Nasze chrześcijaństwo nie jest jeszcze przemienione zmartwychwstaniem Chrystusa – mówi ksiądz Grzegorz Michalczyk, krajowy duszpasterz środowisk twórczych.

Damian Jankowski: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest nasza wiara” – czytamy w 1 Liście do Koryntian. Co roku obchodzimy Święta Wielkanocne. Czy potrafimy się dziś przejąć doniosłością zmartwychwstania?

Ks. Grzegorz Michalczyk: Nasze chrześcijaństwo jest – zwłaszcza w perspektywie polskiej – bardziej pasyjne niż paschalne. To u nas powstały Gorzkie Żale, mocno rozwinęła się droga krzyżowa i różne inne formy nabożeństw pasyjnych, na przykład dróżki kalwaryjskie. To elementy duchowości, w której krzyż Jezusa i jego męka mają szczególne znaczenie. Znacznie mniejszą natomiast wagę przywiązujemy do tego, by przeżywać owoce tej Męki. Mam wrażenie, że nasze chrześcijaństwo często jeszcze nie jest przemienione zmartwychwstaniem Chrystusa.

Szukając analogii, można powiedzieć, że jest z nami tak jak z Apostołami na kartach Ewangelii. Uczniowie musieli zaakceptować fakt zmartwychwstania Chrystusa, przecież Go spotkali. Mogli dotknąć Jego ran, mogli z Nim zjeść posiłek. Tylko że to jeszcze nie przemieniło ich życia. Zwróćmy uwagę na końcowe rozdziały Ewangelii Jana. Jakiś czas po Zmartwychwstaniu Apostołowie dalej są rozbici, siedzą w siódemkę (nie ma wszystkich!) nad brzegiem jeziora, Piotr wpada nawet na – absurdalny w tym kontekście – pomysł połowu ryb. Czyżby miał powrócić do tego, co zostawił przed trzema laty idąc za Jezusem? Prowokując, można by powiedzieć, że w pewnym momencie uczniowie woleliby nawet, żeby Mistrz – jeśli taki ma być rozwój wypadków – rzeczywiście umarł i żeby wszystko się skończyło. Przynajmniej wiedzieliby, na czym stoją. Jedni uciekają do Emaus, inni próbują jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A tu nagle okazuje się, że wszystko się rozsypuje, że On żyje, tylko nie bardzo wiadomo, co z tym faktem zrobić, co z niego wynika.

Dlaczego?

 Spotkanie ze Zmartwychwstałym było dla nich kompletnym szokiem. Ono rozbiło ich wizje, także te dotyczące rzeczywistości pośmiertnej. I to mimo że widzieli wcześniej, jak Jezus wskrzesza zmarłych. Wiedzieli przecież, że Nauczyciel ma moc panowania nad śmiercią – spotkali wskrzeszonych: córkę Jaira, młodego chłopaka z Nain i Łazarza.

Zmartwychwstanie Jezusa nie oznacza jednak powrotu do codziennego życia. Jezus już nie umiera jak Łazarz i inni. Zmartwychwstanie to – jak mówił Benedykt XVI – najdoskonalsza mutacja życia, któremu śmierć już nie kładzie kresu. Jezus uświadamia uczniom, wtedy i dziś, że to nie jest jakaś gratyfikacja, którą otrzymał od Ojca za trudy męki, tylko że zmartwychwstanie jest dla tych, którzy „żyją tu i teraz”.

Co to zmienia w naszym życiu?

 Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że najczęściej niewiele… Czasem pytam słuchaczy podczas homilii: co by było, gdyby Chrystus nie zmartwychwstał? W czym, tak konkretnie, zmieniłoby to naszą codzienność? Odpowiedzi bywają zaskakujące. Okazuje się, że – poza sprawami czysto religijnymi – nasze życie w praktyce bardzo często jest pogańskie. A jeżeli zmartwychwstanie Chrystusa nas nie zmienia, to znaczy, że jest jak zaczyn, który leży obok ciasta. Nie zmieszało się z naszym życiem. Nie przemieniło nas.

Cynik mógłby powtórzyć za Nietzschem: nie wyglądacie na odkupionych.

 Jest taki midrasz, który opowiada, jak do pewnego cadyka przybiegł rozgorączkowany uczeń i krzyknął: „Rebe, czy Rebe słyszał – przyszedł Mesjasz!”. Starzec, nie ruszając się z krzesła, powiedział: „Podejdź do okna, otwórz je”. Tamten podszedł i wykonał polecenie. „Popatrz na ten świat – widzisz to wszystko? Co widzisz?” – spytał. „Tu jest rynek, tam się kłócą, ktoś biegnie, tu się biją” – odpowiedział chłopiec. Cadyk zwrócił się do niego: „Myślisz, że tak by wyglądał świat, gdyby przyszedł Mesjasz?”. Uczeń smutno westchnął: „Rzeczywiście, to jednak nieprawda…”.

Miarą chrześcijaństwa jest to, na ile w naszym życiu urzeczywistniają się słowa Jezusa z Kazania na Górze, włącznie – a może przede wszystkim – z miłością do nieprzyjaciół

Popatrzmy na samych siebie i spytajmy: czy – jako chrześcijanie – jesteśmy w tym świecie reprezentantami prawdy, że przyszedł Mesjasz? Czy widać po nas – przy całej świadomości grzechu i słabości – że jesteśmy odkupieni? Czy promieniujemy tym światłem, o którym Jezus mówił do uczniów, że po nim właśnie poznają ich ludzie, widząc ich czyny i spotykając się z ich miłością? Zawsze, gdy ktoś zwraca uwagę na to, że dziś świat się laicyzuje i coraz więcej ludzi nie wierzy, mam świadomość, że to jest przede wszystkim wyzwanie, aby zrobić rachunek sumienia z tego jak żyję – czy ktoś po spotkaniu ze mną jest bliżej czy dalej od Boga? I nie chodzi tu wcale o słowa o Nim, tylko o to, żeby ludzie spotkali Jego dobroć i miłość w moim życiu i postępowaniu. To nieraz bolesny rachunek sumienia…

Mówił ksiądz podczas jednej z konferencji, że dziś w Polsce często mamy do czynienia z „podróbką chrześcijaństwa”, zaś „religijność nie może zastąpić wiary”. Co zatem jest charakterystycznym rysem chrześcijaństwa?

 Nie tylko religijność nigdy nie zastąpi wiary, ale może stać się wręcz jej iluzją. Religijność nie musi iść w parze z wiarą. Często mylimy te dwie rzeczywistości i myślimy, że jak ktoś jest religijny, to i wierzący. Wiara nie jest światopoglądem, ani tylko religijnością, ale przylgnięciem całym życiem do Chrystusa, udziałem w tajemnicy Jego krzyża i życiem mocą Zmartwychwstałego. Bez tego chrześcijaństwo traci swoją istotę. Jego miarą pozostaje to, na ile w naszym życiu urzeczywistniają się słowa Chrystusa z Kazania na Górze, włącznie – a może przede wszystkim – z miłością do nieprzyjaciół. „Nie zwalczajcie zła złem… Miłujcie waszych wrogów, módlcie się za waszych prześladowców, abyście byli dziećmi waszego Ojca, który jest w niebie”. Jego wezwanie wyretuszowaliśmy sobie, uznaliśmy za wzniosłą ideę, metaforę, nie traktujemy go serio. A przecież taka właśnie miłość jest w sercu chrześcijaństwa. Jezus kocha nas taką miłością i daje nam ją jako przykazanie!

Poruszające jest to, że najmocniejsze słowa Chrystusa w Ewangelii są wypowiadane w kontekście hipokryzji ludzi religijnych i pobożnych, należących do religijnej elity tamtych czasów, przekonanych o swojej sprawiedliwości i głęboko przeświadczonych, że mają rację. Jezus piętnował obłudę tych, którzy powołując się nieustannie na swoje związki z Bogiem, sami nie żyją według Jego zasad i zrobili sobie z religii plemienny totem.

Brzmi aktualnie…

 Oczywiście, to niebezpieczeństwo nie przestaje nam grozić. Istnieje wciąż pokusa, aby Boga traktować jak cudownego bożka, który ma nam zapewniać pomyślność, być potwierdzeniem naszych racji, a naszym wrogom przynieść klęskę. A to przecież my winniśmy do Jego woli dostosować nasze życie, a nie – z wypisanym na sztandarach Imieniem Boga – zaprzęgać Go do realizacji naszych partykularnych interesów.

Czy dzisiaj nie mamy pokusy – zwłaszcza na polskim gruncie – zrobienia z chrześcijaństwa religii sukcesu?

– Błądzimy, jeśli tak jest. Oczywiście, chrześcijaństwo jest religią sukcesu, tylko w zupełnie innym znaczeniu niż powszechnie przyjęte. O jakim sukcesie można mówić, kiedy obserwuje się życie pierwszych świadków Chrystusa? Tych, których liczne imiona wymieniamy choćby w pierwszej modlitwie eucharystycznej, zbudowanej na pamięci o męczennikach. Postawieni przed wyborem, wybrali drogę „sukcesu”, którym jest życie wieczne. Zaufali, że Bóg przeprowadzi ich przez płomienie śmierci do pełni życia. Uwierzyli Chrystusowi.

Chrześcijanie cierpią tak samo jak inni ludzie. W kontekście naszej doczesności możemy powiedzieć, że wizja chrześcijaństwa jako religii sukcesu jest nieprawdą – chrześcijanom także rodzą się chore dzieci, zapadają na raka, giną w wypadkach, tracą pracę. Nie da się obronić wizji chrześcijaństwa jako sukcesu w kategoriach tego świata. Zresztą Jezus przypieczętował to mocnym słowem, gdy powiedział, że „obrzydliwością w oczach Boga jest to, co dla ludzi jest wartościowe i cenne”, a mówił to w kontekście pożądania triumfu i pieniędzy.

No właśnie, można by nieco prowokacyjnie zapytać: czy Jezus śnił o potędze Kościoła?

 Mam wrażenie, że Chrystus ukazywał uczniom drogę zupełnie inną – taką, która nie upodabnia się do dróg tego świata. Mieli oni, głosząc Ewangelię w ubóstwie i pokorze, być wręcz w kontrze do potęg świata, żeby się z nimi nie sprzymierzać i nie sprzedać w jakiejś koniunkturalnej transakcji tego, co jest najcenniejsze w ich wierze. Gdy tak się stanie, stracą całą swoją wiarygodność. Zaczną opierać się o siłę pieniądza, o potęgę militarną i polityczną, a nie o moc Boga. Doskonałym przykładem na to, jak Jezus przygotowuje uczniów do misji w tym świecie są zalecenia dane w chwili, gdy ich posyła: pozbawia Apostołów wszystkich atrybutów niezbędnych do tego, aby jakiekolwiek działanie człowieka w tym świecie odniosło sukces. Zakazuje brania na drogę bagażu, pieniędzy, dodatkowego ubrania, nawet jedzenia. Nie pozwala im tracić czasu na kurtuazyjne gesty, ani szukać wygody. To są niesłychanie radykalne wezwania właśnie dla Kościoła, dla wspólnoty ludzi, którzy powinni pokładać nadzieję w Jezusie i Jego słowie, a nie w swojej przedsiębiorczości i zaradności.

Czy ktoś po spotkaniu ze mną jest bliżej czy dalej od Boga? Nie chodzi wcale o słowa o Nim, tylko o to, żeby ludzie spotkali Jego dobroć i miłość w moim życiu

Na Kościele stale ciąży – choć po ostatnim Soborze znacznie mniej niż podczas wcześniejszych stuleci – „balast konstantyński”, czyli wizja Kościoła funkcjonującego analogicznie do potęg świata, mającego wpływy polityczne, armię, latyfundia. Z jednej strony dzięki cesarzowi Konstantynowi zapanowała wolność religijna dla chrześcijan i chrześcijaństwo mogło z ekspansją rozszerzać się w świecie, ale z drugiej – wystąpiła pokusa upodabniania się do potęg politycznych. Kiedy w XIX w. upadało Państwo Kościelne, wydawało się, że nastąpiła straszliwa klęska Kościoła. Historia pokazuje jednak, że to, co wówczas zdawało się kataklizmem, ostatecznie okazało się błogosławieństwem. Kościół został uwolniony z wizji panowania „na sposób ziemski”. Choć, przyznajmy, takie pokusy wciąż tu i ówdzie odżywają…

Wróćmy do znaczenia zmartwychwstania. Z jednej strony bardzo ważne jest skoncentrowanie się na „tu i teraz” w życiu chrześcijan, ale warto także znów przywołać św. Pawła, który pisał: „jeśli tylko w tym życiu pokładamy nadzieję, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania”. Jak uniknąć banalizacji wyobrażenia o życiu po śmierci?

 Niestety, niebo najczęściej kojarzy nam się smutno i nudno. Próbujemy szukać sformułowań, które będą synonimami życia wiecznego, ale jesteśmy bezradni, ukuwamy terminy, które są kompletnie niewystarczające. Nie potrafimy wzbudzić w sobie takiej wyobraźni wiary, w której przeczuwamy niebo jako coś fascynującego i najpiękniejszego. Możemy zrobić pewne ćwiczenie – spróbujmy wyobrazić sobie sytuację w naszym życiu, w której naprawdę byliśmy bardzo szczęśliwi (w różnych kontekstach: miłości, piękna, spełnienia pragnień). I trzeba by to uczucie podnieść do nieskończonej potęgi. Czytamy przecież w Piśmie Świętym, że „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, co Bóg przygotował tym, którzy go miłują”. Mam wrażenie, że po prostu dobrze w to uwierzyć. Pragnąć tego. Bez prób materialnych wyobrażeń.

W kontekście słynnych słów ks. Józefa Tischnera o tym, że w obliczu zmartwychwstania żaden optymizm w Kościele nie jest na wyrost, można by zapytać: czy nadzieja chrześcijańska ma kres? Przywołajmy tradycję Kościoła – od Orygenesa, poprzez Grzegorza z Nazjanzu, aż po Hansa Ursa von Balthasara i o. Wacława Hryniewicza, w której pojawia się nadzieja powszechnego zbawienia.

 To o tyle trudne zagadnienie, że kryje się w nim niebezpieczeństwo banalizacji dramatu zła, grzechu i śmierci. Chrześcijaństwo nie jest hurra optymizmem. Gdzieś głęboko w nie została wpisana paschalna nadzieja związana z tym, że Bóg posłał swojego Syna na świat „nie po to, żeby świat potępił, tylko świat zbawił”. Jezus zresztą w rozmowie z Nikodemem mówi: „Tak Bóg umiłował świat, ze Syna swego dał, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”. Nie można mieć zatem żadnej, najmniejszej nawet wątpliwości co do tego, że Bóg pragnie zbawienia wszystkich – nie ma człowieka, który byłby przez Boga powołany do życia ze wskazaniem na potępienie. Z drugiej strony można powiedzieć, że człowiek sam siebie może potępić. Kiedy radykalnie odwróci się od miłości, już tutaj zacznie żyć życiem potępionych, tzn. życiem bez miłości, bez nadziei.

Nie da się obronić wizji chrześcijaństwa jako sukcesu w kategoriach tego świata

Jeśli składamy naszą nadzieję w miłosierdziu Boga, to pewnie można żywić nadzieję na zbawienie wszystkich. Trzeba mieć jednak świadomość, że wolność człowieka ma również dramatyczny i mroczny wymiar. Może on w swojej wolności Boga definitywnie odrzucić. Warto też pamiętać, że o ile Kościół mówi wiele o świętych i zbawionych, o tyle nie mówi nigdy z imienia o potępionych. Nie wiemy, na ile dramat zła sięga w wieczność. Niewiedza mobilizuje nas do tego, byśmy modlili się i myśleli z miłością o zmarłych oraz uświadamia nam wagę naszych decyzji.

Chrystus na kartach Nowego Testamentu jest wyraźnie prorokiem apokaliptycznym. Pierwsze pokolenie jego uczniów żyło w przeświadczeniu Końca, rychłej Paruzji, która jednak nie nadeszła. Jak sobie z tym poradzono?

 W Liście Apostoła Piotra czytamy, że „dla Boga tysiąc lat jest jak jeden dzień”. Bóg nie jest ograniczony czasem, choć objawił się w nim. Syn Boży na zawsze będzie Jezusem z Nazaretu, ze swoim czasem, swoją historią, ze swoimi relacjami, krewnymi i tak dalej.

Co do apokaliptycznego wymiaru Chrystusowego przesłania, to mam wrażenie, że jest on bardzo mocno zaakcentowany w wezwaniu, aby żyć w perspektywie wieczności ze świadomością, że nasze życie tu się nie kończy. Dla Jezusa życie wieczne to nie jest kwestia przyszłości, tylko teraźniejszości. Powiedział przecież: „Ten kto we mnie wierzy, ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w Dniu Ostatecznym”. To będzie więc konsekwencja wiary, ale życie wieczne zaczyna się tu i teraz.

Oczywiście wśród pierwszych chrześcijan było silne przekonanie, że Chrystus przyjdzie niebawem. Czasem prowadziło to do zachowań patologicznych, do życiowego marazmu. Przypomnijmy sobie, co pisał św. Paweł do chrześcijan w Tesalonice: „Kto nie chce pracować, niech też nie je”. To przypomnienie, że powinniśmy żyć aktywnie tutaj, na tym świecie, biorąc za niego odpowiedzialność, bo nie wiemy, kiedy Pan przyjdzie.

Od zmartwychwstania minęło dwa tysiące lat. Dlaczego Jezus do tej pory nie przyszedł?

 Nie wiem. Może dlatego, żebyśmy pojawili się na tym świecie i byli zbawieni. Gdyby przyszedł np. w II wieku, nas by nie było… A może Bóg daje nam w ten sposób czas na nawrócenie i przemianę życia? Trzeba to już zostawić Jemu.

Ks. Grzegorz Michalczyk – ur. 1964 r. Duchowny archidiecezji warszawskiej. Sprawuje funkcję krajowego duszpasterza środowisk twórczych, jest rektorem kościoła Środowisk Twórczych pw. św. Br. Alberta i św. Andrzeja Apostoła w Warszawie. Jest wiceprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, członkiem Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem oraz konsultantem i współautorem programów radiowych i telewizyjnych. Wcześniej pełnił funkcję duszpasterza akademickiego w parafii św. Jakuba Apostoła na Ochocie (1998–2010) i proboszcza parafii w podwarszawskich Laskach (2010–2012). Konsultor Rady ds. Kultury Episkopatu Polski, a w latach 2007-12 członek Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej.