Jego zwycięstwo nie jest z tego świata, chociaż świat został przez Niego totalnie pokonany. Dopóki trwa historia, Pan wybiera słabe środki: „głupstwo” opowiadania o krzyżu i prezentację ran.

„A wieczorem tego pierwszego dnia po szabacie – przy drzwiach zamkniętych tam, gdzie byli uczniowie, ze strachu przed Żydami – Jezus przyszedł, stanął na środku i mówi im: «Pokój wam!». A powiedziawszy to, pokazał im ręce i bok” (J 20,19-20a).

Dla nadziei, jaką pokładamy w Chrystusie, ważne są nie tylko Jego śmierć i zmartwychwstanie, ale też rany na ciele Zmartwychwstałego… Choć w cytowanym opisie spotkania z uczniami te rany służą w pierwszym rzędzie identyfikacji Pana (potwierdzeniu, że Żyjący jest tożsamy z Ukrzyżowanym), to jednak w perspektywie całej Ewangelii zyskują głębszy sens.

Kontemplując przywołaną scenę, możemy widzieć ludzi zamkniętych w swoim lęku i poczuciu klęski – a w samym centrum tej sytuacji dostrzec dyskretnego, łagodnego Zwycięzcę. Upokorzony i zabity publicznie, Jezus dzieli radość triumfu z kameralnym gronem i zamiast dać pokaz siły, demonstruje dowód „współodczuwania naszych niemocy” (por. Hbr 4,15). Dla tych, którzy Go w krytycznym momencie zawiedli, ma wyłącznie życzenie pokoju, dar harmonii istnienia pojednanego ze swoim Źródłem. Między ludźmi poranionymi od upadku stoi ich zraniony Zbawca. Jego zwycięska wszechmoc nie rozbija rzeczywistości swym wtargnięciem, tylko wnika w nią jak leczniczy balsam, przemienia od wewnątrz.

My w Jego ranach, a On w naszych

Na początku Janowej wersji Ewangelii czytamy o Chrystusie jako „Baranku Bożym zabierającym zbłądzenie świata” (ho airōn tēn hamartian tou kosmou, J 1,29). W biblijnej grece – jak już wspomniałem w poprzednim odcinku rekolekcji – grzech to „chybienie celu”. Zatem świat, zboczywszy z Bożej drogi, rozmija się z własnym przeznaczeniem, a ratuje go Ktoś biorący na siebie ciężar przekierowania naszego życia na dobry tor.

Ewangelista nazywa tego Kogoś Słowem Boga (czyli wiecznym wyrazem, „odzwierciedleniem Jego istoty”, por. Hbr 1,3) oraz Jego jedynym Synem. To właśnie On stanowi „drogę, prawdę i życie” (por. J 14,6), bo żyć naprawdę to iść po Jego śladach, odzwierciedlać w sobie Jego duchowość, oddychać Duchem najgłębszej wspólnoty łączącej Go z Ojcem (por. J 17,21; 2 Kor 13,13). Syn Boży zbratał się z nami, żebyśmy też mogli być dziećmi Boga (do czego zostaliśmy stworzeni), przyjął nas za swoich i ofiarował się nam całkowicie, wbrew odrzuceniu z naszej strony. Rany Zmartwychwstałego to świadectwo miłości „do końca” (por. J 13,1).

Nie jesteśmy herosami ani wobec przeciwności zewnętrznych, ani wobec własnych wad, ale możemy być spokojni, bo absolutnie największy Bohater nie zachowuje się jak heros

Sięgając po inny obraz z Ewangelii, można powiedzieć, że Dobry Pasterz wziął ludzkość na ramiona jak zbłąkaną owcę (por. J 10,11; Łk 15,4-5), choć ta zdążyła się zarazić wilczą wścieklizną i kąsała. Jesteśmy uratowani, bo On to wytrzymał, nie zszedł z krzyża, nie strząsnął nas z siebie. Wyhamował naszą wrogość na swoim sercu, otwartym aż po dosłowne przebicie włócznią (por. Ef 2,16; J 19,34.37). Jego rany to cena ocalającej nas bliskości, a zarazem wizytówka Kogoś, czyje imię Jeszua („Ratunek”) okazuje się mistycznie tożsame z Imanu El – „Bóg z nami” (jak objawił Józefowi archanioł Gabriel, por. Mt 1,21-23).

Tak, naszym ratunkiem jest bycie z nami Syna Bożego, dar bliskości będącej dzieleniem życia. Rany Zmartwychwstałego pokazują, że z jednej strony „On wziął na siebie nasze słabości i dźwigał nasze choroby” (Iz 53,4; Mt 8,17), a z drugiej strony my „nosimy w ciele umieranie Jezusa, żeby również życie Jezusa w naszym ciele się objawiło” (2 Kor 4,10). Pan wchodzi w nasze rany i ukrywa nas w swoich – i choć zarazem pozwala doświadczać „mocy Jego zmartwychwstania” (por. Flp 3,10), uzdrawia i uwalnia, to jednak nie usuwa do końca śladów trudnych historii. Nie unicestwia naszej przeszłości, tylko ją zbawia.

Jego łaska umożliwia (być może stopniowe) pojednanie z własnym życiem, dostrzeżenie ukrytych w popiele diamentów, przebaczenie autorom zranień. W łagodnym świetle promieniującym z ran Chrystusa nasze klęski, a nawet upadki, nabierają sensu. Bóg ich nie chciał i nie spowodował, ale gdy przyszły, objawił swoje miłosierdzie właśnie w nich, w sercu ciemności: „noc zajaśniała jak dzień” (por. Ps 139,12).

Rany broczące pokojem

Gest pokazania ran poprzedziło życzenie pokoju, a właściwie jego udzielenie. Jak pamiętamy jeszcze z instrukcji dawanych uczniom przed krytyczną Paschą, Boży pokój – ład serca „spoczywającego w Bogu” (por. Ps 62,2-3 Ps 131,2) oraz harmonia w relacjach z Bogiem i ludźmi – to konkretny, niemarnujący się dar, przyswajany przez adresata błogosławieństwa lub wracający do błogosławiącego (por. Łk 10,6).

W dodatku pokój, o którym mowa w tej sytuacji, jest owocem decydującego zwycięstwa Pana nad światem, wyrwania stworzeń z niewoli ciemności (por. J 16,33; Kol 1,13-14). Rany zmartwychwstałego Chrystusa okazują się sakramentem (czyli znakiem i narzędziem) „pokoju z Bogiem” (por. Rz 5,1) i powszechnego pojednania w Jego imię. Zgodnie z nauczaniem Listu do Efezjan ukrzyżowany Jezus stał się „przestrzenią uśmiercenia wrogości” w wymiarze zarówno wertykalnym (ludzie przeciw Bogu) jak i horyzontalnym – w związku z czym Jego Kościół ma być środowiskiem godzenia się oraz wspólnoty „domowników Boga” z „obcymi i przybyszami” (por. Ef 2,11-19).

Jezus – choć uzdrawia i uwalnia – to jednak nie usuwa do końca śladów trudnych historii. Nie unicestwia naszej przeszłości, tylko ją zbawia

Dar pokoju od zranionego Zbawcy otwiera nasze pokaleczone serca na wzajemne przygarnianie się „tak, jak i Chrystus nas przygarnął” (por. Rz 15,7), na akceptację sióstr i braci w wierze z ich kruchością, słabościami, obciążeniami. Pozwala się wobec nich uzbroić „w serdeczne współczucie, dobroć, pokorę, łagodność, cierpliwość” (Kol 3,12). Ale także w odniesieniu do zewnętrznego świata daje gotowość głoszenia „Ewangelii pokoju” (por. Ef 6,15). Jeśli uczeń Chrystusa chce się zamykać w getcie ze strachu przed kimkolwiek, jeżeli uważa świat wyłącznie za wrogi żywioł – to najwyraźniej jeszcze mu brakuje osobistego spotkania z żywym Panem oraz „chrztu w Duchu Świętym”, przeżycia kąpieli w Tchnieniu Pojednania i Komunii (por. J 20,22).

Natomiast skąpani w Duchu Pana możemy odkrywać, że niezależnie od zewnętrznych okoliczności i rozmaitych stanów emocjonalnych, gdzieś na głębszym poziomie jaźni, „pokój przewyższający rozumienie strzeże serca i myśli” (por. Flp 4,7). Stać nas wtedy na zalecaną przez apostoła delikatność (epieikes) wobec wszystkich ludzi (por. Flp 4,5) i na błogosławienie ich zawołaniem Zmartwychwstałego: „Pokój wam, tym dalekim – i pokój tym, co są blisko!” (Ef 2,17). Nawet doświadczając odtrącenia, możemy ufać, że jesteśmy na służbie Zwycięzcy, a prawdziwa „moc dojrzewa w niemocy” (2 Kor 12,9). Nauczył nas tego Syn Wszechmocnego.

Nie jesteśmy herosami ani wobec przeciwności zewnętrznych, ani wobec własnych wad, ale możemy być spokojni, bo absolutnie największy Bohater nie zachowuje się jak heros. Przeszedł przez życie pokorny – nie chciał chodzić w glorii egzorcysty, cudotwórcy ani wodza. Przed śmiercią pocił się krwią ze strachu, na krzyżu nie wstydził się krzyczeć… A kiedy pokonał wszystkie ciemne potęgi, zjawił się cicho w jakiejś izbie na uboczu i pokazał garstce tchórzy ślady po gwoździach.

Jego zwycięstwo nie jest z tego świata, chociaż świat został przez Niego totalnie pokonany. Dopóki trwa historia, Pan wybiera słabe środki – „głupstwo” opowiadania o krzyżu (por. 1 Kor 1, 18,21), prezentację ran… Wszystko dlatego, że Wszechmocny ma słabość do bezsilnych i właśnie na tym bazuje nasza nadzieja. Jeśli Chrystus, nasze zwycięskie Życie, ukazuje się nam z ranami, to znaczy, że pokaleczone życie każdego z nas wciąż może być zwycięskie.

Cytaty biblijne przytoczono częściowo we własnym tłumaczeniu autora, częściowo zaś za Biblią Tysiąclecia i Przekładem Ekumenicznym Nowego Testamentu.