Prezydencka antologia literatury przygotowana na stulecie odzyskania niepodległości przesycona jest ideologią niezwykle niebezpieczną dla polskiej tożsamości.

Na stronie Kancelarii Prezydenta wisi od kilkunastu dni „Lista 44 tekstów Antologii Niepodległości”. Kiedy się pojawiła, przez kilka dni była komentowana w internecie; potem – jak to zwykle bywa – pochłonęły nas inne, zapewne ważniejsze, sprawy. Chciałbym jednak do niej wrócić, dla mnie pozostaje ona bowiem czymś na swój sposób frapującym.

Przede wszystkim uderza mnie enigmatyczny status listy. Co to właściwie jest? Zestaw utworów do recytowania na rocznicowych akademiach w listopadzie bieżącego roku? Czy, znacznie szerzej, prezydencki kanon literatury narodowej? Poszukując odpowiedzi, kliknąłem na nadrzędny względem niej link „2018 Przedwiośnie; Antologia Niepodległości”. Czytamy tam, że „Lekturą Narodowego Czytania na kulminację akcji 8 września 2018 roku jest «Przedwiośnie» Stefana Żeromskiego. Ponadto, Para Prezydencka proponuje do czytania przez cały rok 44 teksty Antologii Niepodległości”. A więc coś w rodzaju świeckiego brewiarza narodowego do cotygodniowych medytacji? Pierwsza Dama, pani Agata Kornhauser-Duda dodaje (ale jako kto: pomysłodawczyni tego zespołu tekstów? postronna komentatorka czyjegoś przedsięwzięcia?): „To piękny, przekrojowy obraz naszej kultury i literatury narodowej. (…) Teraz, w XXI wieku to właśnie nasza narodowa literatura jest źródłem naszej duchowej siły, a także najważniejszym spoiwem naszej wspólnoty”.

Jestem z wykształcenia polonistą, więc trudno mi nie przyklasnąć idei, że literatura jest – czy raczej, jak mi się zdaje: może być – spoiwem narodowej wspólnoty. Rozumiem zatem, że w Antologii Niepodległości starano się sporządzić wizerunek naszej kultury i zarazem – zestaw tekstów, których uważna lektura wzmaga związek z rodakami i krzepi „naszą duchową siłę”. Z tym założeniem, ufam, że lojalnym wobec pomysłodawców, zapoznaję się z listą.

W Antologii Niepodległości chodzi nie o samodzielność i kreatywność w budowaniu naszej wspólnoty, lecz o gorzkie żale pod narodową kapliczką

…I od razu natykam się na kłopot natury estetycznej, a może także merytorycznej. Otóż w przypadku dłuższych tekstów autor Antologii wskazuje precyzyjnie fragmenty, o które mu chodzi. Wiem oczywiście, że w tradycji religijnej – skojarzenie z brewiarzem z każdą minutą robi się coraz silniejsze – istnieje medytacja nad fragmentami Pisma. Status literatury świeckiej jest jednak inny. Kiedy z „Trzy po trzy” Fredry pozostaje pierwszych pięć stron (według wydania z 1957 roku, które trzymam na półce), można od biedy przyjąć, że bitwa pod Montereau, która je wypełnia, ma być pars pro toto wszystkich wojen napoleońskich, w ten sposób przywołanych (choć żal dalszego ciągu). Ale kiedy z III części „Dziadów” zostaje wyjęte opowiadanie Sobolewskiego, rodzi się niepokój, że nie jest to Wielka Improwizacja ani Widzenie Księdza Piotra, które dla tożsamości naszej kultury mają chyba co najmniej podobne znaczenie. Gdy zaś z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego pozostaje modlitwa, zamykająca rozmowę Konrada z Maskami, trzeba nie znać całości dramatu, żeby nie usłyszeć w głowie złowróżbnego szeptu: MANIPULACJA. Ponieważ mocny to zarzut, pozwolę sobie go zilustrować i to na dwa sposoby.

Sposób pierwszy – proszę porównać dwa fragmenty tego samego „Wyzwolenia”. Najpierw podsuwany przez Kancelarię Prezydenta:

O Boże, wielki Boże
ty nie znasz nas Polaków;
ty nie wiesz, czym być może
straż polska u twych znaków!

A później inny, wybrany przeze mnie:

„A co jest mi wstrętne i nieznośne, to jest to robienie Polski na każdym kroku i codziennie. To manifestowanie polskości. Bo to tak wygląda, jakby Polski nie było, Polaków nie było… Jakby ziemi nawet nie było polskiej i tylko trzeba było wszystko pokazywać, bo wszystkiego zostało na okaz, po trochu” (w tym monologu Kordiana opuściłem kwestie Maski 11, które brzmią „?” oraz „Ach!”).

Wskazany przeze mnie fragment nie jest wybrany mniej arbitralnie niż tamten, ponieważ ani jeden, ani drugi nie stanowi bynajmniej puenty dramatu. Rzecz w tym – i tu zaczyna się ilustracja numer dwa problemu z wybieraniem do lektury jedynie części utworów – że „Wyzwolenie” Wyspiańskiego pokazuje pewien proces, który zaczyna się od niezwykle zgryźliwego przedstawienia „Polski współczesnej” (w którym wyśmiewa się między innymi symbol Czterdzieści i cztery, a przypominam, że prezydencka Antologia zawiera 44 pozycje, nieprzypadkowo przecież), potem jest rozmowa porte parole Wyspiańskiego, Konrada, z Maskami, a potem wracamy do rzeczywistości „Polski współczesnej”, w której – uwaga, uwaga! – złowrogi Geniusz, czyli pomnik Mickiewicza, próbuje ZAMKNĄĆ NARÓD W GROBACH WAWELSKICH i definitywnie odciąć w ten sposób od realnego życia. Brzmi znajomo? Wyspiański jest kiepskim sojusznikiem dla obozu dzisiejszej władzy…

Chodzi jednak nie tylko o to, że wycinając coś z tekstu Wyspiańskiego, nie jest się lojalnym wobec pisarza (w końcu Oliver Frljić zrobił z „Klątwą” mniej więcej to samo albo i więcej). Chodzi o to, że złożony dramat, funkcjonujący naprawdę w kulturze polskiej – zapewne głównie dzięki genialnemu przedstawieniu Swinarskiego z 1974 roku – zamienia się w ten sposób w tekst o skomplikowaniu „Katechizmu polskiego dziecka” Władysława Bełzy: „Kto ty jesteś? Polak mały…”.

Porzućmy jednak dłuższe i pocięte niemiłosiernie teksty z Antologii i sprawdźmy wiersze, które się w niej znalazły w całości. Są wśród nich bezdyskusyjne, jak „Bogurodzica”, „Pieśń Legionów Polskich we Włoszech” Wybickiego, „Do Matki Polki” Mickiewicza i „Grób Agamemnona” Słowackiego (straszliwie antypolski zresztą, jeśli stosować kryteria entuzjastów partii obecnie rządzącej). Jest „Boże, coś Polskę” Alojzego Felińskiego, co już budzi zdziwienie i wesołość historyka literatury, czy aby na pewno chodzi o pierwotną wersję, będącą wiernopoddańczym hymnem na cześć cara, który właśnie koronował się na króla Polski. Jest „Raport z oblężonego miasta” Herberta, często przywoływany w latach osiemdziesiątych i niewątpliwie wówczas ważny. Są wiersze, których obecność budzi zdziwienie, jak zwłaszcza „Epigonia” Wojciecha Wencla, poety kiedyś niezłego, ale dziś wszak przecenianego przez obóz władzy, uprawiającego coś w rodzaju sarmackiego soc-realizmu. Andrzej Horubała, więc nie żaden liberał czy lewak, zatytułował tekst o Wenclu ironicznie: „Patriotyzm w trupim pyle”. Zamiast tej jawnie wtórnej liryki można było przywołać nieodległy myślowo, ale przecież o ileż głębszy wiersz Miłosza „Moja wierna mowo” – jednak Miłosz reprezentowany jest w Antologii tylko przez wiersz „W Warszawie”.

No właśnie: najciekawsze wydaje się to, czego w Antologii nie ma. Wyliczmy więc, że ze wszystkich pieśni funkcjonujących jak nieformalne hymny Polski, nie ma tu… „Roty” Konopnickiej (z dorobku poetki wybrano „Pieśń o domu”, mocno już trącącą myszką). Z Herberta nie ma „Rozważań o problemie narodu”, co zresztą wzmaga podejrzenie, że nie o rozważania żadne chodzi w Antologii, tylko o rodzaj martyrologiczno-patriotycznej hipnozy. Ze Skamandrytów są Wierzyński i Lechoń, brak natomiast „Dwóch ojczyzn” Słonimskiego ani tegoż „Ten jest z ojczyzny mojej”; brak choćby fragmentu (skoro już szatkuje się ważne utwory) „Kwiatów polskich” Tuwima. Brak wielce pouczającego wiersza Kasprowicza „Rzadko na moich wargach”. Z „Nad głębiami” Asnyka wyjęto (znów: wyjęto!) sonet XXIX („Póki w narodzie myśl swobody żyje…”), choć można by podsunąć wiersz „Do młodych”, skłaniający nowe pokolenia do samodzielnego kreowania narodowej przyszłości. I tak dalej.

Jeśli mamy cień szansy dorobić się wreszcie czytającego pokolenia, to musimy zastanowić się nad kanonem, który będzie rezonował z niepokojami dojrzewających dopiero Polaków. Nie słyszę tego rezonansu co najmniej w połowie z 44 dzieł

No tak, tylko że chyba właśnie nie o samodzielność i kreatywność w budowaniu naszej wspólnoty, lecz o gorzkie żale pod narodową kapliczką w tym wszystkim chodzi. Ta, z pozoru neutralna, Antologia Niepodległości, która ma, przypomnijmy, krzepić spoistość naszej narodowej więzi, przesycona jest ideologią, niezwykle niebezpieczną – moim zdaniem – dla polskiej tożsamości. Pal sześć, że są tutaj „Myśli nowoczesnego Polaka” Dmowskiego, dla mnie doskonały środek na wymioty (niezależnie od zasług autora podczas konferencji w Wersalu); pal sześć, że nie ma takich mistrzów polszczyzny jak Leśmian, Tuwim czy Barańczak, że przeoczono wzruszające wyznanie miłości do ojczyzny (tak jest!) w postaci wiersza Miłosza Biedrzyckiego „Akslop” (o mądrze ambiwalentnych wierszach Świetlickiego już nawet nie wspominam), że nie ma zaangażowanych w budowanie prawdziwej wspólnoty tekstów Wojciecha Młynarskiego, że nie ma przenikniętych emigrancką tęsknotą utworów Beaty Obertyńskiej, że wreszcie dziwnym trafem jedynym nieobecnym z trójcy naszych wielkich powieściopisarzy XIX wieku jest krytyczny wobec polskiej tromtadracji Bolesław Prus; że brak – naturalnie – Gombrowicza albo Mrożka.

To wszystko od biedy da się opisać różnicą gustów, choć kiedy za Antologią stoi „prezydent wszystkich Polaków” (jak nam obiecywano w kampanii wyborczej, zresztą nie po raz pierwszy), byłoby miło, żeby gust ów nieco… znormalizować. Zasadniczą kwestią wydaje się natomiast fakt, że składa się to wszystko na wizję patriotyzmu nakierowanego na rozpamiętywanie ofiarnej przeszłości. A przecież ofiary nasze w większości składane były w imię tego, co nadchodzi, tego co, wyzwoleni, będziemy w stanie z Polską zrobić, co – modlono się o to – będziemy umieli zrobić. Ten kreatywny, a nie archiwalno-muzealny stosunek do tradycji jest zresztą tematem „Wyzwolenia” Wyspiańskiego, potraktowanego tak, jak to wyżej opisałem.

Całą listę rozpoczyna fragment „Starej baśni” Kraszewskiego i wydaje mi się to mimowolnie symboliczne. Tak – skoro już koniecznie trzeba składać takie wyznania – jestem patriotą i bardzo mnie martwi ta wizja Polski wczołgującej się we własne korzenie, głuchej na potrzebę unowocześnienia samej siebie, na wyzwania, którym sprostamy jedynie we współpracy z innymi ludźmi: innych narodowości, innych kultur. A także wizja literatury polskiej tak dramatycznie nieatrakcyjnej. Bo, proszę wybaczyć szczerość historyka literatury, jeśli w tym narodzie, tak dramatycznie mało czytającym, mamy cień szansy dorobić się wreszcie czytającego (to znaczy mądrego) pokolenia, to musimy zastanowić się nad kanonem, który może i sprawiać lekturową trudność, ale będzie rezonował z niepokojami dojrzewających dopiero Polaków. Nie słyszę tego rezonansu co najmniej w połowie z 44 dzieł, poczciwie złożonych przez kogoś w Kancelarii Prezydenta. 

*

Post scriptum. W cytowanym wstępie do Antologii, poświęconym głównie Narodowemu Czytaniu, znajduję objaśnienie: „Akcja Narodowe Czytanie organizowana jest przez Prezydenta RP od 2012 roku. Została zainicjowana wspólną lekturą «Pana Tadeusza» Adama Mickiewicza. W 2013 roku w całej Polsce odbyło się czytanie dzieł Aleksandra Fredry, a podczas następnych edycji przeczytano kolejno: «Trylogię» Henryka Sienkiewicza oraz «Lalkę» Bolesława Prusa. W 2016 roku Andrzej Duda i Agata Kornhauser-Duda rozpoczęli Narodowe Czytanie «Quo vadis» Henryka Sienkiewicza w warszawskim Ogrodzie Saskim”. Można rozmaicie oceniać prezydenturę Bronisława Komorowskiego, ale to pominięcie jego nazwiska wydaje mi się jednym z licznych przejawów małostkowości obecnych władz mojej ojczyzny. Naprawdę chciałbym je szanować. I naprawdę jest to zadanie ponad moje siły.