W przypadku homilii ks. Stańka mamy do czynienia z instrumentalnym wykorzystaniem Eucharystii do prowadzenia wewnątrzkościelnego sporu. Tymczasem w homilii najmniej ważne mają być zaimki „ja”, „mi”, „mnie” – bo ważny jest On i Jego Kościół.

„Zarzucono mi, że nie kocham papieża. Kocham go bardzo. Kocham, jak dorosły syn kocha ojca. Bo dla mnie Kościół to jest dom, rodzina” – mówił ks. Edward Staniek w pierwszej swojej niedzielnej homilii po upublicznieniu jego ostrej krytyki Franciszka, kończącej się modlitwą o rychłą szczęśliwą śmierć papieża.

„W tym domu dorosły syn może rozmawiać z ojcem, otaczając go zawsze szacunkiem. Ojciec może popełnić błędy. Tak, jak mógł je popełnić Piotr. A to jest następca Piotra. Ja, jako syn, mogę z nim na ten temat rozmawiać” – przekonywał zasłużony krakowski patrolog i kaznodzieja. I kontynuował: „Niewielu mnie rozumie, bo dla bardzo niewielu Kościół jest domem. Nie mam o to do nikogo żalu, bo wiem, że Jezusa też niewielu rozumiało. Każdego dnia za papieża się modlę i razem z nim, w niedzielę i święta, wyznaję wiarę. I razem z nim zrobimy to samo” – podkreślił ks. Staniek, po czym rozpoczął recytację Credo.

Mamy do czynienia nie tylko z krytyką Franciszka, lecz ze świadomym (bo już kolejnym!) czynieniem homilii terenem polemiki z papieżem, a wręcz napominania go

Nie uczestniczyłem w tej Mszy świętej, polegam więc na informacji dziennikarskiej przekazanej przez serwis Wiara.pl. Nie widzę jednak podstaw do podważania wiarygodności tej relacji. A to by oznaczało, że problem z homiliami ks. Stańka jest, niestety, jeszcze poważniejszy, niż się wydawał w sobotę.

Oto bowiem mamy do czynienia nie tylko z krytyką Franciszka – co samo w sobie przecież jeszcze nie byłoby naganne, bo papieża także wewnątrz Kościoła można merytorycznie krytykować – lecz ze świadomym (bo już kolejnym!) czynieniem homilii terenem polemiki z papieżem, a wręcz napominania go. Takiego kroku w wykonaniu wybitnego duchownego – który uczył kolejne pokolenia krakowskich księży, a przez swe publikacje miał wpływ także na wielu innych czytelników – kompletnie już nie rozumiem.

Ks. Staniek zarzuca swym krytykom, że Kościół nie jest dla nich domem – i dlatego go nie rozumieją, a to z jego miłości Kościoła miałaby wyrastać rzeczona „modlitwa”. Trudno to pojąć. Nie będę tu próbował udowadniać, że i dla mnie Kościół jest domem. Homilii nie głoszę, lecz wiem, czym ona być powinna. I właśnie dlatego twierdzę, że krakowski profesor całkowicie o tym, jak widać, zapomniał.

Kluczowe dla mnie nadużycie popełnione przez ks. Edwarda Stańka to nawet nie życzenie papieżowi rychłej śmierci ani teologiczna słabość jego wywodów, w czym jakoby Franciszek się myli (skądinąd kompletnie wypaczająca to, co on rzeczywiście twierdzi). Najgorsze jest wykorzystanie homilii do podważania zaufania wiernych do papieża. Właśnie homilii, podczas której duchowny przecież urzędowo reprezentuje Kościół! Homilia wszak to nie rozprawa teologiczna, nie artykuł publicystyczny, nie prywatna korespondencja ani miejsce na „wycieczki” personalne i osobiste polemiki. To nie jest miejsce nawet na świadectwo osobistych zmagań w wierze czy problemów z Kościołem. Na to wszystko są inne „ambony”. Homilia to forma liturgicznego, urzędowego nauczania w imieniu Kościoła.

Watykańskie dyrektorium homiletyczne głosi: „Choć słuchaczy poruszają osobiste historie, homilia powinna odzwierciedlać wiarę Kościoła, a nie przeżycia homilisty”. Podczas homilii ten, który ją głosi, ma się umniejszać, ofiarując swoją wiedzę i talenty na służbę nauczaniu Chrystusa i na służbę Kościołowi. W homilii najmniej ważne mają być zaimki „ja”, „mi”, „mnie”, „mój” – tak częste w cytowanym końcowym fragmencie homilii ks. Stańka – bo ważny jest On i Jego Kościół. Nie można zapomnieć, że homilię, jak całą liturgię, w sensie teologicznym kapłan sprawuje in persona Christi, a nie in persona sua (w osobie Chrystusa, a nie w swojej osobie).

Homilia to nie rozprawa teologiczna, nie artykuł publicystyczny, nie prywatna korespondencja ani miejsce na „wycieczki” personalne i osobiste polemiki. Na to wszystko są inne „ambony”

Skoro krakowski profesor we własnym sumieniu doszedł do wniosku, że chce się spierać z papieżem, a nawet porównywać swoje problemy z faktem, że „Jezusa też niewielu rozumiało” – jego sprawa. Skoro jako (solidnie wykształcony teologicznie) syn chce rozmawiać ze swoim duchowym ojcem-papieżem o błędach, które dostrzega w jego nauczaniu i działalności – wolno mu. Tylko że ma na to wiele sposobów innych niż czynienie Mszy świętej narzędziem do dzielenia Kościoła, do przeciwstawiania papieża nauce Chrystusa. Jeśli coś jeszcze ma być w Kościele święte, to Eucharystii nie wolno czynić okazją do spierania się z papieżem! Ona jest, jak mówił Jan Paweł II, „sakramentem i źródłem kościelnej jedności”. Homilia, jako część Eucharystii, ma służyć zbudowaniu słuchaczy, a nie wzbudzaniu w nich zamieszania i niepokoju co do prawomyślności Biskupa Rzymu (bo tak to subiektywnie widzi kaznodzieja).

Znałem do tej pory ks. Edwarda Stańka od najlepszej strony, choć dawno nie miałem z nim osobistego kontaktu. Ceniłem jego wnikliwość teologiczną i pastoralną wrażliwość na ludzi słabych. Zupełnie nie mam zamiaru go potępiać. Ktoś z jego bliskich znajomych napisał obecnie na FB, iż Staniek „sam często powtarza, że wylew i starość przyczyniają się do jego coraz słabszej sprawności intelektualnej”. Być może to jest jakieś wytłumaczenie? Nie wiem.

Tym większa odpowiedzialność spoczywa na bezpośrednim przełożonym duchownego. Tymczasem abp Marek Jędraszewski publicznie wyraził jedynie „ogromny ból i żal”, poinformował o przeprowadzeniu osobistej rozmowy z ks. Stańkiem oraz zapewnił o modlitwie całego Kościoła krakowskiego w intencji papieża. Z tego lakonicznego komunikatu nie dowiemy się jednak, z czego wynikają ból i żal arcybiskupa.

Łagodność, jaką wykazał się w tej kwestii metropolita krakowski, jest – najdelikatniej mówiąc – przejawem pewnej niespójności czy niekonsekwencji w jego myśleniu i działaniu, jeśli przypomnieć sobie choćby publicznie wyrażane przezeń poparcie dla zakazu wypowiedzi medialnych nałożonego na ks. Adama Bonieckiego.

Spróbujmy zresztą wyobrazić sobie sytuację analogiczną: jakiś ksiądz gdzieś w Polsce w trakcie homilii mówi o tym, że: 1) abp Marek Jędraszewski wyraźnie odchodzi od nauczania Jezusa w takich a takich kwestiach; 2) w związku z tym trzeba się modlić o jego nawrócenie; 3) a jeśli się nie nawróci, to warto pomodlić się, żeby szybko umarł, bo tak będzie lepiej i dla niego, i dla całego Kościoła krakowskiego. Jakie byłyby reakcje? Pytanie chyba retoryczne. A w tym przypadku mamy do czynienia z dokładnie takim właśnie rozumowaniem kaznodziei, tyle że – drobnostka!? – pod adresem samego Biskupa Rzymu. Reakcje są natomiast najdelikatniejsze z możliwych.

Jeśli coś jeszcze ma być w Kościele święte, to Eucharystii nie wolno czynić okazją do spierania się z papieżem

Jestem zasadniczo sceptyczny wobec korzystania z kar administracyjnych w Kościele. We wspólnocie wiary należy bowiem przede wszystkim kłaść nacisk na odpowiednią formację sumienia, zaś upomnienia i kary traktować jako wyjątki od reguły. W przypadku homilii ks. Stańka mamy jednak do czynienia, jak już pisałem wyżej, właśnie z naruszeniem zasady fundamentalnej: instrumentalnym wykorzystaniem Eucharystii do prowadzenia wewnątrzkościelnego sporu, który powinien być rozwiązywany innymi metodami. Kaznodzieja – pomimo rozmowy ze swoim biskupem, który wszak przyjął jego słowa „z ogromnym bólem i żalem” – nie wycofuje się, brnie dalej i twierdzi, że został tylko źle zrozumiany. Jeśli to nie szkodzi Kościołowi, to co mu szkodzi?

Homilia ks. Stańka z 25 lutego była publicznym zgorszeniem, za które nikt nie przeprosił: ani autor homilii, ani jego przełożony. Obawiam się, że – i to jest najważniejsze już nie z teologicznego, lecz społecznego punktu widzenia – może to mieć swoje konsekwencje. Że mianowicie ks. Staniek znajdzie – a w internecie już znajduje – naśladowców: księży, którzy podobnie myślą o papieżu, tylko do tej pory kościelna poprawność powstrzymywała ich przed wypowiadaniem swych myśli głośno, zwłaszcza podczas kazań. Już z kilku różnych miejsc Polski słyszałem opinie, że Staniek miał odwagę powiedzieć głośno to, czego inni duchowni boją się powiedzieć. Miałby on zatem stać się bohaterem???

Właściwą relację do papieża można zachować także będąc do niego krytycznie nastawionym. Dobrym przykładem jest komentarz Pawła Milcarka z „Christianitas” do pierwszej homilii ks. Stańka, a właściwie jego apel skierowany „do wszystkich, może zwłaszcza do tych, z którymi solidaryzuję się w niepokojach budzonych przez obecny pontyfikat: zawsze módlmy się za Papieża tak jak uczy nas tego Kościół, jego słowami – żeby ten, którego Pan Bóg «zechciał ustanowić pasterzem» Kościoła, «słowem i przykładem przyczyniał się do dobra tych, którymi rządzi», a «razem z powierzoną sobie trzodą osiągnął życie wieczne». Nihil ne plus? Nihil omnino!”.

Oby sytuacja z ks. Stańkiem nie zmieniła się w lawinę, nad którą utracimy kontrolę. Na razie dałoby się to jeszcze zatrzymać, gdyby odpowiednie władze kościelne potrafiły jasno powiedzieć, że – jak trafnie stwierdził tu ks. Andrzej Draguła – „pewien Rubikon został przekroczony”, że mieliśmy do czynienia z sytuacją karygodną i niedopuszczalną. Czy można na to liczyć?