Prawdziwa odpowiedzialność bogatych nie polega na tym, żeby jak najbardziej wyssać kasę z danego kraju i rozdawać pieniądze w sąsiednim.

Pewnie nic bym nie pisał o Dominice Kulczyk i rozmowie z nią w ostatnich „Wysokich Obcasach”, gdyby nie widoczny tu i ówdzie ruch w obronie tego wywiadu. Obronie zupełnie dla mnie niezrozumiałej.

W tym, co mówi Kulczyk, jest nawet sporo sensu i ciekawych myśli – zwłaszcza jeśli chodzi o lokalne działanie, wspieranie kobiet, miejscowych liderek i organizacji etc. Część jej refleksji budzi zastanowienie (choć już na przykład zrzucanie biedy i głodu na Boga, a nie na ludzi i system, jest dość marnym zagraniem).

Błędem jest rozpatrywanie tego wywiadu, nawet jeśli miejscami interesującego (choć wybrakowanego i dziurawego jak sito), w oderwaniu od reszty działalności Kulczyk, czyli: a) neokolonialnej estetyki, w ramach której tworzy swój program i jego promocję – absolutnie nieznośną, często wręcz odzierającą z godności; b) zerowego rozliczania się z zarzutów dotyczących efektów działań Kulczyk Investments SA, również w Afryce (Nigeria), czyli dramatycznej degradacji środowiska, kolonizowania miejscowej gospodarki, konsekwencji tych inwestycji dla miejscowej ludności etc.

Mogę poczytać, co ma Dominika Kulczyk do powiedzenia, dlaczego nie. Ale robienie z niej jakiejkolwiek ikony czegokolwiek jest daleko idącym nieporozumieniem. Prawdziwa odpowiedzialność biznesu i w ogóle bogatych nie polega wszak na tym, że rozwalamy dany kraj, by jak najbardziej wyssać z niego kasę, a w sąsiednim rozdajemy pieniądze, a nawet budujemy mosty (choćby najbardziej fachowo). Prawdziwa odpowiedzialność biznesu oznacza: primum non nocere (po pierwsze nie szkodzić).

Chętnie poczytam, co ma Kulczyk do powiedzenia na te tematy. Tyle tylko, że o nich w wywiadzie nie ma ani słowa. To podstawowy problem tego materiału: nie padają w nim najważniejsze pytania (co słusznie i całościowo wytknął Adam Leszczyński, nie będę powtarzał jego udokumentowanych argumentów). W efekcie teoretycznie nie sposób ocenić, czy działalność Kulczyków w Afryce wychodzi per saldo raczej na plus czy na minus. Teoretycznie, bo znając życie, obecną rzeczywistość i działania bogatych – nie łudziłbym się co do wyniku równania. Tyle tylko, że nie wszyscy czytelnicy „Wysokich Obcasów” wiedzą o interesach Kulczyków w Afryce. Z opublikowanego tekstu się o tym nie dowiedzą.

W tym sensie na przykład tekst Wojciecha Staszewskiego w obronie Kulczyk jest walką z chochołem – również bez odniesienia się do najważniejszych zarzutów, które padają w krytyce wywiadu. Jasne, częściowo to hejt. Ale było też mnóstwo rzeczowych pytań i uwag –  i to nie od ludzi niezwiązanych z tematem, od zawistnych, anonimowych hejterów, ale od bardzo wielu ekspertów: od pomocy rozwojowej, od pomagania, od Afryki, od ekologii, od efektów inwestycji naftowych, od dziennikarstwa wreszcie. Wrzucanie przez Staszewskiego ich wszystkich do jednego worka pod tytułem: „zjadacze ziemniaków nie wybaczą zjadaczom mandarynek” jest więc nie tylko niemądre. W zasadzie jest dość paskudne.

Mogę poczytać, co ma Kulczyk do powiedzenia. Ale robienie z niej jakiejkolwiek ikony jest daleko idącym nieporozumieniem

Skądinąd Leszczyński słusznie wytyka „Gazecie Wyborczej”, że nie jest w tej sprawie bezstronna, bo robi od lat interesy z Kulczykami (nie znaczy to, że wywiad nie powinien powstać, ale informacja o związkach biznesowych by się przydała). Słusznie też zwraca uwagę, jak mało jest w tym wywiadzie konkretów (i – jak się okazuje – równie mało jest ich w sprawozdaniach Fundacji). Oto nagle Fundacja za działalność filantropijną uznaje choćby wydawanie książek samej Dominiki Kulczyk, nie podaje sum wsparcia i w ogóle nie wiadomo, skąd się wzięło i jak było liczone do leadu owo 600 tysięcy osób, którym ponoć pomogła. Skoro Kulczyk mówi tak wiele o standardach, to niech dotrzymuje również tych dotyczących przejrzystości. Inaczej nie sposób stwierdzić, czy rzeczywiście pomaga tyle, ile mówi, czy też raczej inwestuje głównie w liczbę krajów i tematów, którymi chce się zająć, zamiast w rzeczywistą efektywność. Tego też się nie dowiemy z wywiadu, który jest utrzymany w tonie laurki.

Moja ocena rozmowy z „Wysokich Obcasów” pozostaje zatem ostra: niezależnie od sensu niektórych ciekawych opowieści Kulczyk, całość jest akcją marketingową, pozbawioną najważniejszych dylematów i zagadnień. Na mnie nie działającą, ale pewnie wielu przekonującą. Niezadane pytania to też odpowiedzialność redakcji. Niezależnie więc od tego, że wywiad jest miejscami intrygujący, to, niestety, bliżej mu do marketingu niż dziennikarstwa.

Bo cała ta rozmowa i to, o czym mówi w niej Kulczyk, to tylko jeden z klocków domina. Mała część układanki. Co więcej, zdecydowanie nie najważniejsza.