Antysemityzm miał być lepiszczem pozwalającym zlepić partię i zbudować porozumienie między władzą a społeczeństwem – w 40. rocznice Marca dyskutowali historycy: Jerzy Eisler, Andrzej Friszke, Piotr Osęka i Marcin Zaremba oraz Tomasz Wiścicki („Więź”)

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2008.

Tomasz Wiścicki: Na ile sterowana przez władze marcowa kampania antysemicka pozostała jedynie akcją propagandową, a na ile trafiła na podatny grunt i została podchwycona przez społeczeństwo? W jakim stopniu okazała się skuteczna?

Jerzy Eisler: Tego nie da się wymierzyć ani nawet opisać zgodnie z naukowymi standardami. W pełni podzielam pogląd wyrażony ponad ćwierć wieku temu przez Jana Józefa Lipskiego, że każdy człowiek, który wtedy żył, zwłaszcza w dużym mieście, w środowisku inteligenckim, będzie potrafił podać przykłady zachowań pozytywnych, szlachetnych – solidarności z ludźmi opluwanymi, atakowanymi, i postaw nikczemnych, odrażających – przyłączania się do atakowania osób żydowskiego pochodzenia. Nie da się naukowo wyliczyć, których było więcej. Mam coraz mocniej ugruntowane przeświadczenie, oparte na badaniach naukowych, że dominujące były postawy neutralne i bierne, o których wiele nie możemy powiedzieć. Jeśli ktoś się angażuje po jednej lub po drugiej stronie, wypowiada się, zabiera publicznie głos, to wiemy, jakie były poglądy tego człowieka. Natomiast właściwie nic nie wiemy o poglądach i postawach części milczącej.

Nie natrafiłem nigdy na człowieka, który po 1945 roku mówiłby o sobie otwarcie: jestem antysemitą i domagałby się usunięcia z Polski Żydów, co w okresie międzywojennym było niestety dość częste. W latach trzydziestych na bramie Uniwersytetu Warszawskiego wisiały transparenty: „Śmierć żydo-komunie!” czy „Żądamy getta dla Żydów i obniżki opłat!”. Po wojnie czegoś takiego nie było nawet wtedy, gdy dochodziło do pogromów czy zajść antyżydowskich. W Marcu antysemityzm trafił na pierwsze strony gazet, do głównych wydań dzienników radiowych i telewizyjnych, ale ten antysemityzm czy antysyjonizm, jak go wtedy nazywano, był taki – powiedziałbym – oficjalny.

Marcin Zaremba: To prawda, że trudno znaleźć wypowiedź z tego czasu, na przykład list czy zapis z podsłuchu, w którym ktoś by, twierdził, że jest antysemitą. W ogóle problem żydowski od roku 1946-1947 stanowi w Polsce Ludowej tabu. Później, w 1956 roku, mamy tekst Leszka Kołakowskiego o antysemityzmie. Poza tym nad antysemityzmem i w ogóle stosunkiem do innych kultur i narodów zapada milczenie, o tym się nie mówi. Mimo że w gazetach partyjnych czytamy „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”, obraz świata propagowany przez ówczesne media i szkołę jest zamknięty.

J. Eisler: W Polsce był i jest nadal pewien rodzaj antysemityzmu, nawet nie do końca uzmysławianego. Człowiek, który mówi: ,,Bardzo ładna Żydóweczka” albo ,,Bardzo inteligentny Żydek”, w swoim mniemaniu nie zachowuje się jak antysemita – przecież wyraził się pozytywnie o tych osobach. Natomiast gdyby ktoś o nas mówił: ,,Bardzo błyskotliwy Polaczek”, raczej nie bylibyśmy z tego powodu zadowoleni. Myślę, że podskórnego, nie do końca uświadamianego antysemityzmu było wtedy sporo. Wystarczyło zapytać sąsiada o żydowskich korzeniach: ,,A pan nie wyjeżdża?”. W normalnej sytuacji w takim pytaniu nie byłoby nic złego, wtedy natomiast często odbierano to jako oczekiwanie, że wreszcie Polska będzie dla Polaków.

Piotr Osęka: Pojęcie „władza” w PRL jest niejednoznaczne, a w Marcu 1968 jeszcze bardziej. Władza rozpada się na wiele różnych poziomów, warstw, obozów. Można powiedzieć, że marcowa propaganda stworzona przez władzę spodobała się przede wszystkim tejże władzy. O ile, jak mówił Jerzy Eisler, bardzo trudno stwierdzić, jak reagowało społeczeństwo, o tyle wiemy, że średni szczebel organizacji partyjnych reagował entuzjastycznie, daleko wyprzedzając inicjatywę i sygnały idące z góry. Nie wiemy zresztą dokładnie, skąd te sygnały szły. One zapewne wychodziły trochę z góry, trochę „z boku”: z MSW, niższych struktur władzy. Na przykład inicjatywa dotycząca artykułów prasowych wychodziła gdzieś z poziomu departamentu MSW, szefa czy zastępcy wojewódzkiego komendanta MO do spraw Służby Bezpieczeństwa. Autorzy tych artykułów pracowali na przetworzonych, często niechlujnie, materiałach operacyjnych SB. Pewne zwroty, które pojawiają się w raportach jeszcze w roku 1967, powtarzają się słowo w słowo w artykułach z 1968. Później te artykuły są powielane przez dziennikarzy, a ich fragmenty odczytywane na różnych zebraniach partyjnych. To rzeczywiście żyje własnym życiem i jest entuzjastycznie przyjmowane przez aparat partyjny.

DO CZEGO SŁUŻY ANTYSEMITYZM

Antysemityzm jest zresztą tylko jednym obliczem propagandy. Jest formą antyelitarnego egalitaryzmu. To, moim zdaniem, jeszcze ważniejsza treść propagandy marcowej: długo oczekiwana okazja do zemsty na salonie, uprzywilejowanych. To coś więcej niż populizm: to mściwy populizm.

M. Zaremba: To mieszanina antyinteligenckiego resentymentu z syndromem relatywnej deprywacji wywołująca silną frustrację. Grupą odniesienia dla tych ludzi są osoby pochodzenia żydowskiego, które w ówczesnej Polsce rzeczywiście zajmowały raczej wyższe stanowiska, inteligenckie.

Nie zgodziłbym się z tym, że nie możemy poznać skuteczności marcowej propagandy. Jeśli historycy zastanawiają się nad myśleniem potocznym w średniowieczu czy w czasach Rewolucji Francuskiej, to my też możemy wyciągnąć wnioski z materiału źródłowego. Oczywiście, nie da się tego policzyć, ująć w sondażowe słupki, ale możemy mimo wszystko coś na ten temat powiedzieć. Otóż propaganda antysemicka 1968 roku rozbudza pewne ukryte myślenie. Władza narzuca definicję konfliktu jak syjonistycznej prowokacji, która w ciągu kilku dni zyskuje społeczny poklask, zwłaszcza w śród ludzi gorzej wykształconych i sytuowanych. Proszę zwrócić uwagę na sprawność, z jaką przeprowadzono czystkę. To ostatnia duża czystka w Polsce Ludowej – jak szybko i bez oporu została przeprowadzona! Mamy informacje o tym, jak ona się odbywała w IBJ w Świerku czy w innych zakładach pracy. Nie było oporu ze strony członków partii, a kim oni byli, jak nie częścią społeczeństwa. To nie był aktyw, partyjni funkcjonariusze.

J. Eisler: W Polsce był i jest nadal pewien rodzaj antysemityzmu, nawet nie do końca uzmysławianego

Gdy weźmiemy pod uwagę wypowiedzi robotników z tego okresu, widać w nich deprywację materialną tych ludzi, ich poczucie, że powinno być inaczej, że oni chcieliby lepiej żyć, ich frustrację, że ktoś jeździ samochodem, że jest czerwona burżuazja, że sekretarki malują sobie paznokcie, a oni mniej zarabiają, że na Zachodzie się strajkuje itd. Widać autorytaryzm tych robotników – oni chcą zrobić porządek z tymi szczeniakami. W tych wypowiedziach robotniczych pojawiają się bardzo silne akcenty antysemickie. Użyjmy wobec nich kategorii: lud, ludzie słabo wykształceni. Myślę, że w tej grupie społecznej poglądy antysemickie były bardzo silne.

M. Zaremba: Są odnotowywane w aktach partyjnych i esbeckich. Ci robotnicy zabierają głos na różnych zebraniach. Można znaleźć wiele takich informacji z kwietnia 1968. Oczywiście, w ich drodze między komendą milicji, wojewódzkim wydziałem III SB, centralą MSW, gazetą mogły być manipulacje. Jednak takich informacji jest naprawdę bardzo wiele – wszystko nie mogło być zmanipulowane. Głosy antysemickie pojawiają się także w listach robotników do radia i telewizji, a także w listach przejmowanych przez SB.

J. Eisler: Mimo wszystko te opinie poznajemy jednak na podstawie dokumentów wytworzonych przez jedną ze stron w marcowym sporze. Poza tym jeżeli z jednego zebrania partyjnego mielibyśmy na przykład informacje dwóch tajnych współpracowników i jeden z nich informowałby że zdecydowanie dominowały głosy „szczere, otwarte, polskie, patriotyczne”, a drugi zanotowałby, że zebranie było burzliwe i wiele wypowiedzi miało charakter kontrowersyjny, to nie wiem, który dokument byłby w tamtym klimacie w większym stopniu wykorzystany przy tworzeniu sprawozdania dla przełożonych?

Byłbym dużo ostrożniejszy w interpretacjach i zatrzymałbym się na stwierdzeniu, że pojawiają się często głosy świadczące o antysemityzmie. Nie powiedziałbym, że to świadczy o silnych postawach antysemickich polskiego społeczeństwa, chociaż coś mi podpowiada, że te postawy były silne. Nie chcę powiedzieć, że antysemityzmu nie było, ale jako naukowiec chciałbym mieć to jakoś źródłowo udokumentowane, opisane i w miarę możliwości policzone.

M. Zaremba: Nie chcę formułować surowych ocen. Nie powiedziałem, że całe społeczeństwo było antysemickie. Stwierdzam, że takie postawy były rozpowszechnione w pewnej grupie społecznej: ludzi słabo wykształconych, raczej biednych, często pochodzących ze wsi, robotników niewykwalifikowanych. PRL nie walczyła z postawami ksenofobicznymi, antysemickimi. Przeciwnie – budziła upiory, wszczynając kampanie antyniemieckie albo antyanglosaskie w okresie stalinowskim, na co nakładał się brak możliwości wymiany kulturalnej, niemożliwość wyjazdu.

Andrzej Friszke: Byłem podrastającym dzieckiem w tym czasie, ale pamiętam, że w otoczeniu powstał wtedy klimat „my i oni”. Było coś takiego w powietrzu. Można się zastanawiać, w jakim stopniu istniało to wcześniej. Myślę, że jakoś tkwiło na zasadzie poczucia obcości. W społeczeństwie w powojennym kształcie kulturowym obcego identyfikowało się silniej niż przed wojną, kiedy ten obcy był tuż obok. Bardzo silne bombardowanie propagandowe zmusiło do myślenia w kategoriach „my i oni” – albo oparcia się im. Oprócz tego, co pisano, było to, co wnoszono w różne środowiska w postaci słowa mówionego: referatów, audycji radiowych, wieców. Po takim wiecu przynajmniej niektórzy rozmawiali, zastanawiali się, o co chodzi. W dokumentach z tego okresu są stwierdzenia, że teraz Polacy nareszcie będą sami stanowić o sobie, nasi będą rządzić. Ci ludzie oczywiście nie określiliby się jako antysemici, bo tego pojęcia w ogóle niechętnie w Polsce używano. Ludzie w ogóle niechętnie się określali w kategoriach ideologicznych. Mówili raczej, że my to jesteśmy Polacy, a tamci to Żydzi, czyli „obcy”. Istniała też w licznych rozmowach taka niezdrowa atmosfera zastanawiania się, czy ten lub ów jest Żydem, czy nie.

P. Osęka: Pytanie, co było przyczyną, a co skutkiem. Generacja czterdziestolatków, która była motorem i pospolitym ruszeniem marcowej czystki, miała poczucie, że życie i kariery im uciekają i poszukiwała uzasadnień. Antysemityzm był bardzo nośnym wyjaśnieniem. Żyd odgrywał rolę kozła ofiarnego, ale pierwotna była potrzeba znalezienia winnych własnych życiowych niepowodzeń.

A. Friszke: Dla dużej części tej generacji kampania antyżydowska była pewnego rodzaju narzędziem, co nie znaczy, że oni nie mieli antysemityzmu w podglebiu swojej formacji kulturowej. Ta formacja w latach siedemdziesiątych rządzi Polską i oczywiście nie organizuje kolejnych kampanii antysemickich. Nie ma na to przyzwolenia ani takiej potrzeby. Jednak poczucie niechęci, obcości, zbrzydzenia żydostwem w tym środowisku się utrzymuje, a w sposób najbardziej drastyczny w kręgach związanych z bezpieką. To jest paradoks, bo przecież wcześniej było tam wielu ludzi pochodzenia żydowskiego czy nawet Żydów. Ich podwładni z lat pięćdziesiątych już na początku lat sześćdziesiątych, sporo przed Marcem, posługują się bardzo drastycznymi, antysemickimi schematami. Widać to choćby w charakterystykach osób inwigilowanych. W ubeckich dokumentach nie ma tego tabu, które funkcjonowało w sferze publicznej – tam mówi się wprost, że ktoś jest Żydem, i wyciąga się z tego wnioski polityczne. Zachował się list studentki Beaty Dąbrowskiej do Gomułki. Była ona przesłuchiwana na okoliczność zbierania podpisów pod listami w sprawie ,,Dziadów” i była tak oburzona, że napisała ten list. Ubek jej powiedział: Pani jest przecież czystej krwi aryjką. Pani taka inteligentna i nie zauważyła zalewu żydostwa na katedrach u pani na wydziale? My, Polacy, musimy wreszcie dojść do głosu, bo tak długo jak Żydzi zajmują wszystkie stanowiska, Polacy nie mogą się wybić. Padały sformułowania w rodzaju „Żydek Baczko”. A przecież ten ubek rozmawiał ze studentką ponadprzeciętnie świadomą, skoro zbierała podpisy pod petycją. A zatem ten język traktowano jako zupełnie normalny.

J. Eisler: Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa byli starannie selekcjonowani. Nie mogli mieć w rodzinach akowców. W ich dokumentach personalnych widać wyraźnie kryterium selekcji. W czasie okupacji rodzice powinni być raczej bierni, choć najlepiej byłoby oczywiście, gdyby należeli do Gwardii Ludowej. Jednak najczęściej byli bierni, wręcz ugodowi wobec władzy okupacyjnej.

A. Friszke: W tej grupie przeważa pochodzenie ludowe, warstwa chłopska, czasem robotnicza, prowincja, małe miasteczka. Jeżeli do SB rekrutowano ludzi po studiach, to głównie z akademików. Nie jest to lud w sensie związku z ruchem ludowym, Batalionami Chłopskimi czy AK, tylko lud pozbawiony własnych tradycji, taki, w którym wcześniej nie pojawiły się istotne polskie ruchy ideowe, które próbowały zagospodarować i umeblować świadomość tych ludzi.

P. Osęka: Taki otwarty antysemicki język jest też w materiałach Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej, w zespole orzekającym, który obradował w KC. Oni już nie mówili o syjonistach, tylko o Żydach.

A dlaczego właściwie ta marcowa czystka przeprowadzona została akurat według kryterium antysemickiego?

A. Friszke: To wynikło z różnych powodów. Po pierwsze, była przyczyna międzynarodowa, czyli konflikt Sowietów i komunizmu z Izraelem. On się zaczyna na początku lat pięćdziesiątych, od sprawy Rudolfa Slanskiego w Czechosłowacji i sprawy lekarzy kremlowskich oskarżonych o próbę zabicia Stalina. Przez kilkanaście lat rodzi się sowiecki antysemityzm, bardzo ważny w sensie legitymizacyjnym, bo Rosja carska była ojczyzną antysemityzmu. Powraca on w roku 1956 w Polsce, gdzie jest częścią wyposażenia ideologicznego Natolina, według którego towarzysze inteligenci żydowscy równa się stalinowcy i jak ich się wyczyści, to władza wpadnie w ręce krzepkich robotników-komunistów, którzy są w grupie natolińskiej. Na VII plenum KC Zenon Nowak wygłasza przemówienia mniej więcej tej treści. Ten element przejmują moczarowcy, bo mają takie wyposażenie kulturowe. Po drugie, to jest dogodne narzędzie walki o stanowiska w ramach tego aparatu. Jak się usuwa Żydów, to się na ich stanowiska awansuje. Po trzecie, następuje wyczerpywanie się ideologicznej legitymizacji marksistowsko-leninowskiej również w obrębie partii. W marksizm i leninizm wierzyli komuniści kapepowskiego chowu, może jeszcze pepeerowskiego. Natomiast ci, którzy wchodzili w dorosłe życie w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, to byli cynicy. Antysemityzm był jednym z czynników tworzenia lepiszcza pozwalającego zlepić partię, a zwłaszcza zbudować porozumienie między władzą a społeczeństwem, dające władzy jakąś prawomocność. Innymi narzędziami budowania tego lepiszcza były kwestia ziem zachodnich, pokoju, postępu społecznego. Okazało się, że w tej roli antysemityzm jest w pewnym sensie atrakcyjny, tym bardziej że zbiegł się z jednej strony z tymi tendencjami w Rosji, z drugiej strony – z wojną na Bliskim Wschodzie i reakcją Moskwy na nią. W grach wewnątrzpartyjnych do czasu wojny sześciodniowej nie używano tego argumentu. Jak się zaczęła wojna sześciodniowa i Gomułka powiedział o piątej kolumnie, pękły wszystkie tamy. To, co było w głowach, ale wiadomo było, że nie można tego ujawnić na piśmie, nagle okazało się możliwe i w tym momencie ruszyła lawina.

P. Osęka: Na te wszystkie procesy i zjawiska społeczne nakładają się konkretne zadawnione urazy i konflikty personalne. Istotnym wątkiem w Marcu jest osobista zemsta Moczara na tych, którzy go upokorzyli w latach czterdziestych. On zapamiętał Leona Kasmana, który go upokorzył w latach wojny, i Romana Zambrowskiego, który na nim wymusił samokrytykę w 1948 roku.

A. Friszke: Moczar i jemu podobni ludzie odczuwali organiczną wrogość wobec inności, po prostu jej nie akceptowali. Gdy Moczar był wojewodą olsztyńskim, nie miał nic wspólnego z Żydami, bo tam w ogóle nie było Żydów, natomiast jego stosunek do Niemców i Mazurów był równie okropny. On nie znosił tego, żeby ktoś mówił po niemiecku. Około stu przedwojennych polskich działaczy mazurskich aresztowano.

M. Zaremba: To ostatnia duża czystka w Polsce Ludowej – jak szybko i bez oporu została przeprowadzona!

M. Zaremba:Z dokumentów wynika, że w Komitecie Centralnym obawiano się czegoś w rodzaju powtórki z 1956 roku. W listach przechwyconych przez SB pojawia się nadzieja, że zawieje wiatr południowo-zachodni. W Marcu mówi się: „Cała Polska czeka na swego Dubčeka”. Oni się tego naprawdę boją. W związku z tym starali się znaleźć jakiś klucz, prostą interpretację dla społeczeństwa. Oni sobie tego antysemityzmu nie wymyślili – na swój prosty sposób, na miarę lat sześćdziesiątych, analizowali nastroje społeczne.

A. Friszke: Według mnie władze bardzo długo nie spodziewają się wybuchu. Natomiast jak już do niego doszło, to pierwsza ich myśl jest taka, żeby zamknąć konflikt w środowisku studenckim, inteligenckim. Antysemityzm uznają za bardzo dogodne narzędzie.

J. Eisler: Myślę, że trochę bezwiednie i niepotrzebnie zastanawiamy się całkiem na serio nad tym, co kierowało działaniami Gomułki czy Moczara, próbując wydobyć z tego jakieś racjonalne jądro. Mam wrażenie, że w rzeczywistości byli to dość typowi nienawistnicy, ludzie, którzy nie znali świata zewnętrznego, nie lubili różnych obcych, w tym może przede wszystkim Żydów. Naszymi poważnymi analizami niechcący i zbędnie budujemy intelektualny pomnik brutalności, chamstwu, zawiści, która nie mobilizuje ani nie skłania do wysiłku, aby być lepszym, lecz ogranicza się do zazdroszczenia komuś stanowiska, samochodu, sekretarki itd. czyli najgorszym cechom ludzkiego charakteru, które wówczas ujawniły się z wielką siłą. Można być człowiekiem prawym, szlachetnym, kulturalnym nie mając wykształcenia. A można mieć wykształcenie uniwersyteckie i posiadać duszę pałkarza, antysemity, półinteligenta. Dzisiaj np. wiemy, że w „aktywie robotniczym”, który 8 marca przybył na teren Uniwersytetu Warszawskiego byli też przedstawiciele Ministerstwa Handlu Zagranicznego. Z pałkami pojechali bić studentów pracownicy central handlu zagranicznego czy attachés. Oprócz ślusarzy z „Waryńskiego” czy „Nowotki” byli tam również oficerowie z Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego oraz docent Marian Dobrosielski.

WOLNOŚĆ, DŻINSY I POSADY

Wiadomo, że Marzec miał wiele twarzy i różne rzeczy się wtedy wydarzyły. Co jednak, Panów zdaniem, było jego istotą? Jak wpisać Marzec w historię Polski drugiej połowy XX wieku?

A. Friszke:Wydarzyło się bardzo dużo naraz i dlatego konflikt był tak rozległy. Jerzy Eisler napisał o roku 1968 książkę, która ma osiemset stron, i bynajmniej nie wyczerpał tematu. Każdy rozdział można rozwinąć w osobną monografię, co nie przy każdym konflikcie, nawet dużym, da się zrobić. To jest wielki, wielopłaszczyznowy przełom, ogromna zmiana, następują ważne procesy polityczne, socjologiczne w aparacie partyjnym, w strukturze władzy., w języku władzy, w wojsku, w policji.

M. Zaremba:Zwróciłbym uwagę na ruch generacyjny. Mówi się, że Maj 1968 to zupełnie co innego niż polski Marzec. Moim zdaniem jest inaczej. W 1968 roku 48 proc. społeczeństwa polskiego urodziło się po 1945 roku. Podobnie jest na Zachodzie Europy. W ciągu lat sześćdziesiątych liczba strajków we Francji, w Belgii, w Holandii, w miastach Europy Zachodniej rośnie o 200 proc. U nas pojawia się nowe pokolenie, które nie jest tak skonformizowane przez stalinizm jak ich rodzice, pokolenie mające zupełnie inne aspiracje życiowe. Według badań konsumenckich z końca lat sześćdziesiątych, ci młodzi ludzie chcą nie tylko wolności, o czym wiemy czytając ich ulotki z Marca, ale też sprzętu sportowego, magnetofonów, porządnych dżinsów itd. Pod koniec lat sześćdziesiątych narodził się olbrzymi potencjał buntu i sprzeciwu pewnej grupy pokoleniowej, który wybuchł nie tylko w Marcu 1968, ale także w Grudniu 1970, bo na ulicach Szczecina, Gdańska są młodzi robotnicy.

P. Osęka: W Marcu mamy dwie rewolty pokoleniowe dwóch różnych pokoleń: dwudziestolatków i czterdziestolatków. To są dwie oddzielne rewolucje. Wydaje mi się, że rewolucja czterdziestolatków miała dużo większy zasięg niż rewolta młodzieżowa, choć była mniej widoczna.

J. Eisler:Na ulicach mieliśmy w różnych miastach łącznie blisko sto tysięcy ludzi. Natomiast tych towarzyszy może było z dziesięć tysięcy, ale dla przyszłości Polski (w wymiarze następnych dwudziestu lat) miało to dużo większe znaczenie, gdyż ci ludzie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byli kierownikami wydziałów KC, sekretarzami komitetów wojewódzkich, zastępcami członków Biura Politycznego, ministrami – oni po prostu rządzili Polską.

A. Friszke:Te sto tysięcy ludzi, może jednak mniej, to najwięcej jawnie buntujących się w okresie między rokiem 1956 a 1980. To rzeczywiście bunt pokolenia. Mówimy o inteligencji, studentach, ale w marcu – jak wskazują klasyfikacje aresztowanych – występowała też młodzież ucząca się i robotnicza. A Grudzień 1970 jest kolejną odsłoną buntu tego pokolenia. Myślę, że w sensie doraźnym ważniejsza jest zmiana, którą wprowadzają czterdziestolatkowie. Natomiast Marzec ma ogromne znaczenie dla cichej delegitymizacji systemu i pojawienia się dystansu wobec tej rzeczywistości w dużych grupach społecznych, inteligencji i nie tylko.

M. Zaremba: Także władza odczytuje, że straciła legitymację w grupie dwudziestolatków. Stąd późniejsze – na początku lat siedemdziesiątych – bardzo silne odwołanie się Gierka do młodzieży, związane z budownictwem, rozwojem gospodarczym, nowymi miejscami pracy, zmianą cywilizacyjną.

J. Eisler: Z dzisiejszej perspektywy, z rewolucji czterdziestolatków zostało nam trochę emerytów. Natomiast z rewolucji dwudziestolatków wyłoniła się grupa bardzo ważna w III Rzeczypospolitej, od Adama Michnika po Antoniego Macierewicza i od Marka Borowskiego po Jadwigę Staniszkis. To jest cząstka tych stu tysięcy kontestujących.

A. Friszke: Oni pojawią się na horyzoncie jako bardzo duża grupa w 1980 roku, jak się zaczęła „Solidarność”. Oni ją zakładali i w niej pozostali. Jeżeli byli w partii, to bardzo często tworzyli struktury poziome. Ich bunt wobec systemu to było dziedzictwo Marca. Ponieważ ten ruch przegrał, oni próbowali jakoś żyć, chowając ideały głęboko w duszy, ale gdy się pojawiła szansa, to okazało się, że to było bardzo ważne doświadczenie.

P. Osęka: Można zadać pytanie, z którą z tych dwu rewolucji z większym prawdopodobieństwem zetknął się wiosną 1968 roku przeciętny Kowalski. Czy gonili go po uniwersytecie albo po ulicy, czy też uczestniczył w swoim zakładzie pracy w antysyjonistycznym wiecu, w którego czasie był świadkiem wprawdzie tylko cywilnej, ale egzekucji, i jej się nie sprzeciwił, bo się bał?

M. Zaremba: Pod koniec lat sześćdziesiątych narodził się olbrzymi potencjał buntu i sprzeciwu pewnej grupy pokoleniowej, który wybuchł nie tylko w Marcu 1968, ale także w Grudniu 1970

J. Eisler: Gdy się pyta dzisiejszych sześćdziesięciolatków o wspomnienia z roku 1968, to prawie zawsze mowa jest o studenckich wiecach czy ulicznych demonstracjach. Tylko pojedyncze relacje mówią o potępianiu Żydów na zebraniach partyjnych czy wiecach. Trzeba jednak pamiętać, że o ulicznych manifestacjach i strajkach na uczelniach – zwłaszcza w ośrodkach akademickich – na ogół wiedziano, natomiast te zebrania z natury odbywały się w murach rozmaitych instytucji. Można było żyć wtedy w Polsce i naprawdę o tym nie wiedzieć. Oczywiście, wiece były w radiu, telewizji i prasie relacjonowane, ale tam były ukazywane głównie monotonne przemówienia partyjnych dygnitarzy. Natomiast tego, jak na zebraniach partyjnych czy pracowniczych „linczowano” konkretnych ludzi, prasa na ogół nie relacjonowała ze szczegółami. Łatwiej było zobaczyć młodzieżową uliczną demonstrację niż to, co się odbywało w zamknięciu: w jednostce wojskowej, w organizacji partyjnej, w komendzie milicji, w ministerstwie czy innej instytucji.

A. Friszke: Jednak w zasadzie te zebrania odbywają się prawie wszędzie, nawet tam, gdzie nie ma nikogo konkretnego do wyrzucenia. To jest strategia legitymizacji władzy, która żąda, żeby obywatel nie zachował się biernie. Ma przynajmniej uczestniczyć w zebraniu i, kiedy trzeba, podnieść rękę za rezolucją.

M. Zaremba: Bronię tych ówczesnych czterdziestolatków z tego względu, że w tym systemie wówczas nie było łatwo się przeciwstawić, zwłaszcza jeśli nie miało się jakiegoś poparcia środowiskowego, dorobku, zaplecza aksjologicznego. A to pokolenie miało za sobą doświadczenie stalinizmu.

A. Friszke: Oczywiście, sprzeciw wymagał pewnego rodzaju heroizmu, zaryzykowania kariery.

PTASZKI W KLATCE?

W imię czego protestowali studenci? Czego oni chcieli: niepodległości Polski, naprawy socjalizmu, dóbr konsumpcyjnych? W jakim stopniu można odczytać ich stan świadomości?

M. Zaremba: Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Zygmunt Bauman przeprowadził badania socjologiczne młodzieży, głównie licealnej i studenckiej, ale nie tylko. Pytano o światopogląd, o horyzont, o marzenia, z których wynikało, że raczej nic buntowniczego w tej młodzieży nie ma, że ona akceptuje ten system, socjalizm. Co więcej, coraz mniej potępia stalinizm w miarę jak się od niego oddala. Coraz mniej się interesuje polityką, zajmuje się zorganizowaniem sobie wygodnego i bezpiecznego życia. A z drugiej strony jest w niej jakaś niezwerbalizowana tęsknota za czymś wielkim, wzniosłym. Nie może swoich wielkich aspiracji zrealizować ani nawet ukazać. Otaczający świat jest beznadziejnie przewidywalny. Ta reakcja łańcuchowa protestów młodzieży w Marcu jest również związana z nagłym rozprężeniem się czegoś ściśniętego.

J. Eisler: Moje pokolenie Polski innej niż PRL nie znało z autopsji. Wszyscy byliśmy ptaszkami urodzonymi w klatce. Nie znaliśmy alternatywy dla PRL: wolnej, niepodległej, suwerennej i demokratycznej Polski. Dlatego może hasła niepodległości otwarcie nie podnoszono. Hasło walki o wolności, owszem występowało, ale chyba raczej w rozumieniu Października 1956 niż w naszym dzisiejszym rozumieniu. To miała być taka wolność na miarę realnego socjalizmu: żeby system miał ludzką twarz i był efektywniejszy, bo jak będzie efektywny, to będą te dżinsy i magnetofony. Bardzo skutecznie, ale na krótka metę, „zamanipulowała” w ten sposób po 1970 roku ekipa Edwarda Gierka, czyniąc Polskę prawie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki krajem dużo bardziej kolorowym.

W latach 1980-1981 perspektywą była „normalna” wolność czy wręcz niepodległość, choć takich haseł świadomie nie podnoszono ze względu na realia. Wiadomo było, że żyjemy w klatce i że nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Czy w 1968 roku było podobnie, czy też ptaszki urodzone w klatce nie wyobrażały sobie życia na wolności i chciały tylko karmy lepszej jakości?

A. Friszke: Ludzie nie mieli wówczas świadomości klatki. Zdawali sobie sprawę z podziału świata i tego, że Polska nie należy do Zachodu, a świat jest stabilny, mimo konfliktu radziecko-chińskiego, na Bliskim Wschodzie, w Wietnamie. Nikt się nie spodziewał, żeby te odległe konflikty wpłynęły na sytuację w Polsce. Taki świat miał trwać przez czas trudny do wyobrażenia, w związku z tym nie za bardzo się szuka alternatyw. Myśli się w kategoriach ewolucji tego, co istnieje. Ta ewolucja jest przez całe lata sześćdziesiąte sugerowana z różnych stron – i w publicystyce emigracyjnej, i w Wolnej Europie, i w działaniach w kraju, w dwóch kierunkach: z jednej strony praworządność, z drugiej wolność słowa, czyli to, że mamy prawo powiedzieć, co myślimy.

Warto zacytować sporządzone przez SB notatki z publicznych wypowiedzi „komandosów”. One pokazują język, którym ta grupa najbardziej świadoma politycznie nie mogła się de facto komunikować z masą, bo to nie był jej język. 22 listopada 1967 roku na spotkaniu z Walerym Namiotkiewiczem, sekretarzem Gomułki, Henryk Szlajfer powiedział, że: ,,dowodem imperialnej polityki Związku Radzieckiego był pakt Ribbentrop-Mołotow, sojusz z Hitlerem”. Z kolei Józef Dajczgewand mówił: ,,Związek Radziecki to państwo imperialistyczne, dla którego najważniejsze są interesy mocarstwowe, dlatego ZSRR wywołał w 1939 roku wojnę z Finlandią, zagarnął część Polski, anektował republiki bałtyckie. Za pięknymi hasłami internacjonalizmu krył się zabór”. Adam Michnik natomiast powiedział: ,,pakt Ribbentrop-Mołotow w 1939 wykazał, że ZSRR ma na uwadze tylko swoje interesy. Bzdurą jest, że ZSRR broni interesów narodów. Robi wyłącznie tak, jak jest wygodnie dla idei wielkomocarstwowej polityki. Jak ZSRR może bronić interesów innych narodów, gdy 27 milionów jego obywateli znajduje się w łagrach”. 13 grudnia 1967 roku Michnik stwierdził, że: ,,demokratyzm wywalczony przez liberałów na Zachodzie daje aktualnie robotnikom możliwość wyboru partii, zawiązywania nowej, ogłaszania swoich poglądów, wyboru informacji prasowej. Nasz socjalistyczny demokratyzm nie daje żadnego wyboru. Istnieje jedna partia, jeden związek zawodowy, a nad tym wszystkim stoją jedni i ci sami ludzie, jeden system wyborczy, który jest jedną fikcją. PZPR – według Michnika – nie jest partią klasy robotniczej. Klasa robotnicza w Polsce jest odgórnie zdezorganizowana. Nie może upomnieć się o swoje prawa”.

Widać tu radykalnie wyrażoną świadomość, że żyjemy w dyktaturze, a powinno być zupełnie inaczej. Jednocześnie wszyscy mają świadomość, że to się nie może zmienić. Ten radykalizm nie odbije się w rezolucjach marcowych. Taka jest świadomość czołówki, która w Marcu już będzie siedziała, ale która nie jest w stanie wokół tak radykalnych diagnoz i postulatów zorganizować szerszego ruchu. Ludzie zwykle myślą bardziej realistycznie, to znaczy zastanawiają się, co można osiągnąć jutro, pojutrze, a nie jak przyjdzie trzecia wojna światowa, Związku Radzieckiego nie będzie. Ludzie tak nie myślą.

M. Zaremba: Ślady podobnego myślenia pojawiają się u robotników. Oni nie potrafią tego wyrazić tym językiem, którym mówi czołówka, ale na przykład zastanawiają się, dlaczego we Francji robotnicy mogą strajkować.

Nawet jeśli w powszechnym myśleniu młodzieży nie mówiło się o Katyniu ani o 17 września, trzeba zwrócić uwagę na to, co się dzieje po zawieszeniu „Dziadów”. To pokazuje, że pewne imponderabilia narodowe zostały naruszone. W powszechnym myśleniu na to zgody nie było. Istniało przekonanie, że władza nie dopuszcza do głosu pewnych wartości kultury narodowej.

A. Friszke: Władza próbuje cenzurować kulturę narodową, jeżeli przesłanie ideowe jest jej niewygodne. Interes władzy okazuje się ważniejszy niż przesłanie narodowe. I na to nie ma zgody.

P. Osęka: Treść ,,Dziadów” jest tak szczególna, że ingerencja władzy jest jak w jakiejś awangardowej sztuce – to, co na scenie, zaczyna się przeplatać z tym, co w życiu. Studenci mają poczucie, że występują w charakterze filaretów.

A. Friszke: To, co wyliczyliśmy, pokazuje, jak ważny i skomplikowany proces ujawnił się w Marcu i jak trwałe ma konsekwencje. Dotyczył spraw generacyjnych, świadomości, legitymizacji władzy, horyzontu programowego, postawy robotników, studentów, intelektualistów, Żydów, sekretarzy i ubeków. Uważam, że jest to bardzo ważny przełom ze względu na swoją wielowarstwowość. Nie chcę powiedzieć, że najważniejszy, ale jestem bliski tego, by powiedzieć, że jednak najważniejszy pomiędzy rokiem 1956 a 1980. W żadnym wypadku nie chcę przy tym deprecjonować znaczenia Grudnia 1970.

M. Zaremba: To są elementy tego samego buntu.

Oprac. TW

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2008.