Ludzie uwiedzeni wizją „wiecznej i niezmiennej polskości” chętnie przedstawiają tożsamość, którą krzewią i której bronią, jako jedyną możliwą.

Choć (zwłaszcza w obliczu współczesnego renesansu nacjonalizmów) zabrzmi to jak zuchwała prowokacja – realność narodu przypomina realność… klubu piłkarskiego.

Próbując uchwycić, na czym polega istota narodowości, wskazują niektórzy pokrewieństwo rodaków. Dziś, w dobie badań DNA, rozumiemy jaśniej, niż kiedykolwiek, że to mistyfikacja. Inni mówią o jedności językowej – ale Amerykanie i Anglicy władają tym samym językiem, będąc dwoma narodami, gdy wspominani już tutaj Szwajcarzy mają się za jeden naród, a używają czterech języków (niemieckiego, francuskiego, włoskiego i retoromańskiego). Jeszcze inni wskazują na wspólne terytorium: ale Francuzi urodzeni i wychowani w Algierii, jak Camus, pozostali – lub przynajmniej mogli pozostać – Francuzami, gdy z kolei na jednym obszarze mieszkają czasem rozmaite narody (zdarza się, że żyją ze sobą w pokoju). Jako o podstawie tożsamości narodowej mówi się też o kulturze, ale czy doprawdy istnieje jakiś kulturowy łącznik między intelektualistą z Mediolanu a chłopem sycylijskim?

Powtórzmy zatem: narody są bytami tyleż rzeczywistymi, co wymyślonymi. Innymi słowy: są owocem kultury, a nie natury czy przedustawnego ładu. Rzecz jasna, odwołanie do takiego ładu bywa elementem narodowej kreacji. Wystarczy wszakże tylko historia Polski, by zobaczyć, że przywiązanie do podobnej wizji wpędza nas błyskawicznie w nieprzezwyciężalne aporie. Jak bowiem uzgodnić przed- i pozahistoryczną „ideę Polski” z językową, wyznaniową i etniczną mieszaniną, jaką była I Rzeczpospolita? Jeszcze dla Mickiewicza, z jego inwokacją „Litwo, ojczyzno moja!”, tożsamość narodowa była z pewnością czym innym, niż dla nas, współczesnych, od trzech pokoleń żyjących w kraju prawie pozbawionym mniejszości etnicznych. Mówienie o „polskości” królów, zważywszy na takie postaci jak Jan Kazimierz czy Stefan Batory, ma charakter konwencji (zresztą arystokracja z założenia była przecież ponadnarodowa). I w jakim sensie „idealnie polskimi” pisarzami mieliby być: Jan Potocki, Bruno Schulz, Gustaw Morcinek czy Stanisław Orzechowski (natione polonus, gente ruthenus)?

Narody są bytami tyleż rzeczywistymi, co wymyślonymi. Innymi słowy: są owocem kultury, a nie natury czy przedustawnego ładu

Z konstatacji, że naród jest bytem tyleż rzeczywistym, co wymyślonym – kiedyś, w jakimś momencie dziejów, dla każdego narodu innym, zresztą bywało, że wymyślanym niejeden raz w historii – wynika dla moich rozważań coś bardzo ważnego. Otóż ludzie uwiedzeni wizją „wiecznej i niezmiennej polskości” chętnie, jako się rzekło, przedstawiają tożsamość, którą krzewią i której bronią, jako jedyną polskość.

Tymczasem jesteśmy narodem dość bogatym, by mieć w swoich archiwach – nie chcę używać terminu „dziedzictwo”, sugerującego powszechną jego znajomość – przynajmniej kilka wyobrażeń polskości, lub też, by użyć mniej kontrowersyjnej terminologii: kilka rozmaitych tradycji narodowych, do których uczciwi i szczerzy Polacy z przekonaniem w przeszłości się odwoływali. Co więcej, o ile osadzoną w metafizyce, wiecznotrwałą ideę polskości wolno byłoby tylko chronić i przekazywać, polskość realna, to znaczy wymyślona – Timothy Snyder w „Rekonstrukcji narodów” wskazuje co najmniej trzy czy cztery takie okresy kreowania polskości – nie tylko może, ale i musi być poddawana nieustannej reinterpretacji.

Z tych wszystkich możliwych wyobrażeń to, które obecnie próbuje nam się przedstawić jako jedyne prawomocne, osadzone w wątpliwej metafizyce à la Rymkiewicz, wydaje się wyjątkowo groźne dla przyszłości naszego narodu.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, wiosna 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 1/2018