Nieprawdą jest, że stan wojenny był chwalony w prasie radzieckiej. Uważano za rzecz oczywistą, że wreszcie został wprowadzony, ale oczekiwano doduszenia opozycji – mówił Krzysztof Kozłowski w rozmowie z Jackiem Pieśniewskim w 1989 roku.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2016.

Jacek Pieśniewski: Czy ustawa o kontroli publikacji z 1981 roku była dobrym prawem jak na czasy, w których powstała[1]?

Krzysztof Kozłowski: Byłem gorącym zwolennikiem dobrych ustaw o cenzurze, czyli maksymalnie liberalnych, bo całkowite zniesienie cenzury nie było wówczas taką prostą sprawą. Żeby pozwolić sobie na zniesienie cenzury, należało mieć niezawisłe sądownictwo. Kiedy było ono traktowane instrumentalnie, brak cenzury prewencyjnej mógł prowadzić do wstrzymania dystrybucji, co spowodowałoby katastrofę.

Dlatego nasze starania zmierzały do możliwie największego zliberalizowania przepisów, to znaczy zakreślenia cenzurze wąskiego, wyraźnie określonego pola. Taka była nasza polityka w roku 1980 i w następnych latach: zamiast enigmatycznego dekretu o cenzurze [z 5 lipca 1946 r. – przyp. J. P.] należy wprowadzić ustawę, która wyraźnie powie, co cenzurze wolno. Dlatego najpilniejszą sprawą w okresie wolności solidarnościowej w 1981 roku było unormowanie działań cenzury – choć wydaje się, że ruch wolnościowy nie powinien forsować ustawy o cenzurze.

Ta paradoksalna sytuacja wielokrotnie budziła zdumienie cudzoziemców. Wydaje się to szokujące, ale nie jest takie po uwzględnieniu, że oddanie się w ręce sądów, będących instrumentem partii, było dla nas jeszcze gorszym wyjściem. Pozwalałoby lege artis doprowadzić do upadku każde pismo. Tymczasem cenzura prewencyjna stwarzała możliwość pewnej obrony.

W porównaniu z dekretem z 1946 roku, który dawał cenzurze nieograniczoną, uznaniową władzę, bez możliwości jej kontrolowania, bez odwołania, bo nie było do tego żadnych podstaw – ustawa była krokiem naprzód. Ale nawet najlepsza ustawa jest tylko ustawą i niczym więcej. W jej myśl i zgodnie z jej literą można było działać i bardzo ostro, i bardzo liberalnie. Na podstawie dekretu w okresie Polski Ludowej także działano rozmaicie. Tak samo ustawa z 1981 roku – pozwalała na działanie ostrzejsze bądź łagodniejsze.

W okresie obowiązywania ustawy w jej pierwotnym brzmieniu – od 1 października do 13 grudnia 1981 r. – w „Tygodniku” skonfiskowano tylko dwa materiały. Nigdy później cenzura nie była tak liberalna[2]. Czy to efekt rozszerzenia pola swobody cenzury przez późniejsze zmiany w przepisach?

– W gruncie rzeczy w tamtym okresie, przed stanem wojennym, po prostu cenzorów obowiązywał taki kurs polityczny. Oczywiście zaostrzenie ustawy dekretem o stanie wojennym ograniczyło swobodę, ale w oparciu o te zaostrzone przepisy też można było działać liberalniej i ostrzej.

Jak porównałby Pan okres obowiązywania ustawy w pierwotnym brzmieniu z praktyką cenzury w oparciu o dekret o stanie wojennym, a później o znowelizowaną ustawę?

– Trudno o porównanie. Ustawa w pierwotnym brzmieniu obowiązywała dwa miesiące. W oparciu o nią odbyły się dwa procesy „Tygodnika Solidarność”, zresztą oba wygrane. Konfiskat było bardzo mało, był dość duży stopień wolności.

Stan wojenny kontrolę zaostrzył, to nie ulega wątpliwości. Zwiększyła się liczba ingerencji, sytuacja zdecydowanie się pogorszyła, ale z kolei wycofanie się z przepisów stanu wojennego wcale nie rozluźniło cenzury. Dotyczące jej przepisy przeniknęły do znowelizowanej ustawy. Ale zaostrzając ją, w gruncie rzeczy również nie przesądzono o liczbie ingerencji, chociaż nowelizacja spowodowała oczywiście jej wzrost. W tej wersji obowiązywała ona do maja 1989 roku, a już w zimie 1988/1989 i na wiosnę liczba konfiskat gwałtownie zaczęła maleć.

Funkcjonowanie cenzury było zawsze wypadkową sytuacji politycznej i układu sił, dlatego poprawianie ustawy było potrzebne, ale mogło przynieść ograniczony efekt. Cenzor w gruncie rzeczy działał nie w oparciu o ustawę, tylko o instrukcje, które otrzymywał.

Po zmianach wprowadzonych przez stan wojenny i znowelizowaną ustawę przepisy stanowiące podstawę ingerencji i konfiskat stały się niejasne i rozciągliwe. Czy oparta na nich praktyka cenzorska da się porównać z okresem obowiązywania dekretu z 1946 roku, który wprowadził w PRL cenzurę prewencyjną?

– Nie, jednak nie nastąpił nawrót do punktu wyjścia. Ustawa, popsuta przez nowelizację, dawała nam jednak pewne możliwości. Myślę o zaskarżaniu decyzji do sądu administracyjnego, choć to samo w sobie było czymś niezbyt istotnym. Rozprawa odbywała się zazwyczaj po kilku tygodniach, a więc materiał najczęściej był dziennikarsko nie do uratowania. Możliwość zaskarżania, istniejąca nawet po nowelizacji, pozwalała na pewną grę z cenzurą. Otóż rozprawa sądowa, z różnych powodów, była cenzurze nie na rękę. Doprowadzając do jej progu, wywieraliśmy presję. To zazwyczaj zmuszało cenzorów do ustępstw, kompromisów. Takiej możliwości nie mieliśmy, dopóki obowiązywał dekret z 1946 roku.

Czy w działaniach cenzury w lat 1981–1987 można wskazać trwałe elementy? Tego spodziewałbym się, wziąwszy pod uwagę, że podstawą miało być – lepsze czy gorsze, lecz jednak – prawo.

– Najbardziej narażone na ingerencje były nie jakieś teoretyczne dziedziny, które dałoby się wyliczyć. Takich jest w istocie niewiele. Powiedzmy, przez lata, były to takie kwestie jak: emigracja, pisarze (jeszcze w stanie wojennym tłumaczono nam, że właściwie zakaz ogranicza się do bardzo niewielu osób; i rzeczywiście tak było – Nowak-Jeziorański, Giedroyc; potem i to ograniczenie zredukowano), działacze emigracyjni, zbrodnie stalinowskie, Katyń, podważanie marksizmu (wszystko można, ale ideologii nie wo1no podważać; jej „podgryzanie” było absolutnie niedopuszczalne, chociaż komunistów już w Polsce nie było). Zresztą o Katyniu autorzy nie pisywali, bo i tak było wiadomo, że samo słowo zostanie skreślone. Podobnie słowa: Giedroyc czy paryska „Kultura” były skreślane jako „przestępstwo”.

Ale naprawdę cenzura konfiskowała to, co było instrumentem bieżącej, codziennej polityki, co było niewygodne w danym momencie. Tego dotyczyła większość ingerencji. Po 13 grudnia 1981 r. broniono stanu wojennego, jego idei, koncepcji. Dopiero w ostatnich miesiącach [już w 1989 r. – przyp. J. P.] można było próbować przekazać, czym on był.

Funkcjonowanie cenzury było wypadkową sytuacji politycznej i układu sił. Cenzor w gruncie rzeczy działał w oparciu o instrukcje, które otrzymywał

Obserwowałem proces przed Naczelnym Sądem Administracyjnym o artykuł Macieja Kozłowskiego, o prawie karnym. Skonfiskowano go, broniąc właśnie stanu wojennego, o którym były tam wtręty. Doszedłem wtedy do wniosku, że sama rozprawa była przegrana z góry, przynajmniej na tamtym etapie. Wielogodzinna argumentacja, przedstawianie dowodów, analogii zostało skwitowane przez rzecznika urzędu kontroli stwierdzeniem: „A my podtrzymujemy nasz wniosek”. Po czym sędzia udał się na naradę i po powrocie ogłosił wyrok. Przegraliśmy, ale sąd uznał, że cenzura nadużywa poprawki o „zagrażaniu bezpieczeństwu Państwa” w „jedynce” i zmusił ją do konfiskat z „szóstki”[3]. Skończyły się konfiskaty z „jedynki”, która była przepisem „workowatym”, a stała się nim „szóstka” (trochę poprawiliśmy ją przy „okrągłym stole”).

Wiele tekstów zostało skonfiskowanych jakoby ze względu na konieczność ochrony sojuszów z krajami socjalistycznymi, choć trudno było w nich znaleźć cokolwiek na ten temat. Jakie mogły być rzeczywiste powody ich zatrzymania?

– Niezależnie od stałych tematów, szczególnie broniono sąsiadów. W stanie wojennym strach przed nimi, zwłaszcza przed Związkiem Radzieckim (jeszcze nie Gorbaczowem), Czechami, NRD był dużo większy niż uprzednio. Były okresy, kiedy parasol ochronny cenzury rozszerzano aż po carycę Katarzynę II! Takie sprawy jak rzeź Pragi czy uszczypliwe uwagi o Katarzynie – to wszystko podpadało pod niezmienną politykę Rosji, to wszystko był „Związek Radziecki”.

Prasa naszych sąsiadów najeżdżała na PRL w czasie „Solidarności” i w stanie wojennym niewiele się zmieniło. Bo nieprawdą jest, że stan wojenny był tam chwalony. Uważano za rzecz oczywistą, że wreszcie został on wprowadzony, ale oczekiwano doduszenia opozycji. Dalej więc były pretensje do Jaruzelskiego i innych władców stanu wojennego. Jeszcze przez parę lat prasa tych krajów w nas biła. Reakcją cenzury było: „nie drażnić, nie prowokować…”

To zmieniło się znów dopiero w ostatnich miesiącach [w 1989 r. – przyp. J. P.]. Wolno mówić, że w NRD nie wszystko jest w porządku, można wspomnieć o Stonavie[4] w Czechosłowacji itd. Wcześniej nie było mowy o tego rodzaju sprawach i wszystkie, nawet najdalsze aluzje, które były odczytywane jako dotyczące „bratnich” krajów, były likwidowane.

To rozumowanie wywróciło się dopiero za sprawą pierestrojki i Gorbaczowa. Okazało się, że jeśli Rosjanie mogą krytykować i siebie, i innych, to my też możemy. Nastąpiło złamanie tabu. Znaleźliśmy się na drodze do jako tako równorzędnych stosunków z prasą czechosłowacką i enerdowską. Krytyka była już nie tylko po jednej stronie. Pierestrojka spowodowała, że w walce z cenzurą uzyskaliśmy instrument – powoływanie się na prasę radziecką: „oni tam napisali, a wy tu nam konfiskujecie?”. Na dłuższą metę okazało się to dość skuteczne. Ale początkowo i to konfiskowano. Mieliśmy najwięcej ingerencji przy cytatach z prasy radzieckiej. Umocnienie się pierestrojki spowodowało w końcu pęknięcie.

W archiwum ingerencji z 1986 roku spotkałem się z dwoma zaskakującymi przypadkami: artykuły zdjęte w całości, choć konfiskaty zostały zaznaczone, po dwóch, trzech tygodniach były publikowane. Inne przykłady: artykuły Ernesta Skalskiego czy prof. Jacka Majchrowskiego, wcześniej zdjęte, opublikowano, choć po roku czy dwóch latach od konfiskaty. Jak to było możliwe?

– Już w 1980 i 1981 roku wyciągaliśmy skonfiskowane wcześniej artykuły. To była pierwsza fala ich odzyskiwania. Druga – w ostatnich dwóch latach [1988-89 – przyp. J. P.]. To było w zasadzie niezgodne z procedurą cenzorską. Skonfiskowany artykuł nie mógł być z powrotem publikowany. Bywało, że po paru latach próbowaliśmy, jak gdyby nigdy nic, posłać tekst na nowo i wykazywano: „przecież to było skonfiskowane”. Cenzura była tu bardzo drobiazgowa.

W tych dwóch szczególnych okresach – „anarchii” solidarnościowej i ostatnim – zarzucono tę zasadę i rzeczywiście, stosunkowo szybko puszczano artykuł nawet nie zatrzymany, ale uroczyście skonfiskowany! To świadczyło o tym, że struktura cenzury, jej mechanizm zaczyna się rozprężać.

Dlaczego dość długo w czasie stanu wojennego, od odwieszenia „Tygodnika” w maju do sierpnia 1982 r., nie zaznaczano materiałów konfiskowanych w całości? Łącznie według moich badań nad archiwum cenzury „TP” od października 1981 r. do końca 1987 r. nie zaznaczono niemal co czwartej konfiskaty.

– Po pierwsze, nie zaznaczaliśmy głównie materiałów wstrzymanych: ani skonfiskowanych, ani zwolnionych, tylko przetrzymywanych przez cenzurę tygodniami, miesiącami [choć naruszało to art. 13 ustawy o kontroli publikacji i widowisk, zgodnie z którą cenzura miała w przypadku tygodnika 12 godzin na podjęcie decyzji – przyp. J. P.]. Po pewnym czasie publikacja takiego artykułu przestawała mieć sens i sami go wycofywaliśmy. Były okresy, że wstrzymanych materiałów było bardzo dużo i one nie były zaznaczone, mimo że nie weszły do numeru. Unikano w ten sposób konfiskat, a blokowano ujawnianie działań cenzury.

Po drugie, przez długi czas była taka zupełnie pozaustawowa praktyka, szczególnie w stanie wojennym, że jeżeli liczba ingerencji w artykule przekraczała cztery, to konfiskowano go w całości. Jeżeli chcieliśmy jakiś materiał przepchnąć, to wolno było zaznaczyć tylko do czterech ingerencji, choć w rzeczywistości było ich na przykład jedenaście.

W Warszawie często wyczuwano, że nastają nowe trendy i dlatego tamtejsi cenzorzy bywali bardziej ugodowi

Trzeba też jednak powiedzieć, że w pierwszym okresie stanu wojennego wbrew pozorom na początku starano się w pewnym sensie kokietować prasę i opozycję[5]. To nie było lanie na odlew. Przeciwnie. Bito na ulicach, a jednocześnie usiłowano stwarzać pozory pewnego liberalizmu. To nie był najgorszy okres w dziejach naszych kontaktów z cenzurą. Było wprawdzie gorzej niż w czasach „chaosu i anarchii”, ale lepiej niż przed „Solidarnością”.

Weźmy taki przykład: chyba w pierwszym numerze po wznowieniu, w końcu maja, jest urodzinowa laurka dla Władysława Bartoszewskiego z okazji 60. rocznicy urodzin, ze zdjęciem – a on był w tym czasie internowany. Dla nas okrągła rocznica była pretekstem. Na ogół nie obchodziliśmy w ten sposób urodzin przyjaciół czy współpracowników, ale oczywiście chodziło o pewną manifestację. Wydawałoby się, że chwalenie ludzi siedzących w „internacie” czy drukowanie listów z internowania było wówczas niemożliwe. Tymczasem nie było to całkiem konsekwentne.

W archiwum „TP” znalazłem wiele konfiskat lub ingerencji dotyczących wypowiedzi Jana Pawła II, kard. Stefana Wyszyńskiego, listów Episkopatu, biskupów, oświadczeń Biura Prasowego Episkopatu. Wiele z nich nie zostało zaznaczonych, a jeśli były, to nie podawano autora. Czy to efekt nacisków cenzury?

– W cenzurze twierdzono, że tych dokumentów nie można podpisać: „kardynałowie, arcybiskupi i biskupi zebrani na konferencji…”, że to nie jest autor, bo chodzi o dokument, a nie o tekst autorski. Świadomie chciano w ten sposób zacierać ślady konfiskat dokumentów kościelnych.

Po drugie, w kilku przynajmniej przypadkach – przypominam sobie – były ingerencje w dokumenty, listy pasterskie czy oświadczenia Episkopatu, co do których my upieraliśmy się, żeby je zaznaczyć. Wówczas cenzura zwracała się do sekretariatu Episkopatu, który ulegał i zgadzał się, żeby działań cenzury nie oznaczać. Były więc pokancerowane teksty kościelne, które z winy władz kościelnych nie zostały odpowiednio oznaczone.

W jednym z wywiadów stwierdził Pan, że duża liczba odwołań do drugiej instancji była rozpatrywana pozytywnie. Centrala przy Mysiej (w Warszawie) była bardziej liberalna niż okręgowy urząd w Krakowie?

– Po pierwsze, urząd okręgowy często trzymał się starszych „metod”, był mniej „na bieżąco” i podchodził do tekstów bardziej schematycznie. W Warszawie często wyczuwano, że nastają nowe trendy i dlatego tamtejsi cenzorzy bywali bardziej ugodowi. Poza tym to właśnie Główny Urząd straszyliśmy drogą sądową i to też z pewnością miało znaczenie. Rzeczywiście, liczba odwołań załatwianych pozytywnie albo na pół pozytywnie – kompromisowo – była dość duża.

Z tym, że to też odnosi się do ostatnich kilku lat, bo do 1981 roku [do uchwalenia ustawy o cenzurze – przyp. J. P.] nie było dwuinstancyjności w decyzjach cenzorskich. Przy czym odwoływaliśmy się mimo wszystko. Głównie ja jeździłem wtedy do centrali ze skargą „na gębę”, bo na pisma oni w ogóle nie odpowiadali. Myśmy de facto tworzyli taką dwuinstancyjność. Wówczas rezultaty naszych starań były jak 1:10, 1:8, nieraz 1:6 na naszą niekorzyść.

Pod rządami ustawy o cenzurze wprowadzono tryb odwołań na piśmie i kontakty bezpośrednie właściwie urwały się. Trzymaliśmy się trybu formalnego i jego efektywność zaczęła wynosić: 1:3, czasem 1:2, choć nadal na naszą niekorzyść. Jednak liczba pozytywnie rozpatrzonych odwołań gwałtownie wzrosła.

Co Pana zdaniem w największym stopniu przyczyniało się do erozji cenzury?

– Cenzura była efektem pewnych procesów politycznych. A na taki proces składa się – jak w każdej grze politycznej – siła presji społecznej lub jej słabość. Dopóki nacisk był słaby, przez lata ograniczony do nielicznych pism katolickich walczących o prawo do zachowania niezależności, nikt się nim nie przejmował.

Powstanie drugiego obiegu gwałtownie wzmogło tę presję. Jeśli miałbym wskazywać fakty wpływające na cenzurę, to było nim na pewno powstanie drugiego obiegu i jego umocnienie. Pod naciskiem alternatywnych źródeł informacji rezygnowano z różnych rygorów.

W stanie wojennym nastąpiła rozbudowa prasy katolickiej – do trzydziestu paru tytułów, o różnym poziomie, ale jednak. Ogromnie rozrósł się drugi obieg i, wbrew wszystkim blokadom, przeciek wydawnictw emigracyjnych. Wprawdzie nie w pierwszych miesiącach stanu wojennego, kiedy wszystkie kontakty były zerwane, ale później, gdy ruszyła wymiana ludzi – ilość czasopism przywożonych z Zachodu zwiększyła się. To spowodowało, jeśli dodać polskojęzyczne rozgłośnie radiowe, że cenzura zaczęła słabnąć. Po prostu coraz częściej okazywało się, że większość społeczeństwa była i tak dobrze poinformowana. Cenzura była więc bezradna mimo ingerencji w prasie wydawanej pod jej kontrolą.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2016.

Krzysztof Kozłowski – ur. 1931, zm. 2013, doktor filozofii, dziennikarz, publicysta, polityk. Wieloletni (1965-2007) zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. W latach 1989-2001 senator, w okresie 1990-1991 minister spraw wewnętrznych.


[1] Rozmowa przeprowadzona w 1989 roku z zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” na potrzeby pracy magisterskiej, analizującej teksty zatrzymane przez Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk w „TP” w latach 1981-87, niepublikowana dotąd poza samą pracą.
[2] Skalę ingerencji pokazują podstawowe dane: po wznowieniu wydawania „Tygodnika Powszechnego” w stanie wojennym, od maja 1982 r. do końca roku, cenzura zdjęła ok. 150 materiałów (rozumianych jako zamknięte wypowiedzi, od jednozdaniowych notek po duże materiały publicystyczne), a w całym roku 1987 – nieco ponad 100 materiałów. Średnia roczna liczba konfiskat całych wypowiedzi, przypadająca na pojedyncze wydanie, wahała się w latach 1982-1987 od 4,6 na początku tego okresu (w maju zatrzymywano nawet po kilkanaście tekstów w każdym wydaniu) do 2,1 na jego koniec. Według danych redakcji, w 1988 roku zatrzymano łącznie 86 tekstów (statystycznie 1,65 na jedno wydanie).
[3] Odwołania do punktów ustawy o cenzurze będących podstawą ingerencji. Jak stwierdzała ustawa o kontroli publikacji i widowisk (z 31 lipca 1981 r. ze zmianami wprowadzonymi 28 lipca 1983 r., zmiany zaznaczone kursywą): „Art. 2. Korzystając z wolności słowa i druku w publikacjach i widowiskach nie można: pkt. 1 – godzić w niepodległość lub integralność terytorialną Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej albo zagrażać bezpieczeństwu państwa;(…) pkt. 6 – nawoływać do popełnienia przestępstwa lub je pochwalać, a także rozpowszechniać treści oczywiście stanowiące przestępstwo”.
[4] Jeden z epizodów konfliktu zbrojnego o granicę na Śląsku Cieszyńskim, trwającego w styczniu i lutym 1919 r. W Stonavie oddziały czeskie wzięły do niewoli, a potem zamordowały kilkunastu polskich żołnierzy, dopuszczając się zbrodni wojennej.
[5] Choć trzeba pamiętać, że w „TP” zaraz po wznowieniu wydawania pisma w 1982 r. liczba konfiskat była i tak wstrząsająca – średnio w maju po 12 materiałów w każdym numerze. Potem wykres obrazujący działanie cenzury to regularna sinusoida, gdy miesiące intensywnych działań cenzury przeplatają się z okresami faktycznie liberalnymi, wyraźnie łagodniejszymi niż np. na przełomie lat 1985/86.