Wyruszyłyśmy we dwie na wędrówkę po kościele. Dotarłyśmy do bocznej kaplicy, była pusta. Na wprost nas wisiał krucyfiks z konającym Chrystusem. Dziewczynka zdumiona patrzyła na ukrzyżowanego, po czym zaczęła pytać.

„Największym cudownym wydarzeniem w życiu są spotkania. I cała mądrość życia polega na tym, aby je docenić. Gdyby człowiek umiał wykorzystywać spotkania, to życie ludzkie byłoby prawdziwym arcydziełem”. To słowa profesora Stefana Swieżawskiego, prawdziwego mędrca. Wracają do mnie zawsze, kiedy przydarza mi się jedno z tych spotkań, które na długo zostają w pamięci. Na przykład to z małą trzyletnią dziewczynką.

Pewnej niedzieli wybrałyśmy się wspólnie z małą i jej mamą na Mszę św. Dziecko długo spokojnie obserwowało to, co dzieje się na ołtarzu, w końcu jednak siedzenie w jednym miejscu było zbyt trudne. Wyruszyłyśmy więc we dwie na wędrówkę po kościele. Dotarłyśmy do bocznej kaplicy, była pusta. Weszłyśmy i mała stanęła jak wryta – na wprost nas wisiał dużych rozmiarów krucyfiks z konającym Chrystusem (figura była wielkości dorosłego człowieka). Dziewczynka zdumiona patrzyła na ukrzyżowanego, po czym zaczęła pytać:

– Co Pan Jezus ma na głowie?

– Koronę z kolczastych gałęzi – odpowiedziałam.

– A co ma w rękach? – indagowała dalej.

– Gwoździe.

– A w nogach też ma gwoździe? – pytała coraz bardziej zdumiona.

Przytaknęłam, szukając słów, które pomogłyby mi nieco złagodzić malujące się coraz wyraźniej na twarzy dziecka przerażenie. Mała zadała kolejne pytanie:

– A kto to wszystko zrobił Panu Jezusowi?

Czułam się coraz bardziej bezradna, po chwili dałam więc z pewnością nie najtrafniejszą teologicznie odpowiedź:

– Źli ludzie.

Podbródek dziewczynki zaczął niebezpiecznie drżeć, już prawie płacząc zapytała:

– Czy Jego to boli?

Moja bezradność sięgnęła zenitu. Objęłam małą i powiedziałam:

– Boli… ale wiesz, kiedy ty przychodzisz tu do Niego, to boli Go mniej.

Mała zamyśliła się, jednak nie dała za wygraną.

– A kiedy wychodzę stąd, znowu boli Go bardziej? – zapytała.

Tym razem poległam. Na szczęście dla mnie w kaplicy znalazła nas mama dziewczynki, okazało się, że Msza św. właśnie dobiegła końca.

Wróciłyśmy do domu. Zachodziłam w głowę, jak odpowiedzieć na ostatnie z pytań dziecka, kiedy mała przyszła do mnie z blokiem rysunkowym i kredkami, i oznajmiła: będziemy rysować. – Narysujemy – wyjaśniła – łąkę, tam nie będzie złych ludzi, którzy wcisną w ręce i nogi Pana Jezusa te gwoździe. Narysowałyśmy kolorową łąkę. Rysunek dziewczynka umieściła na ścianie w pokoju pod ikoną krzyża.

Wspomnienie tamtego spotkania wraca zwłaszcza wtedy, kiedy zauważam, jak tępieje moja wrażliwość. Wokoło jest tyle trudu i bólu, które mają twarz nieznajomego, ale często też bliskiego człowieka. Nie mamy szans zaradzić nawet małej cząstce tych trosk i dramatów, ale czasem możemy – choćby swoją uwagą, obecnością, słowem – dodać cierpiącemu siły. Żeby to jednak było możliwe, trzeba nie tylko patrzeć, ale widzieć.

Wciąż uczę się tego od trzyletniej dziewczynki, której na imię Julianka.