Problemem jest nie tyle obecność sarmatyzmu we współczesnej religijności Polaków, ile skala jego rozprzestrzenienia, powodująca społeczną deformację chrześcijaństwa.

Obrazy związane z polską akcją „Różaniec do granic” poszły daleko w świat. Otrzymałem w tej sprawie mejl od Danieli Falcioni – włoskiej filozofki zaangażowanej w dialog chrześcijańsko-islamski, współautorki książki o genealogiach Zachodu, osoby świetnie zorientowanej w kulturowej różnorodności naszego kontynentu.

Sarmaci do granic

Falcioni z jednej strony wyrażała fascynację nieznaną we współczesnych społeczeństwach zachodnich masowością religijnej manifestacji, a z drugiej zaniepokojenie, że w samym rdzeniu polskiego katolicyzmu tworzy się ruch antyislamski. W relacjach, jakie docierały do Włoch, donoszono bowiem, że akcja miała poparcie biskupów oraz że były w niej akcenty antyislamskie w związku z datą 7 października (rocznica bitwy pod Lepanto).

Włoska filozofka była jeszcze bardziej zdumiona, kiedy w mojej odpowiedzi przeczytała, że zjawisko budzące jej zaciekawienie i zarazem niepokój wypływa, moim zdaniem, z sarmackich wzorców, głęboko zakorzenionych w polskiej obrzędowości religijnej i świeckiej.

Niedługo potem w debacie o Kościele, odbywającej się w ramach warszawskiego Dziedzińca Dialogu, mimochodem powiedziałem o sarmackim duszpasterstwie. Myśl, którą pozostawiłem bez rozwinięcia, zaintrygowała redakcję „Więzi”. Trochę o tym rozmawialiśmy z red. Zbigniewem Nosowskim zaraz po debacie. Sam zacząłem się zastanawiać, czy istotnie ma sens mówienie o trwałości sarmatyzmu w religijnej mentalności współczesnych Polaków. Zaciekawienie moją interpretacją, z jakim spotkałem się ze strony Falcioni i Nosowskiego, skłania do pogłębienia intuicji, która narzuciła mi się spontanicznie, bardziej wskutek skojarzeń aniżeli analizy.

Daleki jestem od jednoznacznego utożsamiania akcji „Różaniec bez granic” z postawą niechęci wobec wyznawców islamu, docierających (raczej wirtualnie niż realnie) do naszych granic jako uchodźcy. Religijna szczerość daje się jednak łatwo instrumentalizować. Nie zabrakło wśród uczestników modlitwy różańcowej polityków głoszących hasła antyuchodźcze oraz rzekomą potrzebę obrony cywilizacji chrześcijańskiej przed cywilizacją islamską. Nie trzeba było oglądać zachodnich telewizji, wystarczyło obejrzeć 7 października 2017 r. główne wydanie „Wiadomości” w I Programie Telewizji Polskiej, aby usłyszeć wypowiedzi polityków na temat modlitwy jako środka ochrony granic przed napływem terrorystów wśród uchodźców.

Chyba ani świeccy inicjatorzy tej akcji, ani wspierający ich duszpasterze, nie przyswoili sobie zasady sformułowanej przez Marshalla McLuhana, zgodnie z którą środek przekazu jest przekazem (medium is the message). Jeśli mobilizuje się całą Polskę do modlitwy przy granicach państwa, to trudno dziwić się, że przekaz polityczny pasożytuje na przekazie religijnym, a na pewno go przesłania. Gdyby podobna akcja została zwołana do jakiegoś sanktuarium maryjnego, a najlepiej do kilku czy kilkunastu z nich jednocześnie, jej przekaz nie budziłby wątpliwości. Najprawdopodobniej zagraniczni korespondenci nawet by go nie zauważyli.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, wiosna 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 1/2018