W moim rodzinnym domu nie rozmawiało się o szczęściu. Gdy byłem nieco starszy, zapytałem kiedyś Ojca, czy jest szczęśliwy. Był zmieszany. Gdy zapytałem o to samo Mamę, zaczęła mi opowiadać, co się stało u mojej siostry, a co powiedziała sąsiadka i ile kosztują ziemniaki na targu.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11-12/2008.          

W moim domu rodzinnym o szczęściu się nie rozmawiało. Owszem, czasami słyszałem, jak mówiono, że ten lub ta „mieli szczęście”. Oznaczało to, że – dziwnym trafem, bo zawsze mówiono to z podziwem i ze zdziwieniem – coś komuś SIĘ UDAŁO. Czyli: żadnym wysiłkiem własnym, ale nieoczekiwanie, niespodziewanie, nadzwyczajnie wydarzyło się COŚ dobrego i przyjemnego.

Oto przykład: zdarzyło się to na początku lat pięćdziesiątych. Zbliżały się święta wielkanocne. W domu nie było nic. To znaczy, nic – poza nami, pięciorgiem dzieciaków i dwojgiem rodziców, żyjących w dwóch pokojach w amfiladzie bez tak zwanych wygód (mam na myśli WC i łazienkę, a także CO). Nie było więc nic. I mama wracała skądś z moim starszym bratem. Musieli przejść przez gruzy, pozostałości powojenne, których wtedy w naszym mieście nie brakowało. Gruzy były porośnięte krzakami. Brat odszedł „na stronę” i się potknął. Okazało się, że o teczkę. Wielką wypchaną teczkę. Były w niej kilogramy mięsa, w słojach litry krwi, oprócz tego noże, maszynka spirytusowa, a także pół litra wódki. Jakiś nielegalny rzeźnik wracał z również nielegalnego uboju żywca i po drodze zgubił całe swoje wynagrodzenie w naturze. Pewnie był pijany. A my byliśmy szczęśliwi. Mieliśmy szczęście. Święta zapowiadały się naprawdę świątecznie. Tylko że ja wtedy nauczyłem się i zapamiętałem tę naukę do dzisiaj: twoje szczęście, to czyjeś nieszczęście. Bo w tamte święta, gdy naszej rodzinie przypadło w udziale tak wielkie szczęście, ja co jakiś czas myślałem, jak ten nielegalny rzeźnik musi żałować, że się upił i stracił przez to swoje wynagrodzenie. Może jego rodzina nie miała co jeść w te święta? On nie miał szczęścia. I jego rodzina też w związku z tym. A może on nie miał rodziny? Kto to wie.

Inne zdarzenie. W naszej dzielnicy chodził tam i siam, zarabiając na życie, ostrzyciel noży zwany Bródką, a to z powodu śmiesznie wykrzywionej dolnej szczęki. Jako małe dzieci bardzośmy mu dokuczali, przedrzeźniając jego mowę oraz szydząc z wyglądu. Pewnego razu nasze zachowanie okrutnie go zdenerwowało. Rzucił się za naszą gromadką w pościg. Dzieciaki się rozpierzchły, a on upatrzył sobie na ofiarę właśnie mnie. Pędził za mną z morderczą żądzą, co było widać, słychać i czuć. Wpadłem do klatki schodowej. Gdy znalazłem się u szczytu schodów, nagle poczułem na swojej głowie rękę, która zdecydowanie schyliła ją w dół. W tym samym momencie na ścianie tuż nade mną z trzaskiem rozbiła się butelka. Obejrzałem się za siebie. Obok mnie nie było nikogo. Na dole schodów, o wiele metrów niżej, stał Bródka. Miałem szczęście. Bródka rzucił we mnie butelką, która miała mnie zabić. I zabiłaby, gdyby nie to, że schyliłem głowę (gdyby COŚ nie schyliło mojej głowy). Bródka bełkotał pod nosem. Miałem przed sobą złamanego (dosłownie!), upodlonego człowieka. Miałem szczęście? Byłem zawstydzony i smutny.

Szukanie

W moim rodzinnym domu nie rozmawiało się o szczęściu. Gdy byłem nieco starszy, zapytałem kiedyś Ojca, czy jest szczęśliwy. Był zmieszany, nie wiedział, co ze sobą zrobić, jego oczy co chwila spotykały się z moimi, ale zaraz uciekały, wracały i uciekały. Gdy zapytałem o to samo Mamę, po chwili zaczęła mi opowiadać, co się stało u mojej siostry, a co powiedziała sąsiadka i ile kosztują ziemniaki na targu.

Mój Ojciec. Gdy umarł, na pogrzeb przyszły tysiące. Pamiętam, kiedy z braćmi wynosiliśmy trumnę z ciałem Ojca z domu, ujrzałem tłum ludzi. Pomyślałem, że przyszli Go pożegnać z szacunku, z wdzięczności, z uznania za to, co robił, co dla nich zrobił. Bo mój Ojciec bardzo dużo robił dla ludzi. Pomagał, wspierał, załatwiał, dla niewidomych (przez ostatnie lata życia pracował w Polskim Związku Niewidomych), dla biednych (bo byli jeszcze biedniejsi od nas), dla Żydów, dla chłopów, dla dawnych towarzyszy, tak jak On upokorzonych. Może jeszcze komuś pomagał, wcale bym się nie zdziwił, gdyby byli jeszcze jacyś inni, którym czuł się potrzebny, potrzebniejszy niż nam. Najmniej dbał o nas, swoich najbliższych, swoje dzieci. Byłem dumny ze swojego Ojca. Nie byłem szczęśliwy, że miałem takiego Ojca. Wtedy wolałem mieć innego ojca. Ojca.

Moja Mama. Moja biedna, złamana przez życie Mama. Moja biedna Mama nigdy nie była szczęśliwa. Czasami tylko zdarzało się, że nic nie czuła. To znaczy nie czuła tego, co czuła zawsze. Moja bardzo biedna Mama.

Stąd moja wiara wzięta od Marksa i Engelsa (może od każdego z nich z osobna, a może od obu razem), że szczęście to ideał świń. Dlatego lubię tę anegdotę o de Gaulle’u. Zapytany przez jakiegoś żurnalistę, czy zmierza do szczęścia, odpowiedział: – Ma mnie pan za idiotę?

Gdy miałem siedemnaście lat, byłem bardzo zakochany w Hani. Dobrze się czułem w jej cichym, spokojnym i zasobnym domu. Przeczytałem wówczas traktat Władysława Tatarkiewicza „O szczęściu” – cały, od pierwszej do ostatniej strony. I zapamiętałem z niego to jedno zdanie: „Tylko w nieszczęściu poznajemy świat i samych siebie, zdobywamy się na wysiłek i pogłębienie życia, a więc na to wszystko, dla czego najbardziej warto żyć”. Dzisiaj nie jestem pewien, czy to zdanie tak właśnie brzmiało, nie pamiętam, na której stronie zostało zapisane i w jakim kontekście. Porzuciłem Hanię, jej szczęsny dom, unieszczęśliwiłem skutecznie ją i siebie. Chciałem żyć.

Pojęcia „szczęśliwy człowiek” i „nieszczęśliwy człowiek” nie są dopełniające się – można nie być szczęśliwym i jednocześnie nie być nieszczęśliwym

Psychologia, którą najpierw studiowałem, której potem nauczałem i którą praktykowałem, a teraz ją propaguję, ma coraz więcej do powiedzenia na temat szczęścia każdemu, kto chce słuchać bądź czytać. Na podstawie szeregu badań z całą pewnością możemy dzisiaj powiedzieć, że „pieniądze dają szczęście, ale tylko tym, którzy ich nie mają. Bogaci powinni szukać szczęścia gdzie indziej” (Janusz Czapiński, „Całe szczęście”, „Charaktery”, marzec 2003). Psychologowie zakładają, że rozwój badań psychologicznych  może doprowadzić do konkluzji, iż „niekoniecznie ci są szczęśliwi, którzy czują się szczęśliwi” (Czapiński, tamże). O co w tym chodzi? Nasz niestrudzony poszukiwacz zaginionej arki szczęścia, pogodny profesor Czapiński, w innym jeszcze miejscu pisze:

„K.de Neve, H.Cooper, P.Schmutte i C.Ryffe wykazali, że szczęśliwi mają osobowość inną niż nieszczęśliwi. Są mniej neurotyczni, bardziej ekstrawertywni, otwarci, ugodowi i sumienni. Kłopot w tym, że zarówno poczucie szczęścia, jak i cechy osobowości są w znacznej mierze wrodzone. Pojawia się zatem pytanie, na ile człowiekowi nieszczęśliwemu może się udać zamiana siebie w człowieka szczęśliwego” (J.Czapiński, „Osobowość człowieka szczęśliwego”, „Charaktery”, wrzesień  2004).

Tym bardziej

Przez kilka lat usiłowałem dopomagać ludziom nieszczęśliwym (alkoholikom), aby stali się ludźmi nieunieszczęśliwiającymi innych. Nie trzeba mieć szczególnego zmysłu językowego, żeby wiedzieć, że pojęcia „szczęśliwy człowiek” i „nieszczęśliwy człowiek” nie są dopełniające się – można nie być szczęśliwym i jednocześnie nie być nieszczęśliwym.

Im bardziej ludzie, którym  pomagałem, przestawali unieszczęśliwiać innych, głównie swoich bliskich, swoje rodziny, tym bardziej mnie brakowało mojej rodzinie, tym bardziej moja rodzina czuła się unieszczęśliwiana przeze mnie. No, może ta zależność nie była aż geometryczna, ale jakaś była. Za dużo ludzi było we mnie, za mało we mnie było moich bliskich. Ostatecznie doszło do tego, że straciłem swój dom, swoją rodzinę.

O co mi chodziło, kiedy zostałem sam, w wynajętym mieszkaniu, pustym i nieczułym, w ponurym blokowisku na siódmym piętrze? Czy szukałem wtedy szczęścia? Byłem skupiony na kilku sprawach – po pierwsze, trzeba ustalić i zachować porządek dnia.  O której wstaję, co dalej, śniadanie, wyjście do pracy, zawsze o tej samej porze, pranie trzeba zorganizować, zajęcia po pracy, po prostu ogarnąć rzeczywistość w jakiś system, zbudować rusztowanie.  Po drugie, zadbać o tych, od których odszedłem, o syna nade wszystko, przede  wszystkim i przed wszystkimi. O jego matkę też. Ona jest przecież matką mojego syna. Po trzecie, zaopiekować się tymi, którzy są przy mnie.

Czy można być szczęśliwym gdy patrzysz w smutne oczy własnego syna? Gdy zauważasz, że inni wokół ciebie tacy pogubieni, zdezorientowani, poranieni, obolali, często bez sił, a bywa, że po prostu głodni?

Czy to wystarczało, żeby nie unieszczęśliwiać kogokolwiek? Otóż nie. I nie muszę też dodawać, że nie czułem się szczęśliwy. Zdarzały się najwyżej przypadkowe chwile, kiedy byłem tylko dla siebie, poza znanym mi światem, poza innymi – sport, który polubiłem, przestrzeń, lasy, powietrze, światło, wiatr, ruch, ruch, ruch:  żeby być „tam”, jak najmniej „tu” – te chwile dawały mi wytchnienie, oddech. Czy to było szczęście? Och nie, to był tylko relaks, wypoczynek, zbieranie sił, ładowanie akumulatorów. Nauczyłem się, że od szczęścia ważniejsza jest uwaga. Ot co, uwaga to klucz. Nie wytrych, ale dopasowany klucz. Uwaga, uważność – to najważniejsze.

Czy można być szczęśliwym – cokolwiek to słowo znaczy – gdy patrzysz w smutne oczy własnego syna? Gdy zauważasz, że inni wokół ciebie tacy pogubieni, zdezorientowani, poranieni, obolali, często bez sił, a bywa, że po prostu głodni? Głodni, bo nic dzisiaj nie jedli. Ale też głodni, bo nie słyszą tego, co powinni usłyszeć. Bo… Zawsze jest jakieś „bo”…

Na przykład mnie trudno jest być szczęśliwym w mieście, w którym tuż po wojnie dokonano okropnej zbrodni (tzw. pogrom kielecki), w mieście, gdzie zginął pewien naród, o którym nie chce się tutaj za bardzo pamiętać, a i mówienie na ten temat jakoś ludziom tutejszym przychodzi z trudem. Taka to moja przypadłość.  Może dlatego jestem często taki  niedobry dla innych? Czy to znaczy, że jestem nieszczęśliwy? Nie. Czy to znaczy, że jestem ponurym gościem? Nie. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że bywam szorstki, nieokrzesany i pospolity. Powiedziałbym nawet, że prostacki.  Ale przecież zdarza mi się też być  wesołym kompanem, i to dość subtelnym. Lubię opowiadać kawały, których znam bez liku, prawie tyle samo, co mój stary druh Alosza Awdiejew. Czasami jestem pogodny. Wtedy jestem czuły – albo inaczej: gdy jestem czuły, to jestem też pogodny. Ale czy szczęśliwy?

Wtedy jestem

Owszem, czasami jestem szczęśliwy. Na przykład, kiedy się modlę. Jestem szczęśliwy, kiedy mówi mi się samo przez się „Ojcze nasz”. Albo różaniec. Właściwie to uwielbiam tak sobie mówić różaniec, oddechem mówić. Albo, kiedy jestem zagłębiony we Mszy świętej, i nic mi nie przeszkadza – ani niezbyt mądry, nieprzygotowany ksiądz za ołtarzem, ani pienia i gitary jakiejś tam młodzieży, ani pozbawiony słuchu, toporny organista. Ale to się tylko przydarza. To nie jest mój dzień powszedni. Ani powszednia niedziela.

Albo też kiedy siedzę sobie przy plaży na Krecie i sącząc wino wpatruję się w morze. Albo gdy jestem w swoim ogrodzie, tak jak dzisiaj, i patrzę na żółte liście opadające z wyniosłej czereśni, albo na czerwoną czuprynę przytulonego do niej japońskiego klonu… Tak, wtedy czuję w żyłach jakby krążące szczęście (chyba szczęście? taki spokój wtedy jest we mnie…). Wtedy jestem jednym. Jednym i tym samym.

Albo, myślę sobie, jestem szczęśliwy, gdy palę papierosa – ale przecież ja nie palę papierosów, bo mi szkodzą i także innym szkodzą, którzy są wokół mnie, więc nie palę, chociaż mógłbym być szczęśliwy, gdybym tak sobie zapalił…

Na koniec dwa cytaty, może komuś się przydadzą.

„A oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: «Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?». Jezus mu odpowiedział: «Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?”». On rzekł: «Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego». Jezus rzekł do niego: «Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył» (Łk 10, 25-28).

I drugi:

„Pewien mnich zen szykował się do wystąpienia na rynku w miasteczku. Starannie zredagował treść mowy i właśnie zamierzał ją przeczytać., kiedy gwałtowny poryw wiatru uniósł kartki na gałęzie cytrynowego drzewa. Zaskoczony, stracił wątek i nie mogąc go odnaleźć, rzekł w końcu:

– Przyjaciele, oto co w skrócie chciałem wam powiedzieć: kiedy jestem głodny, to jem, a kiedy jestem zmęczony, to śpię!

– Ale czy nie wszyscy robią tak jak ty, mistrzu? – pyta ktoś w tłumie.

– Nie, nie w ten sposób!

– Dlaczego, mistrzu?

– Jedząc, ludzie myślą o tysiącach rzeczy, a kiedy zasypiają, głowę mają zajętą problemami. Oto dlaczego nie robią tak jak ja!

Po czym zszedł mnich pomiędzy ciżbę, przyjmował dary, a tym, którzy wciąż zadawali mu pytania, odpowiadał: «Co do szczegółów, to odnajdziecie je w gałęziach cytrynowca…»”. (Henri Brunel, „Budda i kwiat”,  tłum. Magdalena Pluta, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2003).

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11-12/2008.