Dla niebiańskiego Ojca prawo i sprawiedliwość są tożsame z miłością i miłosierdziem: prawo streszcza się w przykazaniu, by kochać Boga i bliźniego, a sprawiedliwość wymaga zwrócenia Bogu tego, co Mu zginęło, czyli nas, grzeszników.

„Trzeba było się ucieszyć i rozradować, bo ten twój brat był martwy, a ożył – oraz był zgubiony, a się odnalazł” (Łk 15, 32).

Reakcją na głoszenie prymatu miłosierdzia bywa – jak dobrze wiemy – odwoływanie się do poczucia sprawiedliwości, której przecież nie może w Kościele zabraknąć. W końcu Bóg jest nie tylko miłosierny, ale również (niektórzy chyba dodaliby: przede wszystkim) sprawiedliwy…

Jeśli sami staramy się jakoś sprostać zasadom, to irytuje nas łatwość, z jaką inni je lekceważą; czujemy wtedy potrzebę obrony pogwałconego porządku. Tak więc miłosierdzie miłosierdziem, ale niech ci, co nagrzeszyli, najpierw poniosą konsekwencje! Jednak ulegając pasji rozliczania upadłych i obwarowując przebaczenie warunkami, błądzimy: „Ludzki gniew sprawiedliwości Bożej nie wypełnia” (Jk 1,20).

Sprawiedliwy, czyli miłosierny

Kiedy Psalmista stwierdza, że Bóg „kocha prawo i sprawiedliwość”, to – rozwijając tę myśl – dodaje: „wiernej miłości (hesed) Pana pełna jest ziemia” (Ps 33,5). Również w świetle słów, gestów oraz całego zachowania Jezusa widać, że dla niebiańskiego Ojca prawo i sprawiedliwość są tożsame z miłością i miłosierdziem: prawo streszcza się w przykazaniu, by kochać Boga i bliźniego (por. Mt 22,36-40), a sprawiedliwość wymaga zwrócenia Bogu tego, co Mu zginęło. Cały piętnasty rozdział Ewangelii według Łukasza opisuje miłosierdzie za pomocą obrazów odzyskiwania czegoś należnego: zabłąkanej owcy przez pasterza, zawieruszonej monety przez gospodynię, a wreszcie kontaktu i relacji z synem przez odtrąconego rodzica.

Bóg okazuje miłosierdzie nie dlatego, że ludzie na to zasłużyli, tylko ze względu na swój charakter – On taki właśnie JEST

Stworzenia słusznie należą się ich Stwórcy, a nie piekłu. I choć z drugiej strony wypada uznać za słuszne, żeby grzesznik dostał to, co sam wybrał, to jednak Bóg czuje się związany własnym wyborem zaangażowania w relację z nami: „Gdy jesteśmy niewierni, On wierny pozostaje, bo nie może się wyprzeć samego siebie” (2 Tm 2,13). Kiedy w Księdze Ezechiela reakcją Pana na notoryczny brak poprawy ze strony ludu okazuje się obietnica wybawienia go z niewoli, czytamy w uzasadnieniu: „nie ze względu na was to robię, domu Izraela, ale przez wzgląd na Moje święte Imię…” (Ez 36,22).

Innymi słowy, Bóg okazuje miłosierdzie nie dlatego, że ludzie na to zasłużyli, tylko ze względu na swój charakter (wyrażony w imieniu). On taki właśnie JEST. Imię JESTEM, za pomocą którego przedstawił się Mojżeszowi (por. Wj 3, 14) oznacza w pierwszym rzędzie Jego bycie z tymi, których wybrał, pełne współczucia bycie „Bogiem z nami” (Imanu-El, por. Iz 7,14).

Ojciec z nieba uważa zatem za słuszne odzyskanie swoich dzieci, a grzesznik postępuje sprawiedliwie, kiedy zwraca Bogu to, co Mu ukradł – czyli samego siebie. Natomiast chcąc sprawiedliwie traktować innych grzeszników, musimy ich ratować, a nie potępiać, pozyskiwać zamiast wykluczać. Jeśli w domu Boga czeka na nich miejsce, to jakim prawem chcę w nich widzieć wyrzutków?

W przypowieści o miłosiernym ojcu i jego dwóch synach czytamy, że ten „porządny” na wiadomość o świętowaniu powrotu brata „rozgniewał się i nie chciał wejść” (Łk 15,28). Odmawiając miłosierdzia innym, sami stajemy na zewnątrz wspólnego domu. Wykluczając bliźnich, wykluczamy siebie. I chociaż Bóg zabiega o nas z taką samą wyrozumiałością, z jaką oczekuje na tamtych, to jednak szanuje ludzką wolność i może się okazać, że dostaniemy to, czego chcieliśmy. W tym sensie „jaką miarą mierzymy, taką i nam odmierzą” (por. Mt 7,2). Nie chciejmy, żeby sprawiedliwość odpłaty wygrała w naszym życiu ze sprawiedliwością miłosierdzia, bo to będzie nasze samobójstwo.

Wielka cena darmowej łaski

Oczywiście fakt, że miłosierdzie okazuje się doskonałą (gdyż Boską) postacią sprawiedliwości absolutnie nie oznacza, że ktokolwiek mógłby rościć sobie do niego prawo. Nic nam się nie należy, bo jak syn marnotrawny „rozliczyliśmy się” już z Ojcem – On nas wyposażył na życie, a myśmy wszystko zmarnowali (lub właśnie to robimy).

Jeśli darowanie niewypłacalnemu dłużnikowi dowodzi Bożej sprawiedliwości, to mówimy o logice łaski, której odpowiada wdzięczność (w nowotestamentowej grece obie są określane tym samym słowem). Boskie miłosierdzie nie należy się ani mnie, ani bliźniemu, w którego oku dostrzegam drzazgę winy (por. Mt 7,3) – ale skoro sam korzystam z niezasłużonej życzliwości, to czy moja wdzięczność nie powinna jej odzwierciedlać?

Grzesznik postępuje sprawiedliwie, kiedy zwraca Bogu to, co Mu ukradł – czyli samego siebie

Bezlitosny dłużnik z innej przypowieści Jezusa okazuje się właśnie niewdzięczny i w związku z tym automatycznie odrzuca łaskę, sam wybiera pozostanie w ramach logiki odpłaty (por. Mt 18, 23-35). Bóg – przedstawiony w tej przypowieści jako król-wierzyciel – bynajmniej nie mści się na nim, kiedy „wydaje go oprawcom”. On tylko „zostawia go w mocy zatwardziałości jego serca, żeby szedł za własnymi radami” (por. Ps 81, 13). Serce, z którego wyrzucono miłosierdzie, przestaje tego miłosierdzia doświadczać, nie czuje jego smaku, jest katowane przez własny gniew na cały świat.

Tymczasem królestwo Boże nie rządzi się logiką odpłaty i jedynym długiem, który Pan chce od nas wyegzekwować, pozostaje zgoda na przygarnięcie nas z powrotem pod Jego dach, do Jego serca. Wszystko inne zostało wielkodusznie darowane. Jeśli przypisujemy Bogu sprawiedliwość rodem z kodeksu karnego, to narażamy się na wyrzut, jaki usłyszeli przyjaciele Hioba: „Nie mówiliście o Mnie prawdy” (Hi 42, 7).

Czy jednak Biblia nie uczy, że grzechy świata wymagały sprawiedliwego zadośćuczynienia, czy Jezus na krzyżu nie został zastępczo ukarany zamiast każdego z nas? Zdaniem wielu chrześcijan słowo Boże kreśli właśnie taką wizję odkupienia. Ale czytając Pisma uważnie (i przez pryzmat Jezusowej charakterystyki Ojca), widzimy, że zaczerpnięte z języka archaicznej religii sformułowania nabierają nowych znaczeń.

Przebłaganie Boga nie jest już udobruchaniem obrażonego władcy, tylko pojednaniem się z Miłością, która ze swej strony „nie ma ataków gniewu, nie rachuje zła” (1 Kor 13,5). Gniew Boga jest całkowicie pod kontrolą Jego serca, wyraża pasję miłosierdzia, kieruje się przeciw grzechowi, a nie grzesznikowi. Nawet gromienie faryzeuszy przez Jezusa było tylko dobijaniem się do zatrzaśniętych drzwi domu, którego śpiący gospodarz nie widzi pożaru.

Miłosierdzie okazuje się doskonałą (gdyż Boską) postacią sprawiedliwości. Oczywiście nie oznacza to, że ktokolwiek mógłby rościć sobie do niego prawo. Nic nam się nie należy

Z kolei gdy mowa o odkupieniu nas za cenę krwi Chrystusa, to nie chodzi o to, że Bóg domagał się tej krwi. Jezus uczył przecież, że niebiański Tato „chce miłosierdzia, a nie ofiary” (Eleos thelō kai ou thysian, Mt 9,13; 12,7) i odkupienie oznacza w tym wypadku, że drogo kosztowaliśmy naszego Stwórcę.

Wolą Ojca, na którą Chrystus zgodził się w Getsemani (por. Łk 22,42) było wytrwanie przy ludziach z miłością, niezależnie od tego, co Mu zrobią, ekstremalne ukochanie nas „do końca” (J 13,1). Męka to cena przytulenia uderzających na oślep szaleńców. Jezus płacił krwią za wyhamowanie na sobie naszej wrogości (por. Ef 2,16), a Ojciec płacił swoim Najdroższym za adoptowanie nas. Zadośćuczynieniem Bogu na Golgocie było zwrócenie Mu człowieka w osobie Ukrzyżowanego – całkowicie oddanego zarówno braciom w człowieczeństwie, jak i Temu, w którego ręce powierzał ducha.

Cytaty biblijne przytoczono częściowo we własnym tłumaczeniu autora, częściowo zaś za Biblią Tysiąclecia i Przekładem Ekumenicznym Nowego Testamentu.