W rozmowie Dominique’a Woltona z Franciszkiem „Otwieranie drzwi” liczą się nie tylko odpowiedzi, ale też same pytania, a wreszcie – niedopowiedzenia.

13 marca mija pięć lat od wyboru papieża Franciszka. Jego pontyfikat budzi nieustanne zdziwienie świata i głęboki ferment w Kościele: jedni go kochają, inni – często gorliwi katolicy – są nim zgorszeni. Wszyscy, z nadzieją czy też z niepokojem, stawiają sobie jednak podobne pytania: kim on jest, do czego zmierza, jakie zmiany chce wprowadzić w Kościele, ile uda mu się osiągnąć?

Ciekawego materiału do bliższego poznania Franciszka dostarcza dostępna od paru tygodni książka „Otwieranie drzwi. Rozmowy o Kościele i świecie” – wywiad rzeka przeprowadzony z papieżem przez francuskiego intelektualistę, agnostyka, Dominique’a Woltona. U nas kompetentnie pisali już o niej dwaj recenzenci: franciszkanin Kasper Kaproń i dominikanin Wojciech Surówka.

Należę zdecydowanie do tych, którzy Franciszka gorąco popierają, czytam z uwagą wszystkie jego wypowiedzi, także i tym razem z bijącym sercem – i z ołówkiem w ręku – wziąłem się za „Otwieranie drzwi”.

Zdawało mi się, że będzie to lektura łatwa i przyjemna, tymczasem szła mi opornie. Nie tylko dlatego, że pewne kluczowe stwierdzenia zmuszały mnie do zatrzymania się i prowokowały do głębszych przemyśleń (na przykład takie: „Sekularyzacja pociąga za sobą negację transcendencji. Nie ma nic wspólnego ze zdrową świeckością”; „Tradycja to doktryna w drodze, to ruch” czy: „Różnice zawsze pomagają wzrastać”), ale także dlatego, że co i rusz potykałem się o nieoczekiwane przeszkody: zaczęte i nierozwinięte wątki, niedopowiedzenia, skróty myślowe, jakby uniki. Była to lektura w gruncie rzeczy trudna, czasem frustrująca. Ważne pytanie, już zacieram ręce, a tu lakoniczna odpowiedź: „Nie wiem”. „Tak, może”. „Muszę to sobie przemyśleć”. Albo zdumiewające wyznanie: „Nigdy, przenigdy nie myślałem, że skończę tutaj, w tej klatce!”… Tak wypowiada się papież?

Papież nie stwarza pozorów, że ma gotowe recepty na wszystkie bolączki ludzkości i słabości Kościoła

„Ta książka jest po prostu źle zredagowana” – stwierdziła moja koleżanka z „Więzi”, wytrawna redaktorka. Otóż stanowczo nie zgadzam się z jej opinią. Dominique Wolton, mający na swoim koncie książkowe wywiady m.in. z Raymondem Aronem i kardynałem Jean-Marie Lustigerem, wiedział, co robi. Jestem przekonany, że ta książka mogła być albo właśnie taka, albo… nie byłoby jej wcale. To prawda, rozmowa z papieżem Franciszkiem ma przebieg nieoczekiwany: czasem jakby się rwie, pewne kwestie są niedopowiedziane, ledwie dotknięte. W moim przekonaniu jest to cena autentyczności niezwykłego spotkania: człowieka niewierzącego, wytrawnego intelektualisty, przenikliwego krytyka współczesnej cywilizacji – z człowiekiem głębokiej wiary, prorokiem pełnym pasji, duszpasterzem piastującym zarazem najwyższą godność w Kościele, co nakłada na niego ogromną odpowiedzialność za słowa.

Odnosiłem wielokrotnie wrażenie, że papież świadomie nie rozwija pewnych kwestii, nie stawia kropki nad „i”, jakby w trosce, aby nie powiedzieć za dużo i aby potem ktoś nie chwytał go za słowa… Na przykład w pewnym momencie, gdy rozmowa dotyczy ideologii gender jako niosącej ze sobą ryzyko negacji różnicy, papież wtrąca zdanie: „Nie chciałbym, aby pomylono moje stanowisko w kwestii postawy wobec osób homoseksualnych z tematem teorii płci kulturowej”. Wolton próbuje pociągnąć nowy wątek: „Tak, oczywiscie. Różnica jest zasadnicza. Może «formalny związek partnerski» by wystarczył. Obecnie jednak część środowiska homoseksualnego ma aspiracje legitymizacyjne. Pojawia się potrzeba przezwyciężenia wieków dominacji i wykluczenia. (…) To wszystko jest skomplikowane. Poza ideologią równości w słowie «małżeństwo» przejawia się też poszukiwanie uznania”. Franciszek jednak ucina: „Ale to nie jest małżeństwo, tylko związek partnerski. Nie ma innego sposobu, zróbmy tak…” – i panowie zmieniają temat. Książka źle zredagowana?

W tej rozmowie, która jest autentycznym spotkaniem dwóch życzliwych sobie ludzi, liczą się więc nie tylko odpowiedzi, ale też same pytania, a wreszcie – niedopowiedzenia, zamilknięcia. Papież Bergoglio – w konfrontacji z synem laickiej Francji – nie kryje swej niekiedy ograniczonej wiedzy, nie stwarza pozorów, że ma gotowe recepty na wszystkie bolączki ludzkości i słabości Kościoła. Świadom jest swoich ograniczonych możliwości… „Czuję się wolny – wyznaje swemu rozmówcy. – Nie oznacza to, że robię to, co chcę, nie. (…) No tak, takie jest życie, robimy, co możemy, bierzemy rzeczy takimi, jakie są, niektórych z nich unikamy, coś się uda, coś nie… (…) Nie wiem, jak to nazwać. Czuję się jak ryba w wodzie”.

W końcowej fazie pracy nad książką, podczas autoryzacji, papież zgodził się, jak widać, na pozostawienie wielu fragmentów, w których ujawnia się ta jego ludzka ograniczoność czy bezradność. Jest pokorny, skromny i szczery.

Ma też ogromne poczucie humoru. Zapytany o charakter narodowy Argentyńczyków, przytacza dwa dowcipy krążące wśród jego rodaków. Pierwszy: w jaki sposób Argentyńczyk popełnia samobójstwo? – Wchodzi na szczyt swego ego i rzuca się w dół. I drugi: w czym przejawiła się skromność kardynała Bergoglio? W tym, że jako papież przybrał imię Franciszek, a nie Jezus II…

Książka „Otwieranie drzwi” jest dla mnie przykładem prawdziwej komunikacji między rozmówcami, a jednocześnie środkiem, może raczej trzeba by powiedzieć – przestrzenią takiej komunikacji między autorami a czytelnikiem. Bo komunikacja (w tej kwestii papież Franciszek i Dominique Wolton są całkowicie zgodni) to coś daleko więcej niż przekaz informacji – to autentyczne spotkanie osób. Spotkanie, które zawsze wymaga od obu stron pewnego uniżenia się, pokory, przekroczenia własnych granic, otwarcia drzwi zamkniętych od środka. Przede wszystkim zaś – jak mówi Franciszek – „linku do serca”.

Podczas autoryzacji papież zgodził się na pozostawienie wielu fragmentów, w których ujawnia się jego ludzka ograniczoność czy bezradność. Jest pokorny, skromny i szczery

„Podstawową drogą Kościoła jest człowiek” – pisał w swojej programowej encyklice „Redemptor hominis” św. Jan Paweł II. Papież Franciszek idzie jego śladem i w swoim programowym dokumencie, adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium”, wzywa Kościół do „nawrócenia duszpasterskiego”. W jego radykalnym projekcie naprawy Kościoła, głoszonym jeszcze przed konklawe, istotne znaczenie miała wprawdzie reforma Kurii rzymskiej, ale żadna reforma instytucji, struktur, choć potrzebna, nie wystarczy, jeśli nie nastąpi radykalny powrót do źródeł, czyli do Ewangelii, a jej sedno według Franciszka to Błogosławieństwa i Mt 25. Dlatego jego ulubione słowa to: radość, czułość, bliskość, zdumienie i zachwyt. Dlatego z uporem, narażając się rzeszom świeckich i duchownych (zwłaszcza w Polsce!), głosi „Kościół ubogi – dla ubogich”, wzywa, aby księża nie byli sztywni, „nakrochmaleni”, aby pasterze przeszli zapachem swoich owiec, podkreśla, że doktryna (moralna) ma służyć duszpasterstwu, a nie duszpasterstwo doktrynie.

Dla zrozumienia, dlaczego Franciszek, chociaż zamknięty „w klatce” Watykanu, czuje się duchowo wolny, jak ryba w wodzie, i mimo trudności działa tak, jak uważa za słuszne, kluczowe jest moim zdaniem zakończenie książki.

„Wydaje mi się – prowokuje Wolton – że Ojciec Święty chciał powiedzieć jeszcze coś na temat rygoryzmu…”. Papież Franciszek mówi: „Przyczyną każdej sztywności jest niezdolność do komunikacji. A ja zawsze uważałem… Weźmy tych sztywnych kapłanów, którzy boją się komunikacji, weźmy sztywnych polityków… To jest jakaś postać fundamentalizmu. Kiedy spotykam kogoś takiego, zwłaszcza młodego, mówię sobie, że jest chory. Ryzykowne jest to, że w ten sposób ludzie ci chcą sobie zapewnić bezpieczeństwo”.

Następnie opowiada pewną historię z 1972 roku. Miał wtedy 36 lat i był u jezuitów mistrzem nowicjatu. Towarzyszył kilku nowicjuszom, studiującym na uniwersytecie, którzy soboty i niedziele spędzali w klasztorze. Jednego z tych chłopców, wybitnie uzdolnionego intelektualnie, ale dość sztywnego, Bergoglio uważał za znakomitego kandydata, podczas gdy inni, mniej bystrzy i z różnymi problemami, budzili jego wątpliwości. Gdy jednak poddano wszystkich kandydatów testom psychologicznym, chłopców z problemami przyjęto, a tego wybitnie zdolnego, pełnego zalet, zdecydowanie odrzucono. Bergoglio był tym zaskoczony. Wyjaśnienie psychiatrów brzmiało: „Jest napuszony, sztuczny, bo nie jest pewny siebie”. Ludzie niepewni siebie, którzy nie wiedzą, co czują, nieświadomie szukają silnych struktur, silnych instytucji, które będą ich w życiu chronić, takich jak wojsko, policja i Kościół. Wykonują dobrze swoją pracę, ale kiedy już poczują się bezpieczni, zaczynają stwarzać problemy i bywa, że dręczą innych. „Boję się sztywności – dodaje Franciszek. – Wolę młodych, którzy są niesforni, którzy mają normalne problemy… gdyż te wszystkie przeszkody pomogą im wzrastać”.

Otwieranie drzwi

Papież Franciszek, Dominique Wolton, „Otwieranie drzwi. Rozmowy o Kościele i świecie”, tł. Marek Chojnacki, Wydawnictwo WAM, Kraków 2018

Rozmowa schodzi dalej na psychoanalizę, do której Argentyńczycy są bardzo przywiązani. Co ciekawe, Francuz Wolton przestrzega przed psychoanalitykami-intelektualistami, których często cechuje arogancja, chociaż przyznaje, że psychoanaliza jest jedną z największych rewolucji intelektualnych i kulturalnych XX wieku. „Ale ci, których znałem – odpowiada na to papież Franciszek – bardzo pomogli mi w pewnym okresie mojego życia, gdy potrzebowałem porady. Chodziłem do pewnej pani psychoanalityk, Żydówki. (…) Była bardzo profesjonalna jako lekarz i jako psychoanalityk, zawsze trzymała się swojej roli. (…) To była bardzo dobra osoba. Przez te sześć miesięcy bardzo mi pomogła. Miałem wtedy już czterdzieści dwa lata”. Dominique Wolton dodaje swój komentarz: „Psychologowie, psychoanalitycy, terapeuci, psychiatrzy leczą innych, biorą na siebie ich ból, dokładnie tak, jak czyni to kapłan. Bliskość psychiczna…”. A papież Franciszek kończy zdaniem: „Towarzyszenie komuś to trudny proces”. To niemal ostatnie zdanie całej książki.

Kiedy wracam myślą do tamtego dnia sprzed pięciu lat, do 13 marca 2013 roku, nie mogę się powstrzymać od skojarzenia z filmem „Habemus papam” Nanniego Morettiego. Wybrany na konklawe papież (przekonujący w tej roli, sympatyczny i ciepły Michel Piccoli) krzyczy z przerażenia, mając wyjść na balkon, by pozdrowić tłumy wiernych. Kardynałowie decydują się wezwać na pomoc psychoanalityka. Przełomowym, uzdrawiającym doświadczeniem nowego papieża stanie się ucieczka z Watykanu i wędrówka incognito po ulicach Rzymu, gdzie w codziennych sytuacjach spotyka zwykłych dobrych, życzliwych sobie ludzi. Papież Bergoglio nie bał się, wyszedł śmiało na balkon, wiedząc, że ma przed sobą tysiące ludzi dobrej woli („w których Bóg sobie upodobał”) z całego świata i po prostu powiedział im „buona sera”, a potem poprosił, aby najpierw pomodlili się za niego, zanim on sam im pobłogosławi.

Spełniajmy nieustannie tę jego prośbę: módlmy się za kochanego, dobrego papieża Franciszka. Niech żyje i towarzyszy nam jak najdłużej!