. Dobrze było też pobyć w gronie bliskich przyjaciół Krzysztofa. Wieczorne rozmowy, wspólne wspominanie, dzielenie się w zaufanym gronie podobnym cierpieniem z powodu, który każdy z nas doskonale rozumiał – to wszystko było bezcenne.

Podczas wędrówki śladami Krzysztofa zabrałem ze szlaku kamyczki, również z myślą o Tobie, Kasiu, aby Ci je podarować przy najbliższej okazji. Zabraliśmy Cię w sercu na tę wyprawę. Myśleliśmy też o Twoim bracie i Jego żonie”.

Zaginięcie Krzysztofa boli bardzo wielu, którzy nadal pogrążeni są w żałobie.

Dla mnie był jedną z najbliższych osób. Jego przyjaźń była czymś niezbędnym, wręcz życiodajnym. Pierwszy raz spotkaliśmy się na przełomie 2000/2001 roku u jezuitów w Częstochowie podczas rekolekcji ignacjańskich. Krzysztof był wtedy moim kierownikiem duchowym – przez siedem dni rekolekcji, które przeżywa się w milczeniu, rozmawiałam jedynie z nim, i to nie więcej niż 10–15 minut dziennie. Tamte rekolekcje oraz rozmowy z Krzysztofem mocno mnie naznaczyły, były jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu.

Kilka miesięcy wcześniej wysłuchałam nagrań z jego sesji „Ból ludzkich zranień”, która odbyła się w Salwatoriańskim Centrum Formacji Duchowej. Byłam pod ogromnym wrażeniem wiedzy Krzysztofa na temat depresji. Podziw budził też język, jakim mówił o bolesnych doświadczeniach człowieka zmagającego się z tą chorobą, a także o Bogu, wierze i duchowych dylematach. Język bardzo personalistyczny, pełen empatii, ale też delikatnego humoru.

To właśnie pod koniec rekolekcji w Częstochowie poprosiłam Krzysztofa o pierwszą z nim rozmowę dla „Więzi” – na temat ascezy. Wymieniliśmy się telefonami, miałam zadzwonić za jakiś czas, bo Krzysztof chciał się zastanowić. Zgodził się i dzięki temu odwiedziłam go w jego opolskim mieszkaniu, w seminarium, gdzie pełnił funkcję ojca duchownego.

Od tamtej pory pisywaliśmy do siebie, od czasu do czasu dzwoniliśmy, były kolejne rozmowy dla „Więzi” i spotkania przy różnych okazjach. Tak rodziła się więź przyjaźni między Krzysztofem a mną, do której dołączyli w pewnym momencie Tomasz i Dominika. Odwiedzaliśmy się nawzajem, a raz do roku ruszaliśmy we wspólną podróż. Rowerowaliśmy po Otwocku śladem świdermajerów i mieszkających tam przed wojną Żydów, odwiedziliśmy Drezno, Wiedeń (gdzie Krzysztof w młodości przez pewien czas studiował) i Paryż. W planach mieliśmy wypad do Wrocławia i wyjazd do Petersburga. Trudno będzie tam pojechać bez Krzysztofa.

Miałam nadzieję namówić Krzysztofa na wspólną książkę – wywiad rzekę z nim. To dość oczywiste, ponieważ jego głęboka, niemająca nic z ostentacji wiara budziła zachwyt nie tylko mój, ale także setek, a może tysięcy osób. Krzysztof to ksiądz niosący Chrystusa w sposób niezwykle dyskretny, delikatny, pełen szacunku wobec inności drugiego człowieka. Ten rodzaj duszpasterstwa otwierał na spotkanie z Bogiem i spotkanie z samym sobą. Zapewne dlatego jego rekolekcje czy wykłady z duchowości przyciągały tłumy i były z taką uwagą słuchane. Jak się okazało, dla wielu miały życiodajne znaczenie.

Wiedział, że życie każdego z nas to dojrzewanie w relacjach i w wierze – a to z kolei proces. Dlatego twierdził, że norma jest dla człowieka, a nie człowiek dla normy

Po mszy św. odprawianej w intencji Krzysztofa w jego rodzinnej parafii w Kędzierzynie Koźlu, miesiąc po jego zaginięciu w szwajcarskich Alpach, do jednego z członków wspomnianej już wcześniej grupy małżeństw podszedł mężczyzna. Przyjechał z Kielc, nigdy osobiście nie spotkał Krzysztofa, ale jego słowa – jak powiedział – uratowały mu życie. W tej mszy uczestniczyło wiele osób z grupy małżeństw, którym Krzysztof duchowo towarzyszył – tylko niektóre z nich znałam osobiście, większość jedynie ze słyszenia – z Krzysztofowych opowieści. A jednak spotkaliśmy się jak bliscy sobie – niemal jak rodzina, ludzie… Krzysztofa.

W tej mszy św. uczestniczyła również dziewięcioletnia dziewczynka – Lenka. Jej smutek i łzy były bardzo poruszające – wujek Krzyś był dla niej kimś bardzo ważnym i drogim, obiecał towarzyszyć jej w przyjęciu Pierwszej Komunii św.

Nie znam chyba drugiej takiej osoby jak Krzysztof, która z równą delikatnością (ale bez cienia egzaltacji) odnosiłaby się do ludzi naznaczonych szczególną kruchością. Podczas wspomnianej sesji „Ból ludzkich zranień” Krzysztof mówił: „Depresja jest dużym zagrożeniem, ale jednocześnie szansą. Wiele się można od niej nauczyć, gdy pojawia się w naszym życiu lub życiu naszych bliskich czy znajomych. […] Osoby depresyjne to często ludzie o niezwykłej wrażliwości, delikatni jak cienkie kartki tajemniczej księgi, z której wiele można wyczytać […].Czy wolno mówić o sensie depresji? Czy wolno pytać, co ona chce nam dzisiaj powiedzieć? Wierzymy, że Bóg jest w każdej chwili obecny, że nie ma takiego momentu w naszym życiu, który by On opuścił. Jeśliby Bóg jakąś chwilę opuścił, to by jej nie było. A jeśli Bóg jest obecny, to znaczy, że ta chwila ma sens. Człowiek robi takie rzeczy, które nie mają sensu, wiele momentów swojego życia wypełnia bezsensem. Ale Bóg, Jego Sens, nie opuszcza także i tych chwil. Stąd wolno nam również wierzyć, że to, co się dokonuje w depresji, ma głęboki sens, ponieważ Bóg nie opuszcza ludzi tak mocno zranionych”.

Ks. Krzysztof Grzywocz, „Na początku był sens”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018

Ks. Krzysztof Grzywocz, „Na początku był sens”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018

Krzysztof dzięki swojej wrażliwości, doświadczeniom, ale też dzięki wykształceniu z dziedziny duchowości i psychologii wiedział, że życie każdego z nas to dojrzewanie w relacjach i w wierze – a to z kolei proces. Dlatego twierdził, że norma jest dla człowieka, a nie człowiek dla normy. Wielką inspiracją dla jego kapłaństwa i wiary był papież Franciszek, którego teksty wnikliwie analizował i bardzo cenił.

Krzysztof był człowiekiem bardzo zorganizowanym, żył według rygorystycznego planu dnia, jak mało kto potrafił jednak celebrować codzienność. Z nim każda chwila nabierała ważności, odsłaniała swoją niepowtarzalność. Był człowiekiem niezwykle wrażliwym. Miał osobowość kontemplacyjną. Kiedy w paryskim Muzeum Orsay z Dominiką i Tomaszem wędrowaliśmy po kolejnych ekspozycjach, on siedział wpatrzony w „Siewcę” van Gogha. Miał też duże poczucie humoru, lubił żartować, śmiać się i rozśmieszać innych.

Dziś, po zaginięciu Krzysztofa, kiedy tak trudno uporać się z bólem i znaleźć sens w tym wydarzeniu, powtarzam sobie jego słowa: „Ludzkie doświadczenie sensu jest w pewnym znaczeniu prowizoryczne, podobnie jak życie. Nie jest nam dane raz na zawsze, nie stanowi jakiegoś nienaruszalnego zabezpieczenia. Jest drogą, która się wyłania, i jest tajemnicą. Jest drogą, której trzeba czasem szukać w ciemnościach i być może również czasem ją gubić. Ale ona istnieje”.

Tekst ukazał się jako posłowie do książki ks. Krzysztofa Grzywocza „Na początku był sens”.