Pobożnego i dobrego życia chrześcijan nie da się ustanowić i zadekretować poprzez wydzielone terytorium.

Portal Aleteia doniósł, że pod Krakowem powstaje Osiedle Fatimskie. Rozumiem ideę, która stoi u podstaw takiego pomysłu. Jak mówi Andrzej Sobczyk, pomysłodawca osiedla, chodzi o to, „żeby mieć sensownych sąsiadów – nie takich, z którymi widzi się raz na miesiąc, ale takich, z którymi tworzy się prawdziwe i pełne szczerości więzy międzyludzkie oparte na chrześcijańskim fundamencie”. Chodzi o to, żeby żyć wśród swoich i do siebie podobnych, a przez to stworzyć lepsze warunki wychowania dzieci. Chciał, nie chciał, jakkolwiek trudno brzmi to słowo, chodzi o katolickie getto.

W artykule z wiosennej „Więzi” pisałem o tym, jak zmienia się zależność naszej religijności od zmian demograficznych i społecznych. Otóż w roku 1958 Ratzinger zauważał, że „współczesny człowiek, w normalnym przypadku, powinien raczej zakładać niewiarę swojego bliźniego”.

Ta konstatacja spełnia się w Polsce roku 2018. I stąd właśnie pragnienie, by mieszkać w środowisku, gdzie można by „zakładać wiarę swojego bliźniego”. „Tutaj także – pisałem we wspomnianym tekście –znajdują swoje źródło takie zjawiska jak «kawiarnie dla katolików», osiedla budowane z myślą wyłącznie o ludziach wierzących czy tzw. christoteki, czyli dyskoteki dla katolików. Tego typu potrzeby wynikają z doświadczenia obcości w świecie i dążenia do odnalezienia w nim ludzi podobnych do siebie”. Przyznam, że pisałem o tym raczej jako pewnej idei niż pomyśle do realizacji.

Ratzinger miał inną propozycję. Twierdził, że nie można wywodzić postulatu „izolacji wierzących chrześcijan wobec ich niewierzących bliźnich”, albowiem „chrześcijanin powinien być i pozostać radosny pomiędzy ludźmi, bliźnimi, tam, gdzie wśród innych nie jest współchrześcijaninem/współwyznawcą”. To – nie ulega wątpliwości – model trudniejszy, bliższy temu, który opisany jest w anonimowym „Liście do Diogneta o chrześcijanach”, którzy żyją pośród świata jak dusza w ciele, zewnętrznie się od tego świata nie odróżniając.

Pomysł osiedla only for Catholics jest rodzajem chrześcijańskiej utopii. Nawiasem mówiąc, takimi utopiami bywają seminaria i klasztory. Stamtąd jednak można ewentualnych członków wydalić. Co zrobić z tymi, którzy okażą się niewystarczająco katoliccy? A przecież takie niebezpieczeństwo istnieje. W takiej wspólnocie może dojść także do rozpadu małżeństwa, do zbrodni, do wykorzystywania, krótko mówiąc – do zła. Papież Benedykt XVI w encyklice „Spe salvi” pisał, że „nigdy na tym świecie nie zaistnieje definitywnie ugruntowane królestwo dobra. Kto obiecuje lepszy świat, który miałby nieodwołalnie istnieć na zawsze, daje obietnicę fałszywą; pomija ludzką wolność. […] Jeśli istniałyby struktury, które nieodwołalnie stanowiłyby jakiś określony – dobry – stan świata, zostałaby zanegowana wolność człowieka, a z tego powodu ostatecznie struktury takie nie byłyby wcale takie dobre” (SS 24b).

Pomysł osiedla only for Catholics jest rodzajem chrześcijańskiej utopii

Myślę, że – zachowując wszelkie proporcje – tę wątpliwość można odnieść do wspomnianego pomysłu. „Wolność musi wciąż być zdobywana dla dobra” – mówi papież. Także wolność chrześcijan, których pobożnego i dobrego życia nie da się ustanowić i zadekretować poprzez wydzielone terytorium.

Przypomina mi się film pt. „Osada” („The Villige”, USA 2004) w reżyserii M. Night Shyamalana. Obraz ten był reklamowany jako thriller, ale to przypowieść filozoficzna. Rzecz jest o osadzie zbudowanej w lesie gdzieś w Pensylwanii, w której – jak się okazuje – mieszkają ludzie, którzy świadomie uciekli od cywilizacji, by stworzyć idealna społeczność. Aby skłonić wszystkich do pozostania wewnątrz osady wymyślają krwiożercze istoty, które rzekomo żyją w lesie. To są „ci, których imienia nie wypowiadamy głośno”, wszak imienia Złego wzywać nie wolno. Niestety, wewnątrz osady dochodzi do zbrodni, aby móc uratować rannego, trzeba wyjść poza mur, do cywilizacji, by przynieść lekarstwa, czego podejmuje się jedna z niewidomych mieszkanek. Jak się okazuje, zło nie mieszka na zewnątrz, nie trzeba go wymyślać, on jest – dosłownie – intra muros, a nie extra muros. Że raz jeszcze zacytuję Ninę Witoszek z jej książki o rajskiej Norwegii – „Nie ma raju bez węży”, a katolickich osiedli bez grzechu.

Co nie znaczy, że szukając miejsca mieszkania, nie należy się kierować rozsądkiem i szukać do sobie podobnych. Środowisko wzrostu jest ważne. Św. Paweł mówi, że „W skutek złych rozmów psują się dobre obyczaje” (1 Kor 15, 33). Te rozmowy to po grecku homilia – co można równie dobrze przetłumaczyć jako „towarzystwo”. Sam bym szukał dobrego towarzystwa, by pośród niego zamieszkać i zapewne ludzi jakoś do siebie podobnych, bo tak żyje się po prostu lżej i z większym poczuciem bezpieczeństwa.

„Tu chodzi o tworzenie prawdziwej wspólnoty, a to osiedle jest do tego narzędziem”. I ja to jakoś rozumiem. Byleby nie ulec iluzji doskonałego świata, który da się odgrodzić murem od zła.